Nadrobione.
Szkoda, że tak fantastyczne walory produkcyjne i klimat SF, wykorzystano na tak kiepawym, pozbawionym ikry scenariuszu.
Całość zaczyna się bardzo przyjemnie. Wprowadzenie jest efektowne - Oblivion to pierwszy film od dłuższego czasu, w którym obrazy postapokalipsy oraz matte-paintingi przedstawiające przejęte przez naturę krajobrazy i zniszczone landmarki planety (ameryki, znaczy się), zrobiły na mnie jakieś wrażenie. Wszystko to ładnie skontrastowanie z nowoczesnymi, stylowymi wnętrzami i technologią ocalałych. Do tego główny bohater, który idealnie nadaje się do wprowadzenia widza w świat przedstawiony. Pisałem już kiedyś dlaczego bardzo lubię Toma Cruisa w tego rodzaju rolach. Facet może nie wygląda na zakapiora, a bardziej na typowego hollywoodzkiego metro udającego twardziela, ale jest coś w jego grze, w jego przygotowaniu do roli i tej charakterystycznej, zdeterminowanej intensywności, ala Vincent z Collateral, że potrafi on sprzedać umiejętności swojego bohatera lepiej niż większość aktorów akcji. Lubię oglądać tę jego iskrę w oczach jak facet się za coś zabiera i to jak przekuwa swój nachalny star power w moc ekranową. Do tego osobiście trafiają do mnie wszelkie "Aj-Am-Ledżendowe" motywy "ostatnich strażników", czy "samotnych kustoszy" pałętających się po opuszczonym krajobrazie z karabinem zawieszonym na ramieniu.
Więc gdy na początku filmu, Kosinski pokazuję Cruisa wyciągającego z szafy swój biały rifle, wrzucającego pistolet w kaburę i wyruszającego w plener - film kupił mnie wtedy w 100%. Właściwie dla mnie cały Oblivion mógłby być właśnie tym - dwiema godzinami Toma Cruisa popierdalającego na białym motorze przez pustkowia, które kiedyś były Nowym Yorkiem i powoli, spokojnie odkrywającym jakąś intrygę. Tak więc przez pierwsze 40 minut jest to bardzo przyjemny SF. Klimatyczny, stylowy, dość spokojny (choć posiadającą świetnie nakręconą scenę akcji w bibliotece) i wciągający w przedstawiony świat. Jest kilka sucharów, klisz i uproszczeń, ale nie rażą.
Film zaczyna się totalnie pierdzielić od momentu, w którym wprowadzona zostaje postać Kurylenko. Od tej chwili scenariusz przestaje wchłaniać widza w przedstawiony świat, a zaczyna próbować tworzyć jakąś dramaturgię i pogłębiać intrygę, ale całość jest tak banalna, bezjajeczna, toporna i ogólnie cienka jak siki węża, że zupełnie po mnie spłynęła. Kurlenko nie jest po prostu słaba, ona jest irytująca. Freeman, Waldau i cała ta śmieszna rebelia są w ogóle niepotrzebni i nie zostawiają po sobie żadnego wrażenia. Nawet Cruise w pewnym momencie ulega melodramatycznej manierze scenariusza i jego gra sprowadza się do powolnego otwierania japy w niedowierzaniu. Tak jak początek filmu miał w sobie pare niewinnych banałów i sucharków, tak reszta to totalna parada klisz i mega uproszczeń.
W dodatku zaserwowane w końcówce motywy SF, może i wyglądały fajnie w teorii, ale w filmie wklejone są w tak nieporadny, "na odwal" sposób, że tracą połowę mocy. Nie czytałem oryginalnego komiksu, z którego pomysł na Obliviona się zrodził, ale po filmie wnioskuje, że cała ta historia, to był po prostu mokry sen Kosinskiego, złożony z klasycznych elementów i motywów sf, które kiedyś tam chwyciły go za serducho jako szczeniaka i z których postanowił skleić swojego własnego, archetypowego esefa. Miał jednak za mało talentu by zrobić z tym cokolwiek oryginalnego, czy nawet skleić w odtwórczą, ale chociaż sensowną całość. Jedyne warte uwagi momenty w drugiej połowie to walka miedzy i końcowy "Fuck you".
Marudzę, marudzę, ale seans zaliczam do udanych i na pewno wrócę do Obliviona na Blu. Bo film jest po prostu piękny i mega klimatyczny (przynajmniej przez pierwszą połowę). I czekam na kolejny projekt Kosinkiego. Facet nie potrafi pisać za cholerę, a jego filmy to książkowy przykład przerostu formy nad treścią, ale cholera, wizualne wyczucie koleś ma niesamowite i choćby z tego względu jego projektami warto się zainteresować.
7/10
Szkoda, że tak fantastyczne walory produkcyjne i klimat SF, wykorzystano na tak kiepawym, pozbawionym ikry scenariuszu.
Całość zaczyna się bardzo przyjemnie. Wprowadzenie jest efektowne - Oblivion to pierwszy film od dłuższego czasu, w którym obrazy postapokalipsy oraz matte-paintingi przedstawiające przejęte przez naturę krajobrazy i zniszczone landmarki planety (ameryki, znaczy się), zrobiły na mnie jakieś wrażenie. Wszystko to ładnie skontrastowanie z nowoczesnymi, stylowymi wnętrzami i technologią ocalałych. Do tego główny bohater, który idealnie nadaje się do wprowadzenia widza w świat przedstawiony. Pisałem już kiedyś dlaczego bardzo lubię Toma Cruisa w tego rodzaju rolach. Facet może nie wygląda na zakapiora, a bardziej na typowego hollywoodzkiego metro udającego twardziela, ale jest coś w jego grze, w jego przygotowaniu do roli i tej charakterystycznej, zdeterminowanej intensywności, ala Vincent z Collateral, że potrafi on sprzedać umiejętności swojego bohatera lepiej niż większość aktorów akcji. Lubię oglądać tę jego iskrę w oczach jak facet się za coś zabiera i to jak przekuwa swój nachalny star power w moc ekranową. Do tego osobiście trafiają do mnie wszelkie "Aj-Am-Ledżendowe" motywy "ostatnich strażników", czy "samotnych kustoszy" pałętających się po opuszczonym krajobrazie z karabinem zawieszonym na ramieniu.
Więc gdy na początku filmu, Kosinski pokazuję Cruisa wyciągającego z szafy swój biały rifle, wrzucającego pistolet w kaburę i wyruszającego w plener - film kupił mnie wtedy w 100%. Właściwie dla mnie cały Oblivion mógłby być właśnie tym - dwiema godzinami Toma Cruisa popierdalającego na białym motorze przez pustkowia, które kiedyś były Nowym Yorkiem i powoli, spokojnie odkrywającym jakąś intrygę. Tak więc przez pierwsze 40 minut jest to bardzo przyjemny SF. Klimatyczny, stylowy, dość spokojny (choć posiadającą świetnie nakręconą scenę akcji w bibliotece) i wciągający w przedstawiony świat. Jest kilka sucharów, klisz i uproszczeń, ale nie rażą.
Film zaczyna się totalnie pierdzielić od momentu, w którym wprowadzona zostaje postać Kurylenko. Od tej chwili scenariusz przestaje wchłaniać widza w przedstawiony świat, a zaczyna próbować tworzyć jakąś dramaturgię i pogłębiać intrygę, ale całość jest tak banalna, bezjajeczna, toporna i ogólnie cienka jak siki węża, że zupełnie po mnie spłynęła. Kurlenko nie jest po prostu słaba, ona jest irytująca. Freeman, Waldau i cała ta śmieszna rebelia są w ogóle niepotrzebni i nie zostawiają po sobie żadnego wrażenia. Nawet Cruise w pewnym momencie ulega melodramatycznej manierze scenariusza i jego gra sprowadza się do powolnego otwierania japy w niedowierzaniu. Tak jak początek filmu miał w sobie pare niewinnych banałów i sucharków, tak reszta to totalna parada klisz i mega uproszczeń.
W dodatku zaserwowane w końcówce motywy SF, może i wyglądały fajnie w teorii, ale w filmie wklejone są w tak nieporadny, "na odwal" sposób, że tracą połowę mocy. Nie czytałem oryginalnego komiksu, z którego pomysł na Obliviona się zrodził, ale po filmie wnioskuje, że cała ta historia, to był po prostu mokry sen Kosinskiego, złożony z klasycznych elementów i motywów sf, które kiedyś tam chwyciły go za serducho jako szczeniaka i z których postanowił skleić swojego własnego, archetypowego esefa. Miał jednak za mało talentu by zrobić z tym cokolwiek oryginalnego, czy nawet skleić w odtwórczą, ale chociaż sensowną całość. Jedyne warte uwagi momenty w drugiej połowie to walka miedzy i końcowy "Fuck you".
Marudzę, marudzę, ale seans zaliczam do udanych i na pewno wrócę do Obliviona na Blu. Bo film jest po prostu piękny i mega klimatyczny (przynajmniej przez pierwszą połowę). I czekam na kolejny projekt Kosinkiego. Facet nie potrafi pisać za cholerę, a jego filmy to książkowy przykład przerostu formy nad treścią, ale cholera, wizualne wyczucie koleś ma niesamowite i choćby z tego względu jego projektami warto się zainteresować.
7/10
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
27-08-2013, 13:54 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27-08-2013, 18:39 przez Proteus.)
Spoiler




