No i wreszcie, proszę państwa, odświeżyłem, a tak właściwie obejrzałem po raz pierwszy "Heat". Właściwie po raz pierwszy, bo wcześniej ogladałem wieki temu, z matką, nie pamiętałem absolutnie NIC... poza tym, że potwornie nas wynudził ;)
No ale do rzeczy. Więc jak już powszechnie wiadomo, "Heat" to moc, wiec nie będę się na ten temat rozwodził, bo to mało ciekawe ;) Dla odmiany skupię się na dwóch wadach, które sprawiają, że nie mogłem się tym filmem w pełni rozkoszować, choć też wielokrotnie świetne sceny pozwalały o tym zapomnieć. I nie chodzi mi o jakieś tam pierdoły typu lusterko w samochodzie albo nawet brak ofiar wśród cywili -- bo to pierwsze to przypadek, a to drugie to żelazny element konwencji. Jest coś dużo gorszego, a przy tym ważniejszego dla fabuły.
Po pierwsze: ucieczka Waingro z początku filmu. W tak doskonałym, dopracowanym filmie tak głupie, tanie, tandetne rozwiązanie woła o pomstę do nieba. Widać tu taką wielką, niezdarną łapę Manna-scenarzysty (tego samego Manna-scenarzysty, który doskonale i starannie tworzy całą skomplikowaną strukturę fabularną "Heat"!), która działa na zasadzie: "Moja historia wymaga, żeby ten gość uciekł, więc na trzy-cztery, czmych!". Taki stary wyga jak McCauley nigdy w życiu nie pozwoliłby sobie na taką niefrasobliwość -- a jeśli nawet, to z filmu nie wynika, żeby to była szczególnie niezwykła niefrasobliwość. WSZYSCY PRZECHODZĄ NAD TYM DO PORZĄDKU DZIENNEGO, z samym McCauleyem na czele. Patrzyłem z rodziawioną japą. Wiele minut minęło, zanim pogodziłem się z tą bzdurą. Żeby w filmie, który trwa prawie trzy godziny nie poświęcić choćby dwóch dodatkowych minut na uwiarygodnienie ucieczki Waingro? To woła o pomstę do nieba.
Druga wada jest zgoła odmienna, bo na poziomie emocjonalnym. Otóż cały wątek romansowy McCauleya jest tak niewiarygodny i papierowy -- szczególnie skontrastowany z wiarygodnym, sensownym i po prostu umiejętnie pokazanym życiem osobistym Hanny -- że aż boli. A to w końcu też jedna z osi filmu, a w każdym razie ważny element budowania postaci McCauleya. Przeczytałem sobie cały ten wątek i Mental gdzieś pisze, że Mann to gość kompletnie pozbawiony poczucia humoru. Owszem, ale poczucia romantyzmu chyba też. (Tylko nie mówcie mi, że tu nie chodzi o romantyczność, tylko o to, że oboje byli samotni -- bo to tylko częściowo prawda). W tak świetnie skonstruowanym skonstruowanym filmie bardzo zgrzyta, kiedy w coś muszę uwierzyć "na słowo". Bo tak. A tutaj muszę.
Jeszcze raz: "Heat" to jest film ŚWIETNY. Albo i jeszcze lepszy. Ale powyższe zgrzyty są jak dwie wielkie krosty na czole najpiękniejszej dziewczyny, jaką się kiedykolwiek widziało.
Żeby zakończyć pozytywnie: wspomnę o scenie, dla odmiany takiej w sumie skromnej, o której nikt tutaj nie wspomniał, a na mnie zrobiła ogromne wrażenie, może nawet największe w całym filmie. Otóż chodzi mi o moment, w którym Hanna z zespołem siedzą w ciężarówce i McCauley orientuje się, że ktoś tam jest. To jak Mann pokazał pierwsze spotkanie "twarzą w twarz" McCauleya i Hanny -- mimo że w rzeczywistości nie stoją twarzą w twarz -- to jest mistrzowstwo świata.
PS. Jeśli ktoś przekona mnie, że powyższe krosty to wcale nie są krosty, to nawet będę szczęśliwy, bo chciałbym uznać "Heat" za arcydzieło i spać spokojnie. Ale będzie ciężko :)
No ale do rzeczy. Więc jak już powszechnie wiadomo, "Heat" to moc, wiec nie będę się na ten temat rozwodził, bo to mało ciekawe ;) Dla odmiany skupię się na dwóch wadach, które sprawiają, że nie mogłem się tym filmem w pełni rozkoszować, choć też wielokrotnie świetne sceny pozwalały o tym zapomnieć. I nie chodzi mi o jakieś tam pierdoły typu lusterko w samochodzie albo nawet brak ofiar wśród cywili -- bo to pierwsze to przypadek, a to drugie to żelazny element konwencji. Jest coś dużo gorszego, a przy tym ważniejszego dla fabuły.
Po pierwsze: ucieczka Waingro z początku filmu. W tak doskonałym, dopracowanym filmie tak głupie, tanie, tandetne rozwiązanie woła o pomstę do nieba. Widać tu taką wielką, niezdarną łapę Manna-scenarzysty (tego samego Manna-scenarzysty, który doskonale i starannie tworzy całą skomplikowaną strukturę fabularną "Heat"!), która działa na zasadzie: "Moja historia wymaga, żeby ten gość uciekł, więc na trzy-cztery, czmych!". Taki stary wyga jak McCauley nigdy w życiu nie pozwoliłby sobie na taką niefrasobliwość -- a jeśli nawet, to z filmu nie wynika, żeby to była szczególnie niezwykła niefrasobliwość. WSZYSCY PRZECHODZĄ NAD TYM DO PORZĄDKU DZIENNEGO, z samym McCauleyem na czele. Patrzyłem z rodziawioną japą. Wiele minut minęło, zanim pogodziłem się z tą bzdurą. Żeby w filmie, który trwa prawie trzy godziny nie poświęcić choćby dwóch dodatkowych minut na uwiarygodnienie ucieczki Waingro? To woła o pomstę do nieba.
Druga wada jest zgoła odmienna, bo na poziomie emocjonalnym. Otóż cały wątek romansowy McCauleya jest tak niewiarygodny i papierowy -- szczególnie skontrastowany z wiarygodnym, sensownym i po prostu umiejętnie pokazanym życiem osobistym Hanny -- że aż boli. A to w końcu też jedna z osi filmu, a w każdym razie ważny element budowania postaci McCauleya. Przeczytałem sobie cały ten wątek i Mental gdzieś pisze, że Mann to gość kompletnie pozbawiony poczucia humoru. Owszem, ale poczucia romantyzmu chyba też. (Tylko nie mówcie mi, że tu nie chodzi o romantyczność, tylko o to, że oboje byli samotni -- bo to tylko częściowo prawda). W tak świetnie skonstruowanym skonstruowanym filmie bardzo zgrzyta, kiedy w coś muszę uwierzyć "na słowo". Bo tak. A tutaj muszę.
Jeszcze raz: "Heat" to jest film ŚWIETNY. Albo i jeszcze lepszy. Ale powyższe zgrzyty są jak dwie wielkie krosty na czole najpiękniejszej dziewczyny, jaką się kiedykolwiek widziało.
Żeby zakończyć pozytywnie: wspomnę o scenie, dla odmiany takiej w sumie skromnej, o której nikt tutaj nie wspomniał, a na mnie zrobiła ogromne wrażenie, może nawet największe w całym filmie. Otóż chodzi mi o moment, w którym Hanna z zespołem siedzą w ciężarówce i McCauley orientuje się, że ktoś tam jest. To jak Mann pokazał pierwsze spotkanie "twarzą w twarz" McCauleya i Hanny -- mimo że w rzeczywistości nie stoją twarzą w twarz -- to jest mistrzowstwo świata.
PS. Jeśli ktoś przekona mnie, że powyższe krosty to wcale nie są krosty, to nawet będę szczęśliwy, bo chciałbym uznać "Heat" za arcydzieło i spać spokojnie. Ale będzie ciężko :)
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie
09-03-2008, 14:11






