Mental,
A moja opinia:
sprawa okazała się dużo mniej złowieszcza (jeżeli chodzi o same zniknięcie dziewczynki, bo żadnej siatki pedofilskiej nie było), ale ten ochroniarz Hoytów zabił ojca i matkę. Czy na polecenie szefa czy to jego własna inwencja, żeby prawda nie wyszła na jaw - tego się nie dowiemy, no ale trupy były.
A moja opinia:
Finalnie jestem trochę rozczarowany, bo momentami ten sezon był po prostu rozciągnięty oraz nudny, zbyt często olewano śledztwo i skupiano się na prywatnym życiu bohaterów, a na końcu sprawa okazała się dużo bardziej zwyczajna niż moglibyśmy oczekiwać po takiej podbudowie i trzydziestu pięciu latach. Z drugiej strony, uczynienie tych relacji Haysa z żoną i jego demonów centralnym punktem fabuły bardzo mi się podoba. To fajni, nieźle napisani i wspaniale (szczególnie Ali) zagrani bohaterowie. Problem w tym, że twórcy trochę nieudolnie (może po prostu chcą nas oszukać, zmanipulować albo nie potrafią odpuścić i chcą zjeść ciastko i mieć ciasto) lawirują między klasyczną detektywistyczną opowieścią z poszlakami i satysfakcjonującym rozwiązaniem, skonwencjonalizowaną i wyidealizowaną przez ekran a opowieścią w stylu "Zodiaka". Film Finchera charakteryzuje pewna naturalność, bo dużo lepiej odgrywa przypadkowość życia. Typowy kryminał zawsze musi mieć rozwiązanie, śledczy zawsze w końcu musi trafić na ślad - można powiedzieć, że świat nie jest tutaj przypadkowym chaosem, tylko jest zaprojektowany i rządzony przez jakieś prawa. W "Zodiaku" jest inaczej, tam detektywi muszą mierzyć się z możliwością, że może wcale nie uda im się rozwikłać zagadki, bo sprawa nie jest pudełkiem puzzli.
I nowy sezon "Detektywa" chce być trochę jak "Zodiak", chce pokazać przypadkowość życia (i śledztwa), że nie wszystko zawsze da się rozwiązać, a jeżeli już - to raczej dzięki zbiegowi okoliczności albo długo po czasie, że ślady, dowody i poszlaki nie są odpowiedzią na wołanie śledczych. A zarazem twórcy wpisują nowy sezon w taką skonwencjonalizowaną, kryminalną historię, w której - w odróżnieniu od rzeczywistości - zawsze da się dotrzeć do satysfakcjonującego rozwiązania, a winni zostaną ukarani. Za dużo w nowym "Detektywie" podrzucania tropów, manipulowania widzem i sugerowania wybuchowego rozwiązania jak na fabułę w stylu "Zodiaka", ale równocześnie zbyt często odchodzi się tu od śledztwa, skupia na problemach wynikających z niemożności domknięcia sprawy i serwuje niesatysfakcjonujący finał jak na klasyczny kryminał.
Na szczęście na końcu twórcy przekuwają to niezdecydowanie w zaletę, więc nie uznaję tych ośmiu godzin za stratę czasu i jestem w miarę zadowolony. Pytanie Rolanda do Haysa"czy satysfakcjonuje cię takie rozwiązanie?" i negatywna odpowiedź pokazują, że serial jest w tej kwestii "samoświadomy". Idealistyczna wizja podrzucona przez "ducha żony" nie ma nic wspólnego z prawdą, to po prostu fantazja starego człowieka, obrona przed bezsensowną rzeczywistością. Hays bardzo pragnie satysfakcjonującego finału. A zarazem widz również chciałby, żeby zaginiona dziewczynka znalazła szczęście u boku rodziny. Ostatni odcinek każe sobie zadać pytanie, na ile to twórcom nie udał się ten sezon, a na ile po prostu - jako widzowie - byliśmy niewolnikami swoich przyzwyczajeń do gatunku. W jakim stopniu byliśmy w tym samym miejscu, co główny bohater, nie mogąc pogodzić się z tym, że świat czasem nie udziela nam odpowiedzi i oczekując klarownego rozwiązania jak z dobrego kryminału.
Podsumowując, serial rozczarowuje mnie jako historia detektywistyczna, ale kiedy spojrzę na całość, jak na opowieść o tym, co z życiem robi nierozwiązana sprawa (albo meta-opowieść o tym, co z widzem robi nierozwiązana sprawa i jak wyidealizowana fikcja różni się od prawdziwych zbrodni, w których często do sensownego rozwiązania w ogóle nie dochodzi), to już jest całkiem nieźle.
Pierwszy sezon zakończył się optymistyczną - i przez to trochę z dupy wziętą - konkluzją Rusta, że świat jest z gruntu sensowny, że światłość wygrywa, bla bla bla. A tu jest wręcz przeciwnie: to wszystko chaos i przypadki i jeżeli światłość wygrywa, to tylko dlatego, że to sobie wkręciliśmy.
I nowy sezon "Detektywa" chce być trochę jak "Zodiak", chce pokazać przypadkowość życia (i śledztwa), że nie wszystko zawsze da się rozwiązać, a jeżeli już - to raczej dzięki zbiegowi okoliczności albo długo po czasie, że ślady, dowody i poszlaki nie są odpowiedzią na wołanie śledczych. A zarazem twórcy wpisują nowy sezon w taką skonwencjonalizowaną, kryminalną historię, w której - w odróżnieniu od rzeczywistości - zawsze da się dotrzeć do satysfakcjonującego rozwiązania, a winni zostaną ukarani. Za dużo w nowym "Detektywie" podrzucania tropów, manipulowania widzem i sugerowania wybuchowego rozwiązania jak na fabułę w stylu "Zodiaka", ale równocześnie zbyt często odchodzi się tu od śledztwa, skupia na problemach wynikających z niemożności domknięcia sprawy i serwuje niesatysfakcjonujący finał jak na klasyczny kryminał.
Na szczęście na końcu twórcy przekuwają to niezdecydowanie w zaletę, więc nie uznaję tych ośmiu godzin za stratę czasu i jestem w miarę zadowolony. Pytanie Rolanda do Haysa"czy satysfakcjonuje cię takie rozwiązanie?" i negatywna odpowiedź pokazują, że serial jest w tej kwestii "samoświadomy". Idealistyczna wizja podrzucona przez "ducha żony" nie ma nic wspólnego z prawdą, to po prostu fantazja starego człowieka, obrona przed bezsensowną rzeczywistością. Hays bardzo pragnie satysfakcjonującego finału. A zarazem widz również chciałby, żeby zaginiona dziewczynka znalazła szczęście u boku rodziny. Ostatni odcinek każe sobie zadać pytanie, na ile to twórcom nie udał się ten sezon, a na ile po prostu - jako widzowie - byliśmy niewolnikami swoich przyzwyczajeń do gatunku. W jakim stopniu byliśmy w tym samym miejscu, co główny bohater, nie mogąc pogodzić się z tym, że świat czasem nie udziela nam odpowiedzi i oczekując klarownego rozwiązania jak z dobrego kryminału.
Podsumowując, serial rozczarowuje mnie jako historia detektywistyczna, ale kiedy spojrzę na całość, jak na opowieść o tym, co z życiem robi nierozwiązana sprawa (albo meta-opowieść o tym, co z widzem robi nierozwiązana sprawa i jak wyidealizowana fikcja różni się od prawdziwych zbrodni, w których często do sensownego rozwiązania w ogóle nie dochodzi), to już jest całkiem nieźle.
Pierwszy sezon zakończył się optymistyczną - i przez to trochę z dupy wziętą - konkluzją Rusta, że świat jest z gruntu sensowny, że światłość wygrywa, bla bla bla. A tu jest wręcz przeciwnie: to wszystko chaos i przypadki i jeżeli światłość wygrywa, to tylko dlatego, że to sobie wkręciliśmy.
26-02-2019, 12:15 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26-02-2019, 12:32 przez patyczak.)
Spoiler




