Jak dorobię sie fortuny, postawię Gibsonowi pomnik. Usunę statuę Mickiewicza z poznańskiego placu 3 Krzyży i wybuduję na tym miejscy postument z Melem. Oto krótka lista jego zasług:
1. Najlepszy film wojenno-historyczny, jaki widziałem w życiu;
2. Najlepsza szekspirowska postać tragiczna - Robert the Bruce (Angus Macfadyen);
3. Najlepsze sceny batalistyczne w historii kina;
4. Najlepsza przemowa w historii kina (po jej usłyszeniu, rozgromiłbym w pojedynkę angielskie wojska);
5. Najinteligentniej dawkowany patos w historii kina;
6. Jedna z najlepszych scen zemsty w historii kina;
7. Główna rola w najlepszy filmie sensacyjnym lat 80-tych;
8. Udział w najmroczniejszej scenie w historii kina sensacyjnego;
9. Najlepszy film przygodowy od czasów PJ (mowa oczywiście o Apocalypto);
10. Główna rola w NAJLEPSZYM "FILMIE KOMIKSOWYM" w historii kina.
Sin City wygląda przy Godzinie zemsty jak efekt specjalny. W tym całym greenboxowym spektaklu umyka przed moją mało wyrafinowaną i mało obiektywną krytyka jedynie postać Marva (gdyby Vala w Payback zagrał właśnie Rourke, uznałbym z miejsca film Helgelanda za arcydzieło wagi ciężkiej). Część z was traktuje zapewne pomysł ulokowania filmowej akcji na tle zielonej dykty za pójście po linii największego oporu. Ja natomiast uważam takie wyczyny za pójście na łatwiznę. Pokazać scenę masakry na komputerze to pogrubić zaporę fikcji oddzielającą widza od ekranowych wydarzeń. Założyć na obiektyw filtr i dopiero potem pokazać masakrę - to jest prawdziwe wyzwanie.
Poziom Payback jest dla SinCity nieosiągalny. Zadecydowała o tym nie tylko moja bezgraniczna niechęć do komiksowej lajtowości w kinie, ale także, a może przede wszystkim - obsada. W Godzinie zemsty mamy Krisa Kristoffersona - gościa, który dojrzewał pod okiem samego Peckinpaha, co widać od pierwszej chwili - grany przez niego bohater autentycznie wzbudza we mnie respekt. Bruce Willis to przy nim polski gangster z filmów Pasikowskiego. Ten spokój, opanowanie - zero wystudiowania tudzież pretensjonalnej pozy. Nie trzeba filmowego doświadczenia, by rozpoznać w nim rewolwerowca. Ściągnięta twarz jak u strzelca, który nigdy w życiu nie doznał miłości. Ciarki przebiegają po kręgosłupie.
To, co mnie wkurza w filmowych komiksach nieziemsko, to całkowity brak kobiet. Są dziewczynki w kusych spódniczkach, modelki, zazwyczaj nieskończenie agresywne albo bezdennie naiwne, są ufarbowane laleczki z karabinami maszynowymi i tak dalej, ale kobiet jak nie ma, tak nie ma. Oczywiście, nie znam wszystkich komiksowych produkcji, więc za ewentualne niewybaczalne pominięcia przepraszam. Kobieta, o której mówię, to Maria Bello - roztacza unikalny, subtelny urok, no i jest REALNA, nie jakaś plastikowa z talią jak u osy.
Mel Gibson... Max Payne... Dalszy komentarz zbędny. Zakochałem sie w tej postaci od pierwszego wejrzenia. Gibson to geniusz aktorstwa i reżyserii, co zdarza się niezmiernie rzadko. Oby żył jak najdłużej i nie rozpił sie jak Peckinpah.
Figury drugoplanowe dotrzymują kroku czołówce. Świetny duet skorumpowanych gliniarzy. Rozwala Bill Duke jako detektyw Hicks. W przypadku tego aktora wystarczy, że jest na ekranie. Nawet jako dalekie tło.
Przemoc - bardzo komiksowa, ale ja to kupuję. Porter wchodzi do gabinetu jakiegoś bossa, pyta o pieniądze. Koleś odpowiada, że forsy nie ma. Porter zabija go na miejscu, po czym wychodzi. Niby zalatuje komiksem, ale jakże to westernowe.
Dialogi: konkretne do bólu. Dominują szybkie riposty i masakrujące groźby (tutaj bryluje niezrównany Kristofferson).
Wątek miłosny: klasyczny i zwieńczony fantastyczną kwestią z offu autorstwa Gibsona-Portera. Ja wymiękam.
Rozczarował mnie tylko Gregg Henry. To znaczy - był dobry, ale wyraźnie nie nadążał za peletonem. W tej roli widziałbym rzeźnika Mickeya Rourke'go.
11/10
1. Najlepszy film wojenno-historyczny, jaki widziałem w życiu;
2. Najlepsza szekspirowska postać tragiczna - Robert the Bruce (Angus Macfadyen);
3. Najlepsze sceny batalistyczne w historii kina;
4. Najlepsza przemowa w historii kina (po jej usłyszeniu, rozgromiłbym w pojedynkę angielskie wojska);
5. Najinteligentniej dawkowany patos w historii kina;
6. Jedna z najlepszych scen zemsty w historii kina;
7. Główna rola w najlepszy filmie sensacyjnym lat 80-tych;
8. Udział w najmroczniejszej scenie w historii kina sensacyjnego;
9. Najlepszy film przygodowy od czasów PJ (mowa oczywiście o Apocalypto);
10. Główna rola w NAJLEPSZYM "FILMIE KOMIKSOWYM" w historii kina.
Sin City wygląda przy Godzinie zemsty jak efekt specjalny. W tym całym greenboxowym spektaklu umyka przed moją mało wyrafinowaną i mało obiektywną krytyka jedynie postać Marva (gdyby Vala w Payback zagrał właśnie Rourke, uznałbym z miejsca film Helgelanda za arcydzieło wagi ciężkiej). Część z was traktuje zapewne pomysł ulokowania filmowej akcji na tle zielonej dykty za pójście po linii największego oporu. Ja natomiast uważam takie wyczyny za pójście na łatwiznę. Pokazać scenę masakry na komputerze to pogrubić zaporę fikcji oddzielającą widza od ekranowych wydarzeń. Założyć na obiektyw filtr i dopiero potem pokazać masakrę - to jest prawdziwe wyzwanie.
Poziom Payback jest dla SinCity nieosiągalny. Zadecydowała o tym nie tylko moja bezgraniczna niechęć do komiksowej lajtowości w kinie, ale także, a może przede wszystkim - obsada. W Godzinie zemsty mamy Krisa Kristoffersona - gościa, który dojrzewał pod okiem samego Peckinpaha, co widać od pierwszej chwili - grany przez niego bohater autentycznie wzbudza we mnie respekt. Bruce Willis to przy nim polski gangster z filmów Pasikowskiego. Ten spokój, opanowanie - zero wystudiowania tudzież pretensjonalnej pozy. Nie trzeba filmowego doświadczenia, by rozpoznać w nim rewolwerowca. Ściągnięta twarz jak u strzelca, który nigdy w życiu nie doznał miłości. Ciarki przebiegają po kręgosłupie.
To, co mnie wkurza w filmowych komiksach nieziemsko, to całkowity brak kobiet. Są dziewczynki w kusych spódniczkach, modelki, zazwyczaj nieskończenie agresywne albo bezdennie naiwne, są ufarbowane laleczki z karabinami maszynowymi i tak dalej, ale kobiet jak nie ma, tak nie ma. Oczywiście, nie znam wszystkich komiksowych produkcji, więc za ewentualne niewybaczalne pominięcia przepraszam. Kobieta, o której mówię, to Maria Bello - roztacza unikalny, subtelny urok, no i jest REALNA, nie jakaś plastikowa z talią jak u osy.
Mel Gibson... Max Payne... Dalszy komentarz zbędny. Zakochałem sie w tej postaci od pierwszego wejrzenia. Gibson to geniusz aktorstwa i reżyserii, co zdarza się niezmiernie rzadko. Oby żył jak najdłużej i nie rozpił sie jak Peckinpah.
Figury drugoplanowe dotrzymują kroku czołówce. Świetny duet skorumpowanych gliniarzy. Rozwala Bill Duke jako detektyw Hicks. W przypadku tego aktora wystarczy, że jest na ekranie. Nawet jako dalekie tło.
Przemoc - bardzo komiksowa, ale ja to kupuję. Porter wchodzi do gabinetu jakiegoś bossa, pyta o pieniądze. Koleś odpowiada, że forsy nie ma. Porter zabija go na miejscu, po czym wychodzi. Niby zalatuje komiksem, ale jakże to westernowe.
Dialogi: konkretne do bólu. Dominują szybkie riposty i masakrujące groźby (tutaj bryluje niezrównany Kristofferson).
Wątek miłosny: klasyczny i zwieńczony fantastyczną kwestią z offu autorstwa Gibsona-Portera. Ja wymiękam.
Rozczarował mnie tylko Gregg Henry. To znaczy - był dobry, ale wyraźnie nie nadążał za peletonem. W tej roli widziałbym rzeźnika Mickeya Rourke'go.
11/10
08-04-2007, 18:28






