Powtórzę jeszcze raz, Avatar poza efektami nie ma kompletnie nic do zaproponowania. Ani jakiejś oryginalnej historii, ani fajnych, zapadających w pamięć bohaterów, ani emocji, które by towarzyszyły mi podczas seansu.
Jedyną siłą Avatara było kino i to, że był reklamowany jako "przełomowy", cała reszta to popłuczyny. Możecie sobie wychwalać Jima jak chcecie, ale taki jest fakt. Ten film zarobił tylko dlatego, że był reklamowany jako powrót wizjonera i legendy oraz rewolucja w 3D.
I spoko, jeżeli Cameron znów zaskoczy mnie czymś w dziedzinie technologii filmowej, to przejdę się do kina. Jeżeli nie, to nie mam zamiaru po raz kolejny oglądać jego mokrych snów o życiu pod wodą (plotki mówią, że A2 na tym ma się skupić) czy innych pierdół o niebieskich smerfach, ekologii i "rdzennych mieszkańcach", bo jest to zupełnie nieciekawe i nieangażujące. I tym właśnie różni się Avatar od Infinity War czy T2. Podczas oglądania tego pierwszego czuję znudzenie, a podczas seansu pozostałej dwójki wciągam się w świat i kibicuję bohaterom. W warstwie emocjonalnej ten film leży i kwiczy.
Te zachwyty nad Cameronem też mnie rozwalają, koleś ostatni dobry film, który mnie autentycznie wciąga, zrobił w 1997, a poza tym ma na koncie jeszcze dwa Terminatory i Aliens, ale KIEDY to było!? Dla mnie trochę casus Spielberga, z tym, że Jim nie odcina kuponów od swojej kariery. Jednak dla mnie byłoby lepiej gdyby sobie kręcił te swoje wodne dokumenty.
I wracając do tematu, żeby nie robić offtopa - podobno Guy ma tego nie kręcić. I bardzo dobrze! Raz, że jego nazwisko to ostatnio flopy, dwa, że przydałby się ktoś ze świeższym spojrzeniem na bohaterów i historię.
No i teraz - let the shitstorm begin ;)
Jedyną siłą Avatara było kino i to, że był reklamowany jako "przełomowy", cała reszta to popłuczyny. Możecie sobie wychwalać Jima jak chcecie, ale taki jest fakt. Ten film zarobił tylko dlatego, że był reklamowany jako powrót wizjonera i legendy oraz rewolucja w 3D.
I spoko, jeżeli Cameron znów zaskoczy mnie czymś w dziedzinie technologii filmowej, to przejdę się do kina. Jeżeli nie, to nie mam zamiaru po raz kolejny oglądać jego mokrych snów o życiu pod wodą (plotki mówią, że A2 na tym ma się skupić) czy innych pierdół o niebieskich smerfach, ekologii i "rdzennych mieszkańcach", bo jest to zupełnie nieciekawe i nieangażujące. I tym właśnie różni się Avatar od Infinity War czy T2. Podczas oglądania tego pierwszego czuję znudzenie, a podczas seansu pozostałej dwójki wciągam się w świat i kibicuję bohaterom. W warstwie emocjonalnej ten film leży i kwiczy.
Te zachwyty nad Cameronem też mnie rozwalają, koleś ostatni dobry film, który mnie autentycznie wciąga, zrobił w 1997, a poza tym ma na koncie jeszcze dwa Terminatory i Aliens, ale KIEDY to było!? Dla mnie trochę casus Spielberga, z tym, że Jim nie odcina kuponów od swojej kariery. Jednak dla mnie byłoby lepiej gdyby sobie kręcił te swoje wodne dokumenty.
I wracając do tematu, żeby nie robić offtopa - podobno Guy ma tego nie kręcić. I bardzo dobrze! Raz, że jego nazwisko to ostatnio flopy, dwa, że przydałby się ktoś ze świeższym spojrzeniem na bohaterów i historię.
No i teraz - let the shitstorm begin ;)
09-05-2018, 05:27





