Kolejna nocka z tym filmem, to już chyba siódmy seans...
Zaczynam się przekonywać do AvP. Nigdy nie uznam go za dobry mariaż dwóch fantastycznych serii, ale coraz bardziej doceniam go jako oddzielną produkcję, zwłaszcza po tym, co serwuje się w dobie aktualnych sequeli czy crossowerów.
Na pierwszy rzut krytyka:
Jest dużo nawiązań, fajnych - nie zaprzeczę - ale zbędnych, nic nie wnoszących. po prostu są, i tyle. Fajnie toto się ogląda (gdy wiadomo, o co chodzi), nie mniej w filmie mogłoby się obyć bez tego i nic by nie stracił. Postać Weylanda poprowadzona wzorowo (wizjoner, uparty człowiek dążący do własnych celów, dyktator...) ale jego koniec jest... jakby to powiedzieć, źle ujęty - po prostu zmarnowano potencjał, zwłaszcza że "robotyka" i jego zainteresowania pojawiają się tylko na okładce czasopisma. Ten zarzut to raczej taka niedogodność.
Kaliber grubszy dotyczy oczywiście "life cycle" obcego - tutaj widać trzy (aż trzy!) karygodne błędy - piszę o tym, ponieważ z punktu widzenia długiego czasu obcowania z sagą, znając oba uniwersa dobrze, a także doceniając starania scenarzystów, można by naprawdę stworzyć film wyjątkowy. I tak od początku widać to, jak bardzo film jest krótki, gdzie cały proces wyklucia obcego został skrócony (wg moich wyliczeń do dwóch godzin!). To błąd pierwszy, spowodowany, jak domniemam, parciem na akcję. Drugi to szybka eliminacja całego zespołu - począwszy od ludzi na górze (co się raczej rozumie - ale do tego wrócę), a skończywszy na krótkiej acz treściwej rozwałce w głównej sali posągów. Brak ekipy to takie udogodnienie, bo pozostaje bohaterka i jeden predek (o tym też napiszę), i w zasadzie stado obcych, które jakby są na wygranej pozycji plus wielka, wkurwiona królowa (a z wkurwioną babą się nie zaczyna gdy ma PMS po stu latach...). Więc w efekcie tych dwóch akcji scenarzystów film kończy się, zanim się zaczął. Trzecia rzecz, jaka mnie bodzie w AvP to brak rozwinięcia motywacji załogi Weylanda - a chodzi mi o tych z bronią. O ile łykam w jakiś sposób, że w ogóle posiadali broń na wyprawie badawczej (można to wytłumaczyć na kilka sposobów i każdy może mieć rację bytu) to nie potrafię pojąć zachowania tych "marines", gdy zasadniczo jedynym (początkowym) zagrożeniem jest burza, a oni sięgają po giwery..., tak do walki z wiatrem. I w tym miejscu zaczyna być zbyt sztampowo - zbyt, gdyż wprowadzenie do tajemnicy wcale a wcale złe nie jest, ale kiedy wszyscy chcą strzelać do wiatru, nie widząc ani krzty o realnym zagrożeniu, wygląda to groteskowo.
Z "life cycle" jest taki problem, że gdyby go rozwinąć do pełnego obrazu, to zabawa zamieniła by się w ciche umieranie w labiryncie z predkami grającymi w karty i czekającymi na miot - ale właśnie pokazanie jak się sprawy mają z obcymi, dałoby pole do popisu dla reżysera i ukazania bohaterów w relacji z wielkim odkryciem. Brakuje mi przy każdym seansie namacalnego strachu, odkrywania historii czy faktów związanych z piramidą (to, co serwują to kilka linijek wyssanych z palca - jak w jakimś filmie dla dzieci, gdzie grupka ludków zgaduje i ma przypadkiem rację). I wreszcie same polowanie predki vs ludzie miałoby zupełnie inny wymiar - ale jak już wspomniałem, filmowi trzeba by dodać z godzinę...
Te trzy zarzuty tworzą pełny obraz jaki przyświecał twórcom AvP: zróbmy rozpierduchę, a logika niech pozostanie w lodówce, najlepiej na Antarktydzie.
Ale są plusy, które z czasem dojrzewają i doceniam je po latach:
Najgorsza rzecz, która mnie odrażała to współpraca babki z predkiem. A teraz, o dziwo, zaczynam to lubić - nie tylko dlatego, że wobec ukazanych scen wydaje się to sensownym posunięciem, ale także dlatego, iż w pewnym sensie ta współpraca pcha akcję w dobrą stronę - do ostatecznej walki łowcy z hordą obcych, z babką u boku jako ostateczną wojowniczką. Wydaje mi się to całkiem logiczne.
Druga sprawa to oprawa graficzna: tak i walki pred vs obcy (co jest głównym wątkiem - a tego jak na lekarstwo) są poprowadzone doskonale, ale i efekty pozwalają rozkoszować się pojedynkami - slo mo jest, ale użyte dokładnie tam, gdzie potrzebne. Zaś arsenał predatora i obcego, hmmm, no cóż - tutaj wyobraźnia kogoś powiodła, bo i ten 6 metrówy ogon i ostrza na metr kaleczą obie serie, to w jakimś sensie pasują do tego wszystkiego. Wciąż mam mieszane uczucia.
Mógłbym to wszystko wrzucić w kosz, gdyby nie piramida. Jak chłopaki piszący scenerio wpadli na ten pomysł, nie mam pojęcia, ale to dobry pomysł, wprowadzający od początku wysoki element tajemniczości, zaś samo połączenie dwóch obych ras z takim założeniem, że predki wykorzystywały obcych li tlyko do polowania celem udowodnienia swojej wyższości i dokonania inicjacji... uch, no dobra tego za wiele. Sama piramida wystarczyłaby. Ale nie, kurde, poszli dalej i zrobili z niej jakieś cudowne machinerium (co akurat musiało zaistnieć, aby w ogóle ją odkryć za pomocą satelity). Tak więc piramida to mieszanka wybuchowa jak dla mnie, bo z jednej strony w ciekawy sposób łączy trzy rasy, z drugiej odcina się grubą kreską od tajemnicy pochodzenia jednych i drugich. Nie potrafię się zdecydować, czy to wina odkrycia wszystkich kart (retrospekcja do wycięcia) czy może słaby zarys całego konceptu budowli, który mimo istnienia, wcale do mnie nie przemawia.
Jest jeszcze coś, co mnie przekonuje do AvP po latach, a tym wyjątkowym czymś jest sama bohaterka w osobie Sany Lathan, która po prostu gra świetnie, i jeżeli miałbym zarzucić komuś brak zaangażowania, to wszystkim poza tą dziewuchą.
Ale tak sobie myślę, jak dużo poświęcono aby zrobić z tego akcyjniak tej klasy, zamiast iść w stronę mroczniejszego SF. Wpada ekipa do stacji wielorybniczej - miodzio do tej pory - rozbijają się, łażą, gadają. Wygląda to super za każdym razem. Potem każdy w tej bazie, zanim jeszcze zejdą, nosi giwerę... Eee? No i po co? Bo tak chciał reżyser? Dalej jest tak samo głupio: wpadają predki, widząc że ludziska zabrali im miotacze. Wpadają, robią pogrom (ale wybiórczy) i od razu wpadają obcy z jajka niespodzianki i padają dwa predki. Bo też reżyserowi było niewygodnie iść z logiką i za własnymi pomysłami. Bo gdyby pierwszą akcję zamienić i zamiast karabinów dać chłopakom kanapki, dostalibyśmy krwawą łaźnię budzącą grozę (oto wpada ekipa kosmitów i bez skrupułów rozwala niewinnych ludzi, brrr). A w drugiej akcji ocalić predków, rozdzielić ich i niech polują na przewyższającego liczebnie wroga. Przecież został jeden predek vs... kurde, 100 obcych? Skoro dwóch obcych pociachało dwóch predków, to jakim cudem miało prawo to wszystko się udać? Więc reżyser sobie wraz ze scenarzystami schowali logikę do tej wspomnianej lodówki i przygrzali z grubej rury.
Mimo wszystko uważam, że AvP zrobiony został dobrze - ma te swoje dziwaczne pomysły, jest krótki, drwi z Królowej, przekłamuje wiele rzeczy ale tak serio serio, to wątpię aby ktoś zdołał lepiej to uczynić, a już na pewno nie w tych czasach, czego dowodem jest AvP:R i dostawca pizzy z problemami sercowymi.
Zawsze jednak niedostyt pozostanie i zdziwienie, jak z filmu bardzo słabego awansował na pozycję dobrą z kilkoma rewelacyjnymi scenami.
6/10
Zaczynam się przekonywać do AvP. Nigdy nie uznam go za dobry mariaż dwóch fantastycznych serii, ale coraz bardziej doceniam go jako oddzielną produkcję, zwłaszcza po tym, co serwuje się w dobie aktualnych sequeli czy crossowerów.
Na pierwszy rzut krytyka:
Jest dużo nawiązań, fajnych - nie zaprzeczę - ale zbędnych, nic nie wnoszących. po prostu są, i tyle. Fajnie toto się ogląda (gdy wiadomo, o co chodzi), nie mniej w filmie mogłoby się obyć bez tego i nic by nie stracił. Postać Weylanda poprowadzona wzorowo (wizjoner, uparty człowiek dążący do własnych celów, dyktator...) ale jego koniec jest... jakby to powiedzieć, źle ujęty - po prostu zmarnowano potencjał, zwłaszcza że "robotyka" i jego zainteresowania pojawiają się tylko na okładce czasopisma. Ten zarzut to raczej taka niedogodność.
Kaliber grubszy dotyczy oczywiście "life cycle" obcego - tutaj widać trzy (aż trzy!) karygodne błędy - piszę o tym, ponieważ z punktu widzenia długiego czasu obcowania z sagą, znając oba uniwersa dobrze, a także doceniając starania scenarzystów, można by naprawdę stworzyć film wyjątkowy. I tak od początku widać to, jak bardzo film jest krótki, gdzie cały proces wyklucia obcego został skrócony (wg moich wyliczeń do dwóch godzin!). To błąd pierwszy, spowodowany, jak domniemam, parciem na akcję. Drugi to szybka eliminacja całego zespołu - począwszy od ludzi na górze (co się raczej rozumie - ale do tego wrócę), a skończywszy na krótkiej acz treściwej rozwałce w głównej sali posągów. Brak ekipy to takie udogodnienie, bo pozostaje bohaterka i jeden predek (o tym też napiszę), i w zasadzie stado obcych, które jakby są na wygranej pozycji plus wielka, wkurwiona królowa (a z wkurwioną babą się nie zaczyna gdy ma PMS po stu latach...). Więc w efekcie tych dwóch akcji scenarzystów film kończy się, zanim się zaczął. Trzecia rzecz, jaka mnie bodzie w AvP to brak rozwinięcia motywacji załogi Weylanda - a chodzi mi o tych z bronią. O ile łykam w jakiś sposób, że w ogóle posiadali broń na wyprawie badawczej (można to wytłumaczyć na kilka sposobów i każdy może mieć rację bytu) to nie potrafię pojąć zachowania tych "marines", gdy zasadniczo jedynym (początkowym) zagrożeniem jest burza, a oni sięgają po giwery..., tak do walki z wiatrem. I w tym miejscu zaczyna być zbyt sztampowo - zbyt, gdyż wprowadzenie do tajemnicy wcale a wcale złe nie jest, ale kiedy wszyscy chcą strzelać do wiatru, nie widząc ani krzty o realnym zagrożeniu, wygląda to groteskowo.
Z "life cycle" jest taki problem, że gdyby go rozwinąć do pełnego obrazu, to zabawa zamieniła by się w ciche umieranie w labiryncie z predkami grającymi w karty i czekającymi na miot - ale właśnie pokazanie jak się sprawy mają z obcymi, dałoby pole do popisu dla reżysera i ukazania bohaterów w relacji z wielkim odkryciem. Brakuje mi przy każdym seansie namacalnego strachu, odkrywania historii czy faktów związanych z piramidą (to, co serwują to kilka linijek wyssanych z palca - jak w jakimś filmie dla dzieci, gdzie grupka ludków zgaduje i ma przypadkiem rację). I wreszcie same polowanie predki vs ludzie miałoby zupełnie inny wymiar - ale jak już wspomniałem, filmowi trzeba by dodać z godzinę...
Te trzy zarzuty tworzą pełny obraz jaki przyświecał twórcom AvP: zróbmy rozpierduchę, a logika niech pozostanie w lodówce, najlepiej na Antarktydzie.
Ale są plusy, które z czasem dojrzewają i doceniam je po latach:
Najgorsza rzecz, która mnie odrażała to współpraca babki z predkiem. A teraz, o dziwo, zaczynam to lubić - nie tylko dlatego, że wobec ukazanych scen wydaje się to sensownym posunięciem, ale także dlatego, iż w pewnym sensie ta współpraca pcha akcję w dobrą stronę - do ostatecznej walki łowcy z hordą obcych, z babką u boku jako ostateczną wojowniczką. Wydaje mi się to całkiem logiczne.
Druga sprawa to oprawa graficzna: tak i walki pred vs obcy (co jest głównym wątkiem - a tego jak na lekarstwo) są poprowadzone doskonale, ale i efekty pozwalają rozkoszować się pojedynkami - slo mo jest, ale użyte dokładnie tam, gdzie potrzebne. Zaś arsenał predatora i obcego, hmmm, no cóż - tutaj wyobraźnia kogoś powiodła, bo i ten 6 metrówy ogon i ostrza na metr kaleczą obie serie, to w jakimś sensie pasują do tego wszystkiego. Wciąż mam mieszane uczucia.
Mógłbym to wszystko wrzucić w kosz, gdyby nie piramida. Jak chłopaki piszący scenerio wpadli na ten pomysł, nie mam pojęcia, ale to dobry pomysł, wprowadzający od początku wysoki element tajemniczości, zaś samo połączenie dwóch obych ras z takim założeniem, że predki wykorzystywały obcych li tlyko do polowania celem udowodnienia swojej wyższości i dokonania inicjacji... uch, no dobra tego za wiele. Sama piramida wystarczyłaby. Ale nie, kurde, poszli dalej i zrobili z niej jakieś cudowne machinerium (co akurat musiało zaistnieć, aby w ogóle ją odkryć za pomocą satelity). Tak więc piramida to mieszanka wybuchowa jak dla mnie, bo z jednej strony w ciekawy sposób łączy trzy rasy, z drugiej odcina się grubą kreską od tajemnicy pochodzenia jednych i drugich. Nie potrafię się zdecydować, czy to wina odkrycia wszystkich kart (retrospekcja do wycięcia) czy może słaby zarys całego konceptu budowli, który mimo istnienia, wcale do mnie nie przemawia.
Jest jeszcze coś, co mnie przekonuje do AvP po latach, a tym wyjątkowym czymś jest sama bohaterka w osobie Sany Lathan, która po prostu gra świetnie, i jeżeli miałbym zarzucić komuś brak zaangażowania, to wszystkim poza tą dziewuchą.
Ale tak sobie myślę, jak dużo poświęcono aby zrobić z tego akcyjniak tej klasy, zamiast iść w stronę mroczniejszego SF. Wpada ekipa do stacji wielorybniczej - miodzio do tej pory - rozbijają się, łażą, gadają. Wygląda to super za każdym razem. Potem każdy w tej bazie, zanim jeszcze zejdą, nosi giwerę... Eee? No i po co? Bo tak chciał reżyser? Dalej jest tak samo głupio: wpadają predki, widząc że ludziska zabrali im miotacze. Wpadają, robią pogrom (ale wybiórczy) i od razu wpadają obcy z jajka niespodzianki i padają dwa predki. Bo też reżyserowi było niewygodnie iść z logiką i za własnymi pomysłami. Bo gdyby pierwszą akcję zamienić i zamiast karabinów dać chłopakom kanapki, dostalibyśmy krwawą łaźnię budzącą grozę (oto wpada ekipa kosmitów i bez skrupułów rozwala niewinnych ludzi, brrr). A w drugiej akcji ocalić predków, rozdzielić ich i niech polują na przewyższającego liczebnie wroga. Przecież został jeden predek vs... kurde, 100 obcych? Skoro dwóch obcych pociachało dwóch predków, to jakim cudem miało prawo to wszystko się udać? Więc reżyser sobie wraz ze scenarzystami schowali logikę do tej wspomnianej lodówki i przygrzali z grubej rury.
Mimo wszystko uważam, że AvP zrobiony został dobrze - ma te swoje dziwaczne pomysły, jest krótki, drwi z Królowej, przekłamuje wiele rzeczy ale tak serio serio, to wątpię aby ktoś zdołał lepiej to uczynić, a już na pewno nie w tych czasach, czego dowodem jest AvP:R i dostawca pizzy z problemami sercowymi.
Zawsze jednak niedostyt pozostanie i zdziwienie, jak z filmu bardzo słabego awansował na pozycję dobrą z kilkoma rewelacyjnymi scenami.
6/10
loading podpis...
09-08-2012, 23:59 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-08-2012, 00:05 przez Martinipl.)





