o tym filmie powinniśmy gadać w wątku tzw. "światopoglądowym". pasowałby do niego jak ulał.
to, co zobaczyłem, mogę podsumować krótko: trafia w sedno. oto przeciętny, średnio rozgarnięty jankeski żołdak w ramach jakiegoś tajnego eksperymentu zostaje zahibernowany w naszych czasach i na skutek nieszczęśliwego wypadku losowego budzi się w przyszłości, w roku bodaj 2505. żeby było weselej, ludzkość przyszłości z miejsca obwołuje go geniuszem.
jak rzekłem, film poraża chwilami swoją aktualnością. reżyser pochyla się w nim nad postępującym od kilkudziesięciu lat zjawiskiem kompletnego skretynienia społeczeństwa amerykańskiego (choć naturalnie historia ma wymiar ewidentnie globalny), analizując przy okazji przyczyny totalnej intelektualnej i kulturowej zapaści. analiza nie jest może jakaś super pogłębiona, wielu ważkich kwestii nawet nie porusza, skupiając się jedynie na tych co bardziej oczywistych - "Idiokracja" stanowi bowiem gatunkowo czystej wody komedie, więc i siłą rzeczy poza żywioł komediowy niechętnie wychodzi - niemniej mega szacun dla Judge'a, że pomimo jawnie kabaretowo-futurystyczno-groteskowego sztafażu komentarz socjologiczny nie wydaje się wcale przesadzony. przeciwnie: całkiem wiarygodnie odzwierciedla niemal wszystkie współczesne trendy, łącznie z olewaniem przez rodziców wychowywania dzieci. język dolnych i górnych warstw nastoletnich przypomina tu rzyganie do klopa, gdzie zbitka monosylab uchodzi za oratorski popis na miarę Cycerona. generalnie co drugi smarkacz pojawiający się w filmie zasługuje na taki wpierdol, żeby przez dwa tygodnie nie mógł usiąść na dupie.
co jest najfajniejsze w filmie pana Judge'a, to to, że wyczulony na pewne sprawy widz momentalnie załapie rozmaite subtelne przytyki do współczesności. po pierwsze, cywilizacja od dawna już promuje nie jednostki pracowite, inteligentne, zaradne, zdolne do ryzyka etc, lecz niedorozwojów, cwaniaków i co wyjątkowo uwypuklone już w samym prologu, rozmnażających się jak króliki nierobów-meneli, przyssanych do państwowego suta. dwa: olbrzymi rozstrzał między rzeczywistą wiedzą jednostki a zakresem wiedzy potrzebnym do zrozumienia jakiegokolwiek poważniejszego problemu społeczno-ekonomicznego. dobrze to widać na przykładzie kreacji głównego bohatera - koleś durniem nie jest, wporzo z niego facio, z jednej strony jego rady dla zdegenerowanych mieszkańców USA przyszłości to wręcz mądrości Salomonowe, ale z drugiej niestety wyraźnie wali od nich ignorancją i "chłopskim" pomyślunkiem. wreszcie trzy: media. idiokracja = mediokracja (w wątku "światopoglądowym" ująłbym to szerzej: demokracja = idiokracja = mediokracja). pominę z litości serwisy informacyjne i od razu przejdę do programów rozrywkowych. sorry, ale futurystyczna telewizja z filmu Judge'a w niczym nie odbiega od tego, co już dzisiaj można zobaczyć na mtv czy innych 4Funtv. dosłownie niedawno włączyłem sobie mtv dla sportu, a tu patrze koleś wpierdziela pizze z włosami łonowymi jakiejś laski. albo ja już jestem starym prykiem i czegoś nie kumam, albo Judge nie docenił cywilizacyjnego "postępu" u zarania XXI wieku.
ogólnie film w swojej klasie, czyli "komedia z morałem" super. do refleksji mnie nie zmusił z wiadomych powodów ("South Park" też mnie nie zmusza, jakby kto pytał), ale przynajmniej trochę się pośmiałem - i na szczęście nie śmiałem się z siebie. to mogę powiedzieć ze 100 proc pewnością:)
aha, bardzo lubie aktora grającego główną rolę - pamiętam go z genialnego epizodu X-Files "Bad Blood". Luke Wilson się zowie. zaimponował mi tym, że z taką cierpliwością potrafił tłumaczyć debilom meandry procesu nawadniania roślin. ja bym dostał kurwicy po 5 sekundach:)
to, co zobaczyłem, mogę podsumować krótko: trafia w sedno. oto przeciętny, średnio rozgarnięty jankeski żołdak w ramach jakiegoś tajnego eksperymentu zostaje zahibernowany w naszych czasach i na skutek nieszczęśliwego wypadku losowego budzi się w przyszłości, w roku bodaj 2505. żeby było weselej, ludzkość przyszłości z miejsca obwołuje go geniuszem.
jak rzekłem, film poraża chwilami swoją aktualnością. reżyser pochyla się w nim nad postępującym od kilkudziesięciu lat zjawiskiem kompletnego skretynienia społeczeństwa amerykańskiego (choć naturalnie historia ma wymiar ewidentnie globalny), analizując przy okazji przyczyny totalnej intelektualnej i kulturowej zapaści. analiza nie jest może jakaś super pogłębiona, wielu ważkich kwestii nawet nie porusza, skupiając się jedynie na tych co bardziej oczywistych - "Idiokracja" stanowi bowiem gatunkowo czystej wody komedie, więc i siłą rzeczy poza żywioł komediowy niechętnie wychodzi - niemniej mega szacun dla Judge'a, że pomimo jawnie kabaretowo-futurystyczno-groteskowego sztafażu komentarz socjologiczny nie wydaje się wcale przesadzony. przeciwnie: całkiem wiarygodnie odzwierciedla niemal wszystkie współczesne trendy, łącznie z olewaniem przez rodziców wychowywania dzieci. język dolnych i górnych warstw nastoletnich przypomina tu rzyganie do klopa, gdzie zbitka monosylab uchodzi za oratorski popis na miarę Cycerona. generalnie co drugi smarkacz pojawiający się w filmie zasługuje na taki wpierdol, żeby przez dwa tygodnie nie mógł usiąść na dupie.
co jest najfajniejsze w filmie pana Judge'a, to to, że wyczulony na pewne sprawy widz momentalnie załapie rozmaite subtelne przytyki do współczesności. po pierwsze, cywilizacja od dawna już promuje nie jednostki pracowite, inteligentne, zaradne, zdolne do ryzyka etc, lecz niedorozwojów, cwaniaków i co wyjątkowo uwypuklone już w samym prologu, rozmnażających się jak króliki nierobów-meneli, przyssanych do państwowego suta. dwa: olbrzymi rozstrzał między rzeczywistą wiedzą jednostki a zakresem wiedzy potrzebnym do zrozumienia jakiegokolwiek poważniejszego problemu społeczno-ekonomicznego. dobrze to widać na przykładzie kreacji głównego bohatera - koleś durniem nie jest, wporzo z niego facio, z jednej strony jego rady dla zdegenerowanych mieszkańców USA przyszłości to wręcz mądrości Salomonowe, ale z drugiej niestety wyraźnie wali od nich ignorancją i "chłopskim" pomyślunkiem. wreszcie trzy: media. idiokracja = mediokracja (w wątku "światopoglądowym" ująłbym to szerzej: demokracja = idiokracja = mediokracja). pominę z litości serwisy informacyjne i od razu przejdę do programów rozrywkowych. sorry, ale futurystyczna telewizja z filmu Judge'a w niczym nie odbiega od tego, co już dzisiaj można zobaczyć na mtv czy innych 4Funtv. dosłownie niedawno włączyłem sobie mtv dla sportu, a tu patrze koleś wpierdziela pizze z włosami łonowymi jakiejś laski. albo ja już jestem starym prykiem i czegoś nie kumam, albo Judge nie docenił cywilizacyjnego "postępu" u zarania XXI wieku.
ogólnie film w swojej klasie, czyli "komedia z morałem" super. do refleksji mnie nie zmusił z wiadomych powodów ("South Park" też mnie nie zmusza, jakby kto pytał), ale przynajmniej trochę się pośmiałem - i na szczęście nie śmiałem się z siebie. to mogę powiedzieć ze 100 proc pewnością:)
aha, bardzo lubie aktora grającego główną rolę - pamiętam go z genialnego epizodu X-Files "Bad Blood". Luke Wilson się zowie. zaimponował mi tym, że z taką cierpliwością potrafił tłumaczyć debilom meandry procesu nawadniania roślin. ja bym dostał kurwicy po 5 sekundach:)
20-11-2009, 03:14






