Dobry film, ale hajpu nie rozumiem do końca. Ogląda się go bardzo dobrze, szacunek za inscenizacje scen i korekcję barw, do tego aktorsko znakomicie. Scenariusz jest niezły, ale o klase wyzej stawia go realizacja... z drugiej strony realizacja w tym filmie potrafi być rozpraszająca. O ile zabieg "jednego ujęcia" jest fajny i, tak jak mowie, szacun za konsekwencje, to jednak udawanie, że wszystko jest krecone na raz dystansuje.
Wiem, że forma ma być dopełnieniem motywu teatru, gdzie wszystko rozgrywa się na żywo i zawsze coś moze pojsc nie tak, ale w teatrze tez jest pewien dystans i umowność - większy niż w filmie. Tutaj ten dystans odczuwałem paradoksalnie nie przy np. wizjach bohatera, ale przy takich prozaicznych rzeczach jak np. zmiana dnia i nocy. Bo sam fakt, ze kamera stoi w jednym miejscu nie poteguje mojego wrazenia uczestniczenia i zaangażowania w historie, a węcz przeciwnie - przypomina mi, ze to film. Rodzi to pewien dziwny dysonans, bo z jednej strony wszystko wydaje sie dziac teraz, już, natychmiast przed moim oczami, a z drugiej strony, co jakis czas rezyser pokazuje ostentacyjnie, ze wcale nie.
Że to wszystko fikcja.
I oczywiscie, znów: pasuje to do filmu. Fikcyjnosc. Pasuje do surrealizmu filmu i jazdy Thompsona, ale sprawia, ze emocjonalnie jestem znacznie dalej niż powinienem być. Empatycznie film odsuwa mnie delikatnie kuksańcem: "Hej, to tylko film. Bardzo dobry film, ale tylko film."
Póki co: 8/10, ale do zweryfikowania później, po seansie w kinie.
(Generalnie u mnie 8/10 zawsze jest do weryfikacji, jakby kogoś to interesowało, bo oznacza, ze film mam ochote obejrzec conajmniej kilka razy. :))
A co do zakończenia, cóż, ja odebrałem je jednoznacznie, choc widze pole do interpretacji. Mimo to jak dla mnie odpowiedz jest jedna, ale czytalem temat na IMDB, do ktorego ktoś tu linkował i jest tam jeden świetny post o micie celebrytów - "'birdmen' and 'birdwomen'" jak to ktoś nazywa. :)
Wiem, że forma ma być dopełnieniem motywu teatru, gdzie wszystko rozgrywa się na żywo i zawsze coś moze pojsc nie tak, ale w teatrze tez jest pewien dystans i umowność - większy niż w filmie. Tutaj ten dystans odczuwałem paradoksalnie nie przy np. wizjach bohatera, ale przy takich prozaicznych rzeczach jak np. zmiana dnia i nocy. Bo sam fakt, ze kamera stoi w jednym miejscu nie poteguje mojego wrazenia uczestniczenia i zaangażowania w historie, a węcz przeciwnie - przypomina mi, ze to film. Rodzi to pewien dziwny dysonans, bo z jednej strony wszystko wydaje sie dziac teraz, już, natychmiast przed moim oczami, a z drugiej strony, co jakis czas rezyser pokazuje ostentacyjnie, ze wcale nie.
Że to wszystko fikcja.
I oczywiscie, znów: pasuje to do filmu. Fikcyjnosc. Pasuje do surrealizmu filmu i jazdy Thompsona, ale sprawia, ze emocjonalnie jestem znacznie dalej niż powinienem być. Empatycznie film odsuwa mnie delikatnie kuksańcem: "Hej, to tylko film. Bardzo dobry film, ale tylko film."
Póki co: 8/10, ale do zweryfikowania później, po seansie w kinie.
(Generalnie u mnie 8/10 zawsze jest do weryfikacji, jakby kogoś to interesowało, bo oznacza, ze film mam ochote obejrzec conajmniej kilka razy. :))
A co do zakończenia, cóż, ja odebrałem je jednoznacznie, choc widze pole do interpretacji. Mimo to jak dla mnie odpowiedz jest jedna, ale czytalem temat na IMDB, do ktorego ktoś tu linkował i jest tam jeden świetny post o micie celebrytów - "'birdmen' and 'birdwomen'" jak to ktoś nazywa. :)
07-01-2015, 17:40





