(24-08-2015, 20:41)military napisał(a): Ona: zapatrzona w siebie pusta idiotka, która chce być centrum wszechświata i po prostu nie może znieść wakacji w jednym z lepszych japońskich hoteli, gdzie wszędzie jest mile widziana, może korzystać z różnych atrakcji i ma dookoła przyjaciół. Płacze po kątach, bo mąż, który przyjechał tu pracować, nie poświęca jej pełnej uwagi. Och, straszny los, łączę się w bólu: nie ma to jak niezadowolona z życia srająca kasą bezrobotna świeżo upieczona absolwentka uniwerku, która zrobiła dyplom z dupy i nie wie, co chce w życiu robić.
Heh, może nie ująłbym tego tak drastycznie, ale dość dobrze oddaje moje przemyślenia na temat bohaterki Scarlett.
Dziwna sprawa: W tym samym roku były w kinach dwa pełne melancholii filmy o spotkaniu białego gościa w średnim wieku z młodą białą dziewczyną w azjatyckiej metropolii: Między słowami i Kodeks 46. Ten pierwszy jest powszechnie uwielbiany, a po mnie spłynął, strasznie mulił(i to nie jest "mulenie" w pozytywnym znaczeniu, jak np. w "Broken Flowers"), od całkowitego 'meh' ratuję go jedynie kilka scen, Murray, całe to "awkwardness" w scenach z Japończykami i finał. Ten drugi, mimo paru głupot, mnie zahipnotyzował, zmusił do egzystencjalnych rozkmin o milości, moralności i więziach międzyludzkich, czyli zrobił to, na co liczyłem przy "Lost in translation". Większość cywilizowanego świata uważa Code 46 za nudnawego średniaka :)
24-08-2015, 21:54





