Krótko o polskich filmach
Nadrobiłem Wszyscy moi przyjaciele nie żyją - w ogóle nie oglądałem trailerów, ale obejrzałem teledysk do promującej film piosenki, który jest zrobiony tak, jakby były to fragmenty filmu i co ciekawe, ten klip kończy się tak, że umierają wszyscy oprócz Wieniawy, która z udawanym rozpaczem dzwoni na policję wymawiając tytuł filmu. Podczas seansu czekałem na podobny zabieg, więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy Julka przywaliła tym swoim łbem o jakiegoś pustaka i umarła :D
Ogólnie jestem na tak, fajnie się oglądało, niech Polacy robią więcej tego typu filmów, czemu nie? To taka produkcja, że w sumie wszystkie jego wady można skwitować, że tak miało być :P Więc jest śmiesznie, strasznie, czasami zbyt sucho, no ale co z tego? Ważne, że jest fajnie. Dam solidne 6/10. Punkt mniej za brak cycków Wieniawy - w tego typu produkcji jest to po prostu element obowiązkowy. Eh, kiedyś na polskie kino można było liczyć pod tym względem, a teraz zapatrzyliśmy się na Amerykanów i już tyle cycuszków na ekranie nie ma :(

Odpowiedz
Przecież jest sporo seksu i nagości w tym filmie. Jak ty to ogladales? :P A Wieniawa nie umiera na końcu przecież. To chyba ona na początku mówi tytuł filmu, kiedy jest wywożona przez sanitariuszy.

Odpowiedz
Owszem, jest nagość i seks, ale nie głównej bohaterki.

Aa, no to tego nie zapamiętałem, że jednak przeżyła, ale w sumie niczego to nie zmienia - sama siebie znokautowała :)

Odpowiedz
Przecież jest seks Wieniawy. JAK TY TEN FILM OGLADALES SIMEK ;p

No i jej bohaterka nie jest glowna przeciez. W pewnym momencie filmu wrecz znika.

Odpowiedz
(08-01-2021, 15:22)Crov napisał(a): Przecież jest seks Wieniawy. JAK TY TEN FILM OGLADALES SIMEK ;p
Pewnie tak, jak Ty czytałeś mój post :P 
simek napisał(a):Punkt mniej za brak cycków Wieniawy
Seks jest, cycuszków brak.

Odpowiedz
Blondyna i tak ładniejsza od Wieniawy, więc żadna strata ;)
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
Pan Tadeusz (1999)

Z racji tego, że w tym roku mam maturę, to przygotowując postanowiłem się katować w międzyczasie tymi ekranizacjami licealnych lektur szkolnych. Zacząłem od odświeżenia "Pana Tadeusza" Wajdy i po powtórce zdania nie zmieniam - wciąż to taka niezbyt udana próba przeniesienia trzynastozgłoskowca Mickiewicza na język filmu.

Przez cały film miałem wrażenie, że oglądam nie bohaterów, tylko po prostu uznanych polskich aktorów biorących udział we wspólnej recytacji Mickiewicza. Wajda akurat w swojej szczytowej formie udowadniał, że lektury szkolne mogą wyglądać korzystnie na taśmie filmowej. Takie jego "Wesele" to wciąż mimo wszystko ekranizacja z pomysłem na siebie i kilkoma ciekawymi zabiegami (Niemen jako Chochoł). Tu z kolei dostałem coś na wzór Teatru Telewizji i jedyne, co tu właściwie ratuje od całkowitego wyrachowania tej ekranizacji to "framing device" z Mickiewiczem w roli narratora.

Realizacyjnie tak średnio raczej. Muzykę Kilara świetnie się słucha i byłem swego czasu zaskoczony, że Polonez był specjalnie skomponowany na potrzeby tego filmu i nie był utworem klasycznym. Poza tym naliczyłem się kilku bardzo ładnych ujęć - i tyle. Momentami ręka Mistrza Wajdy szwankuje. Taka scena konfrontacji z niedźwiedziem to montażowe kuriozum - przeplatające się ze sobą szybkie ujęcia prawdziwego niedźwiedzia i faceta w kostiumie. Albo jeszcze ujęcie, gdy Tadeusz daje w mordę Majorowi Globiszowi z wyraźnym cięciem w środku xD

Z aktorów to najbardziej przekonali mnie Olbrychski i Szapołowska, którzy zdecydowanie najwięcej włożyli emocji w tą recytankę i najlepiej wiedzieli jak ten trudny materiał zagrać. Żebrowski drewno, Bachleda-Curuś ma tu głównie niewinnie wyglądać, a Linda nawet jako bohater Mickiewicza brzmi jakby Mauerował. Wśród reszty to kilka niezłych pomyłek obsadowych z Kondratem w roli "młodego" Hrabiego na czele :P

5/10

Może jeszcze niemą wersję postaram się nadrobić. Obstawiam, że w tamtych czasach taki materiał musiał na pewno lepiej działać w kinie.

Odpowiedz
Lawa. Opowieść o "Dziadach" Adama Mickiewicza (1989)

Można? Można. Po ilustracjach do "Pana Tadeusza" od Wajdy trafiłem na jakąś porządną ekranizację Mickiewicza i tym razem od Konwickiego. Tak się właśnie powinno adaptować narodową literaturę - z pomysłem, wyraźną interwencją reżysera wobec materiału oraz z prawdziwymi emocjami zamiast bezmyślnej recytowanki pod wycieczki szkolne.

Przede wszystkim podoba mi się pomysł by skonfrontować zawarty w "Dziadach" obraz początku XIX wieku z późniejszą Polską. Dla przykładu "Wielka improwizacja" i moment, w którym Gustaw-Konrad zarzuca Bogu obecność zła na świecie ilustrowany jest ujęciami z czasów II wojny światowej. Zdjęcia w parze z oświetleniem są tu naprawdę wspaniałe, a najbardziej pod tym względem robi wrażenie bal w "Śnie senatora" czy cały ten obrzęd dziadów na cmentarzu, w którym czuć niezłą magię. Nawet jeśli ma się ponownie wrażenie oglądania jakiegoś Teatru TV, to w tym przypadku z najwyższej półki.

Jeszcze aktorstwo - zawsze ceniłem Holoubka jako aktora, ale tutaj chyba osiąga Himalaje swoich możliwości. Gdy słyszę jego magnetyzujący głos na ekranie od razu porzucam wszystkie inne myśli i go słucham, a już samą sceną "Wielkiej improwizacji" zawstydza całą obsadę Wajdy zajechaną na Litwie i pokazuje jak perfekcyjnie odgrywać materiał Mickiewicza. Jednak nie tylko on daje tutaj popis. Komorowska, Żmijewski, Michałowski, Fronczewski czy przede wszystkim Bista i Budzisz-Krzyżanowska jako Senator i Rollisonowa - wszyscy ciężko zapracowują sobie na owacje na stojąco.

8/10

Odpowiedz
Rękopis znaleziony w Saragossie (1964) - fajowa, szkatułkowa struktura narracyjna (w pewnym momencie dokopujemy się chyba do 7. poziomu wtajemniczenia), znakomita realizacja i niepodrabialny klimat. W życiu bym nie pomyślał, że w Polsce robiono kiedyś takie filmy. Satysfakcjonująca historia zwieńczona logicznym w sumie plot twistem, po którym fabuła zgrabnie zatacza koło - tak sie to robi, a nie jakies krecace sie bączki :) jedna rzecz mnie niesamowicie wkurzała a mianowicie...aktorstwo, no może poza Leonem Niemczykiem i Zdzisławem Maklakiewiczem. Maniera Cybulskiego doprowadzała mnie momentami do szczytowej irytacji, a przy epizodzie z Krzysztofem Litwinem miałem ochote zatykać uszy, recytacja na poziomie szkolnego teatrzyka. 8+/10
Youniverse

Odpowiedz
Karol - człowiek, który został papieżem (2005)

Obejrzane z nudów w TV. Nie takie złe jak się spodziewałem, choć też nie dobre. Jak na osobę, która zawsze szanowała Jana Pawła II to gołym okiem dostrzegam, że ten film mocno pachnie taką typową laurką i aż dziwne, że TVP nie przejęlo od TVN-u praw do emisji ;) Realizacyjnie też trochę leży i na każdym kroku widać, że to produkcja straight-to-TV.

Nie pomaga tu absolutnie polski dubbing. Nie wiem skąd tamten ówczesny wymóg, by filmy o papieżu-polaku były w Polsce dubbingowane (film z Voightem spotkało to samo), ale jak już musieli to robić, to mogli już powierzyć ważne dla fabuły role aktorom nie kojarzącym się zbytnio z bajkami dla dzieci, a nie Kopczyńskimu, Kunikowskiej czy Banaszykowi. Tak to niestety przez cały film miałem świadomość, że nie oglądam aktorów mówiących swoim głosem.

5/10

Odpowiedz
Nóż w wodzie (1961) - Fajny pomysł jak tu zacząć karierę reżyserską tradycyjnie czymś skromnym, acz budzącym sporo emocji. Konflikt pomiędzy przedstawicielami dwóch męskich pokoleń z kobietą w tle, a to wszystko w granicach jachtu płynącego po jeziorze. Polubiłem te świetnie i realistyczne w swej prostocie dialogi ("Pan jest szczeniak, ale Pan mi się podoba" xD), jak i poczułem ten żar letniego słońca. Plus, że Polański świadomie nie popada koniec końców w jakieś banalne rozwiązania fabularne i ta historia nie kończy się w jakiś typowo oczywisty dla widza sposób. I szacun dla Romka, że gdy grube ryby z Hollywood zaproponowały mu zrobienie remake'u z wielkimi gwiazdami w obsadzie, to pokornie im odmówił twierdząc, że już ten film raz nakręcił. 8/10

Swoją drogą - jestem absolutnym zwolennikiem interpretacji jakoby ten cały nóż

Odpowiedz
Postanowiłem sobie w wolnym czasie nadrobić kilka polskich animowanych krótkich metraży.

Tango (1980) - Fabuły niby brak. Po prostu widok na jedno pomieszczenie, w nim z każdą kolejną chwilą widzimy coraz więcej powtarzających swą czynność postaci, z kolei w głowie widza rodzi się własna interpretacja. Jedni to potraktują jako obraz życia jednej osoby, a inni jako urywki z życia różnych mieszkańców tego lokum. Podziw szczególnie za realizację, która jak się słyszałem do najłatwiejszych nie należała. Oscar zasłużony, choć historia jaka spotkała Rybczyńskiego po jego odbiorze chyba nawet ciekawsza, niż ten tytuł polskiego zdobywcy Oscara :)




Bankiet (1976) - Imigranci z Krainy Deszcowców nakładają obfite jedzenie do stołu na bankiet, przyjeżdżają goście, wstępnie nie mogą oni wyjść z podziwu na widok sutej wyżerki, a tu nagle... Nie no, świetny ten koncept. W Studiu Miniatur Filmowych to jednak potrafiły siedzieć naprawdę kreatywne umysły. Myślę, że jaroszom przeciwnym spożywania mięsa ta animka przypadnie do gustu ;)




Fotel (1963) - Matko! To z kolei jakie aktualne! :D Jest jakieś zgromadzenie, jedno miejsce przy stole prezydialnym okazuje się być puste i tak oto rozpoczyna się zażarta walka o tytułowy fotel. A to wszystko z lotu ptaka. Cała prawda o naszych politykach przede wszystkim.




Schody (1968) - Przypadkowy plastuś widzi na swojej drodze jakieś schody i zaintrygowany chce zobaczyć do czego one prowadzą. I tak przechodzi kolejne stopnie... Klimat z tych 7 minut aż się wylewa z ekranu. Ponownie podziw dla twórców za włożoną pracę - tym bardziej, że mieli oni tu do czynienia z animacją poklatkową i musieli jeszcze tworzyć tą skomplikowaną scenografię. Zakończenie miażdży i pozostawia pole do interpretacji sięgające zza horyzont.


Odpowiedz
Pamiętam, że swego czasu jako 16-latek kupiłem antologie DVD z tymi wszystkimi polskimi animacjami i urządzałem sobie ich maratony. Wśród tych animacji były też te wszystkie cztery tytuły, które tu wymieniłeś. Całkiem spoko przygoda z poznawaniem historii polskiej animacji i tym samym poznałem dzięki temu tak ciekawych twórców jak Rybczyński, Antonisz, Dumała czy Szczechura. Możliwości naszych animatorów cieszyły me oczy, a często i jakieś głębokie przesłanie zastawałem. Najbardziej przypadły mi do gustu właśnie "Schody" - świetny klimat to jedno, ale finał to jeden z tych, które nie dają spać po nocach.

Te wszystkie trzy wydania od FINY już chodzą za niemało, zatem tym bardziej cieszę się z zakupu przed zawyżeniem cen. Pierwsze wydanie było ogólnie poświęcane uznanym twórcom, a późniejsze dwa kolejno zawierały animacje dla dzieci i eksperymentalne.

Odpowiedz
Ferdydurke (1991)

Anglojęzyczna adaptacja Gombrowicza od Skolimowskiego (ale koprodukcja polsko-francusko-brytyjska, więc się liczy do tematu!). Ostrzegam jednak kolejne pokolenia maturzystów, bo jeśli się nie zapoznało przedtem z książką to seans będzie istną spierdoliną dla widza. 

Literacki oryginał był przede wszystkim inteligentną, pełną czytelnej symboliki satyrą na obraz rzeczywistości i do tego nie był on zbytnio dobrym materiałem na film. Skolimowski adaptując to legnie już na starcie. Wszystko tu potraktowane zbyt dosłownie i bez grama wyczucia konwencji. Kilka kluczowych momentów jest natomiast pominiętych tak po prostu (lekcja polskiego chociażby). Najgorszy jest jednak dobór muzyki. Dla przykładu - na ekranie ujęcia z IIWŚ, widok bombardujących samolotów i płonącej Warszawy, a w tle nadal ta wesoła muzyczka jak z francuskiej komedii lat 80.

3/10

A jutro matura z polskiego, zatem życzcie mi powodzenia. Czuję, że będzie dobrze :P

Odpowiedz
Nieważne jaki dostaniesz temat jebnij "Znachorem"!
http://www.filmweb.pl/user/tynarus120
Forum światopoglądowe filmowe

Odpowiedz
Pewnie ta rada się przyda. Ksiązki nie czytałem, ale ekranizację Hoffmana znam bardzo dobrze, a podobno nie licząc zakończenia wierna pierwowzorowi ;)

Odpowiedz
Ostatnio maratonik Pana Kleksa wpadł.

Akademia Pana Kleksa (1983) - Pamiętam jak pierwszy raz oglądałem na wakacjach na wsi w 2005 roku w towarzystwie dwóch starszych koleżanek. Było chowanie się pod kołdrą w scenach z wilkami. ;) Fajnie utwierdzić się w przekonaniu, że za komuny stare produkcje dla dzieci trzymały zaskakująco przyzwoity poziom i zaspokajały pragnienie rozrywki. Wiadomo, efekty dzisiaj potrafią ssać niesamowicie (Adaś fruwający nad krajobrazami), ale wciąż ta cała kolorowa scenografia czy przede wszystkim fajne piosenki dodają uroku. Największym problemem bez dwóch zdań jest tu główny bohater - ten cały Adaś przecież został uczniem najfajniejszej akademii pod Słońcem i cały film jest świadkiem niesamowitych rzeczy, a on nic tylko obserwuje biernie to wszystko z tym swoim uśmieszkiem. Reszta dzieciaków zdecydowanie lepiej pokazywała swoją ekscytację z tego, co przeżywają. Tak jeszcze dodam, że Leon Niemczyk jako mroczny golarz Filip naprawdę daje radę. Widać, że miał niezły fun na planie i to szczególnie w scenie puszczania z dymem całej budy. 7/10

Podróże Pana Kleksa (1985) - Powiem krótko - sequel zdecydowanie lepszy od pierwszej części. Jak się jest fanem klimatów żeglugi i morskiego powietrza to zabawa gwarantowana. Czuć zdecydowanie większy rozmach i spory postęp względem dziecięcego protagonisty. Pietrek to jak dla mnie jedyny główny dziecięcy bohater z całej serii, który kompletnie nie zasysa i przed oczami widzi się normalnego lubiącego przygody chłopaka. Nie jest to ani drętwy Adaś, ani późniejszy jękała Groszek. Reszta bohaterów też całkiem ciekawa i łatwo ich polubić - Rewiński, Glinka, Grabowski czy nikczemny Bończak są tutaj fajnym uzupełnieniem załogi. Dochodzą też kolejne fajne piosenki ze słynną "Meluzyną" na czele, a także ładne plenery i urzekające swym kiczem scenografie (podwodna kraina). Oczywiście jak tu nie wspomnieć o legendarnym żelazku strzelającym makaronem. Ile było w polskich domach sytuacji kiedy to matce zniknęło żelazko i makaron z kredensu ;) Szkoda tylko, że Leon Niemczyk tak bardzo tutaj zmarnowany i przyszedł jedynie postatystować. No i ciekawe kiedy ktoś się przyczepi o scenę z hieną, w której niemalże ona się roznegliżowuje ;) 8/10

Pan Kleks w kosmosie (1988) - No tu się robi już słabiej. Niby jest wciąż ten klimat lat 80. i ponownie mamy fajną campową scenografię. Można niestety zauważyć, że Gradowski i spółka tym razem nie mieli materiału wyjściowego i zamiast Brzechwy opierali się jedynie na swoich pomysłach. Tłumaczę ten fakt casusem "Moonrakera" - w Polsce był szał na "Gwiezdne wojny", zatem producenci popularnej francyzy postanowili wysłać swojego bohatera w kosmos wbrew temu co zadecydował autor literackiego oryginału. Swoją drogą typ odpowiedzialny za design tych wszystkich stworów z dżungli czy labiryntu Wielkiego Elektronika (realizacyjnie ta scena pachnie "Przybyszami z Matplanety" na kilometr) musiał brać naprawdę niezły towar. Gdybym oglądał tą część w dzieciństwie miałbym traumę gorszą jak po wilku z czerwonymi ślepiami. Piosenka Emiliana (Nie)Nożycorękiego o dyscyplinie za to będzie moją myślą przewodnią, gdy będę opiekował się jakimś bachorem ;) 5/10

+ bonus obejrzany dzień później:

Tryumf Pana Kleksa (2001) - Gradowski sobie przypomniał, że jeszcze jedna książka o Panu Kleksie czeka na adaptację, a że PRL dawno minął i polski przemysł wyhodował sobie węża w kieszeni, to zamiast kolejnej produkcji z rozmachem prościej było już zrobić animację i poprzeplatać ją ewentualnie wstawkami aktorskimi. Widać, że nikomu się tym razem nie chciało, skoro nawet piosenki są tu bez grama magii. Korzyński chyba chciał tym razem po prostu szybko to odbębnić i wrócić na hamak na swojej działce. Animacja jest tu strasznie niechlujna i pozbawiona płynności, a już nie wspomnę że same projekty postaci bywają naprawdę paskudne. Podobnie rzuca się w oczy fizyczny brak Fronczewskiego. Plus Jakimowicz (jeszcze za czasów, gdy jadł mniej i nie miał łatki pupilka TVP) i córka Gradowskiego są naprawdę nijakimi aktorami. Szkoda jednak tracić czasu. 2/10

Odpowiedz
25 lat niewinności - Polacy, kręćcie takie filmy dalej a będzie tylko lepiej. Zagrało tu wszystko co miało zagrać, aby całość sprawia wrażenie rasowego dramatu więziennego połączonego ze śledztwem. Mimo, że te drugie jest ekspresowe i chciałoby się zobaczyć dedykowany mu film to wszystko to spięte ze sobą dało świetny efekt. Trojan i Kulesza aktorsko wymiatają, fajnie też że nie jest to jakiś "biopic" na odpieprz bo historia przedstawia wiele kluczowych wydarzeń z życia Komendy tworząc aurę totalnej bezradności.  Kiedy wydaje się, że Holoubek idzie na jakiejś skróty przesuwając akcję o x lat do przodu to potem wraca, aby przywalić emocjami ze zdwojoną siłą. Dawno nie kończyłem seansu ze ściskiem w gardle, a ten zostawił u mnie cichy krzyk z wkurwienia jak tekturowy jest w tym kraju wymiar sprawiedliwości. Gdyby nie ambicja jednostek to gość siedziałby w pierdlu do 2025 i to jest dla mnie bardzo przerażające.

9/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
(10-05-2021, 12:14)Qrszon napisał(a): Dochodzą też kolejne fajne piosenki ze słynną "Meluzyną" na czele

Jeśli chodzi o "Podróże..." to nie zapominaj też o "Latającym Holendrze" ;) Taka polska imprezowa muzyka to ja rozumiem, a nie jakieś Martyniuki...




Mój pierwszy raz z Kleksem zdarzył się we wczesnej podstawówce, gdy puszczano nam "Akademię..." na korytarzu szkolnym, gdzie znajdował się telewizor. Też żeśmy całą klasą robili pod siebie na scenach z wilkami, ale dzisiaj myślę że ten marsz to jedna z najbardziej zajebistych scen PRL-u ;)


Odpowiedz
Scena marszu wilków faktycznie z wiekiem coraz bardziej klawa. Jak słucham tej muzyki ze sceny to aż myślę sobie, że my to jednak potrafiliśmy być jak Amerykany :)

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Dystrybucja polskich filmów na świecie Pai-Chi-Wo 9 2,906 04-10-2018, 19:45
Ostatni post: Pai-Chi-Wo
  Efekty dźwiękowe w polskich filmach... pawian 25 9,198 08-08-2007, 08:31
Ostatni post: Massimo



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości