James Jones - Stad do wiecznosci - "druga wojna swiatowa widziana oczami wariata" to moj ulubiony gatunek powiesciowy. Paragraf 22, Rzeznia nr 5, Ptasiek - to niektore ze swietnych tytulow, jakie go reprezentuja. Stad do wiecznosci w zasadzie mogloby do nich dolaczyc, gdyby nie to, ze dzielu Jonesa wiele brakuje do wysokiego poziomu prezentowanego przez reszte.
Ksiazka jest bardzo nierowna. Co w niej swietne, to opis wojskowej rutyny. Codziennego zycia, obowiazkow, uchylania sie od nich, sposoow spedzania wolnego czasu - to rzecz absolutnie wiarygodna, swietnie napisana, wciagajaca. Autor nakreslil takze kilka fascynujacych postaci, ale... Zaskakuje, jak lekko Jones zmienia charakterystyke swoich bohaterow. W jednym rozdziale szeregowiec jest prostackim miechem armatnim, chodzacym na kurwy i rzygajacym na innych, a w kolejnym ten sam czlowiek formuluje teorie filozoficzne, ktorych nie powstydzilby sie Sokrates. Z kolei ludzie od poczatku madrzy czesto podejmuja decyzje tak absurdalne i nieuzasadnione, ze zupelnie niewiarygodne. Bywa tez, ze postaci znajduja sie w miejscu czy w sytuacji, ktora zupelnie do nich nie pasuje. Na ten przyklad: w najgorszym miejscu obozu karnego siedza najwspanialsi ludzie na swiecie, pelni glebokiej madrosci, wrazliwi artysci. No po prostu nikt nie zasluzyl, zeby tam byc, bo ci najgorsi tym obozem zarzadzaja. Ja rozumiem przerysowania, ale przeciez do tej pory powiesc starala sie byc realistyczna...
Jones nie za bardzo potrafi tez pisac dialogi. Albo sa to wymiany zlotych mysli, dlugie dywagacje na temat istoty bytu i podobnych, jakze wojskowych spraw, albo sa to krotkie wymiany banalow. Kuleja zwlaszcza milosne wyznania - nikt na swiecie nie mowie w sposob, w jaki mowia bohaterowie Stad do wiecznosci. Oni nawet najprostsza kwestie potrafia naszpikowac wewnetrznymi znaczeniami i subtelnosciami, tak ze gdy ktos mowi "zjadlbym jajko", to tak naprawde ma na mysli, ze konsumuje zycie osoby z ktora rozmawia, bedac jednoczesnie jej skorupa, ktora ja chroni, ale jest zarazem bardzo wrazliwa. Oczywiscie tego typu wymiany zdan sa calkowicie, jakoby, spontaniczne.
Denerwuje takze, ze wiele postaci o waznej roli do odegrania, to wlasciwie tylko pojemniki dla Tresci Filozoficznych, ktore maja sie zetrzec podczas dialogu. Maja jakiestam tlo, ale ono nie ma znaczenia, bo nawet jesli mamy do czynienia z kurwiarzem i pijakiem, to w odpowiedniej chwili zmieni sie on w mistrza dialektyki obeznanego w dzielach Nietzchego, Schopenhauera i Freuda. A po odbytej dyskusji znow pojdzie sklepac twarz koledze za to, ze nadepnal mu na buty.
Powiesc jednak wciaga - i to niesamowicie. Atmosfera jednostki wojskowej w przededniu inwazji Japonczykow jest wrecz uzalezniajaca. I gdyby nie nieadekwatne do sytuacji zachowanie bohaterow, ich nagle przemiany, no i gdyby nie banalna i przewidywalna koncowka, uznalbym Stad do wiecznosci za arcydzielo. A tak - to tylko niezla ksiazka. W skali 1-10 dalbym jakies 7.
Ksiazka jest bardzo nierowna. Co w niej swietne, to opis wojskowej rutyny. Codziennego zycia, obowiazkow, uchylania sie od nich, sposoow spedzania wolnego czasu - to rzecz absolutnie wiarygodna, swietnie napisana, wciagajaca. Autor nakreslil takze kilka fascynujacych postaci, ale... Zaskakuje, jak lekko Jones zmienia charakterystyke swoich bohaterow. W jednym rozdziale szeregowiec jest prostackim miechem armatnim, chodzacym na kurwy i rzygajacym na innych, a w kolejnym ten sam czlowiek formuluje teorie filozoficzne, ktorych nie powstydzilby sie Sokrates. Z kolei ludzie od poczatku madrzy czesto podejmuja decyzje tak absurdalne i nieuzasadnione, ze zupelnie niewiarygodne. Bywa tez, ze postaci znajduja sie w miejscu czy w sytuacji, ktora zupelnie do nich nie pasuje. Na ten przyklad: w najgorszym miejscu obozu karnego siedza najwspanialsi ludzie na swiecie, pelni glebokiej madrosci, wrazliwi artysci. No po prostu nikt nie zasluzyl, zeby tam byc, bo ci najgorsi tym obozem zarzadzaja. Ja rozumiem przerysowania, ale przeciez do tej pory powiesc starala sie byc realistyczna...
Jones nie za bardzo potrafi tez pisac dialogi. Albo sa to wymiany zlotych mysli, dlugie dywagacje na temat istoty bytu i podobnych, jakze wojskowych spraw, albo sa to krotkie wymiany banalow. Kuleja zwlaszcza milosne wyznania - nikt na swiecie nie mowie w sposob, w jaki mowia bohaterowie Stad do wiecznosci. Oni nawet najprostsza kwestie potrafia naszpikowac wewnetrznymi znaczeniami i subtelnosciami, tak ze gdy ktos mowi "zjadlbym jajko", to tak naprawde ma na mysli, ze konsumuje zycie osoby z ktora rozmawia, bedac jednoczesnie jej skorupa, ktora ja chroni, ale jest zarazem bardzo wrazliwa. Oczywiscie tego typu wymiany zdan sa calkowicie, jakoby, spontaniczne.
Denerwuje takze, ze wiele postaci o waznej roli do odegrania, to wlasciwie tylko pojemniki dla Tresci Filozoficznych, ktore maja sie zetrzec podczas dialogu. Maja jakiestam tlo, ale ono nie ma znaczenia, bo nawet jesli mamy do czynienia z kurwiarzem i pijakiem, to w odpowiedniej chwili zmieni sie on w mistrza dialektyki obeznanego w dzielach Nietzchego, Schopenhauera i Freuda. A po odbytej dyskusji znow pojdzie sklepac twarz koledze za to, ze nadepnal mu na buty.
Powiesc jednak wciaga - i to niesamowicie. Atmosfera jednostki wojskowej w przededniu inwazji Japonczykow jest wrecz uzalezniajaca. I gdyby nie nieadekwatne do sytuacji zachowanie bohaterow, ich nagle przemiany, no i gdyby nie banalna i przewidywalna koncowka, uznalbym Stad do wiecznosci za arcydzielo. A tak - to tylko niezla ksiazka. W skali 1-10 dalbym jakies 7.
14-03-2008, 09:33






