pomiędzy Alienem i A3 SE toczy się walka o tytuł najlepszego sci-fi/horroru w historii kosmosu :)
spójrzmy na to w ten sposób:
Alien - zero błędów logicznych/technicznych/jakichkolwiek innych, film perfekcyjny (jedyna rzecz, jaka może razić po oczach, to kukła obcego w ostatnich scenach - widać, że to gumowa zabawka).
A3 SE - kilka usterek montażowych (wynik anarchii panującej na planie) i w niektórych miejscach zaskakująco słabe efekty specjalne.
poza tym - absolutnie piękne filmy.
jest jednak coś, co powoduje, że moją ulubioną częścią trylogii jest A3 SE. otóż klimat pierwszego Aliena, motyw statku w kosmosie i tak dalej kopiowano na wiele sposobów. Podobnie rozwiązania zastosowane w Aliens. Tymczasem obraz Finchera stanowi coś nowego, świeżego, coś, czego nikt nigdy przedtem nie widział (wyłączając trylogie jako taką) i czego nigdy potem nie próbował naśladować. pomijam fakt, że współcześnie niemożliwością byłoby stworzenie tak niekonwencjonalnego filmu sci-fi: brud, krew, uzasadnione efekty gore, wulgaryzmy, znikomy udział komputera, ogólna brutalność i depresyjność klimatu, odstręczająca wakacyjną widownię scenografia, gwałciciele i mordercy w rolach głównych...
A3 SE to obraz unikatowy. Alien również stanowi niezapomniane przeżycie estetyczno-emocjonalne, ale Aliena wszyscy nagminnie kserują, a film Finchera omijają szerokim łukiem - jest po prostu zbyt niepoprawny, zbyt ryzykowny artystycznie, zbyt "jedyny" :)
tak sobie myślałem: Alien - załogę Nostromo poznajemy w scenach grupowych (np. przy stole, w trakcie posiłku etc). W Aliens to samo - podczas zbiórki, przy stole w jadalni, w promie zrzutowym. Alien 3 SE łamie ten schemat - Morse'a oglądamy w akcji dopiero w środku filmu, Clemens ginie bardzo szybko i niespodziewanie, Andrews także (arcydzieło, piłeczka wylatuje z otworu wentylatora, Morse chwyta krzesło i mówi "Kurwa!" - takich reakcji bardzo mi brakuje), jedynie osoba Dillona przewija się konsekwentnie przez niemal cały film. Co więcej, często widzimy Morse'a szwendającego się po kompleksie, kamera uchwyci go przelotnie, ale reżyser nie daje nam żadnych podstaw, by sądzić, że ta akurat postać odegra główna role w końcowych partiach dramatu, nie mówiąc już o przeżyciu. Wszystko jest tu niepewne, nikt nie może paradować po więzieniu z tytułem "głównego bohatera, który dotrwa do końca".
ps. dopiero teraz zorientowałem się, ze temat dotyczy AvP. wiec żeby nie było, że robię offtopa - AvP to kał :)
Następny tego typu offtop będzie kasowany:) - przyp. Admin
spójrzmy na to w ten sposób:
Alien - zero błędów logicznych/technicznych/jakichkolwiek innych, film perfekcyjny (jedyna rzecz, jaka może razić po oczach, to kukła obcego w ostatnich scenach - widać, że to gumowa zabawka).
A3 SE - kilka usterek montażowych (wynik anarchii panującej na planie) i w niektórych miejscach zaskakująco słabe efekty specjalne.
poza tym - absolutnie piękne filmy.
jest jednak coś, co powoduje, że moją ulubioną częścią trylogii jest A3 SE. otóż klimat pierwszego Aliena, motyw statku w kosmosie i tak dalej kopiowano na wiele sposobów. Podobnie rozwiązania zastosowane w Aliens. Tymczasem obraz Finchera stanowi coś nowego, świeżego, coś, czego nikt nigdy przedtem nie widział (wyłączając trylogie jako taką) i czego nigdy potem nie próbował naśladować. pomijam fakt, że współcześnie niemożliwością byłoby stworzenie tak niekonwencjonalnego filmu sci-fi: brud, krew, uzasadnione efekty gore, wulgaryzmy, znikomy udział komputera, ogólna brutalność i depresyjność klimatu, odstręczająca wakacyjną widownię scenografia, gwałciciele i mordercy w rolach głównych...
A3 SE to obraz unikatowy. Alien również stanowi niezapomniane przeżycie estetyczno-emocjonalne, ale Aliena wszyscy nagminnie kserują, a film Finchera omijają szerokim łukiem - jest po prostu zbyt niepoprawny, zbyt ryzykowny artystycznie, zbyt "jedyny" :)
tak sobie myślałem: Alien - załogę Nostromo poznajemy w scenach grupowych (np. przy stole, w trakcie posiłku etc). W Aliens to samo - podczas zbiórki, przy stole w jadalni, w promie zrzutowym. Alien 3 SE łamie ten schemat - Morse'a oglądamy w akcji dopiero w środku filmu, Clemens ginie bardzo szybko i niespodziewanie, Andrews także (arcydzieło, piłeczka wylatuje z otworu wentylatora, Morse chwyta krzesło i mówi "Kurwa!" - takich reakcji bardzo mi brakuje), jedynie osoba Dillona przewija się konsekwentnie przez niemal cały film. Co więcej, często widzimy Morse'a szwendającego się po kompleksie, kamera uchwyci go przelotnie, ale reżyser nie daje nam żadnych podstaw, by sądzić, że ta akurat postać odegra główna role w końcowych partiach dramatu, nie mówiąc już o przeżyciu. Wszystko jest tu niepewne, nikt nie może paradować po więzieniu z tytułem "głównego bohatera, który dotrwa do końca".
ps. dopiero teraz zorientowałem się, ze temat dotyczy AvP. wiec żeby nie było, że robię offtopa - AvP to kał :)
Następny tego typu offtop będzie kasowany:) - przyp. Admin
27-04-2007, 10:45






