Jestem po S2E6 i jestem ciężko zachwycony. Jasne, są scenariuszowe przegięcia jak np. przypadki Kayce'a, przy których w pewnym momencie wysiada Księga Hioba, jest duuużo o relacjach (może dla niektórych za dużo), trochę z dupy perypetie Jimmiego, ale ogólnie stężenie zajebistości jest tu jednak powalające. Hauser rzeczywiście hipnotycznie intensywny, chyba tylko Costnerowi nie kradnie scen, no ale Kev daje życiową kreację (do tej pory uważałem, że najlepszy był w "JFK"). Ja takie rodzinno-emocjonalne klimaty lubię, nawet sceny przy "obiadowym stole" przykuwają. Wspaniale zagrana jest Beth - miałem szczęście w nieszczęściu znać taką dziewczynę, ostro namieszała mi w życiu, i zniewalająco-destrukcyjna natura zaburzenia borderline, zwłaszcza w relacji z Ripem, jest bardzo celnie pokazana. Do tego soundtrack (piosenki) od miesiąca katuję w samochodzie. Realizacja jest ucztą dla oczu, choć faktycznie reżyseria Sheridana w 1. sezonie miała w sobie błysk geniuszu, którego mniej jest w - i tak znakomitym - sezonie nr 2.
Jeśli coś mnie zaczyna irytować, to Dan Jenkins.
Ciekawostka dla Mentala: pierworodny syn Cole'a Hausera ma na imię Colt, a najmłodsza córka - Stalowa (Steely) Roe :)
---
EDIT 3 tygodnie później:
S02E07 wzruszył mnie i wytargał emocjonalnie do spodu, coś pięknego. Masakra i miazga.
Finałowy S02E10 faktycznie za krótki przynajmniej o kwadrans, albo nawet o pół godziny. Zabrakło przestrzeni i czasu na emocjonalne wybrzmienie napięć i katharsis; tragedii nie ma, ale mogło być dużo lepiej. Zabrakło reżyserskiej ręki samego Sheridana.
I nawet jeśli to pachnie telenowelą (motyw z adopcją Ripa) to i tak chłonę jak gąbka. A od tercetu Costner - Reilly - Hauser wprost trudno oderwać oczy.
Jeśli coś mnie zaczyna irytować, to Dan Jenkins.
Ciekawostka dla Mentala: pierworodny syn Cole'a Hausera ma na imię Colt, a najmłodsza córka - Stalowa (Steely) Roe :)
---
EDIT 3 tygodnie później:
S02E07 wzruszył mnie i wytargał emocjonalnie do spodu, coś pięknego. Masakra i miazga.
Finałowy S02E10 faktycznie za krótki przynajmniej o kwadrans, albo nawet o pół godziny. Zabrakło przestrzeni i czasu na emocjonalne wybrzmienie napięć i katharsis; tragedii nie ma, ale mogło być dużo lepiej. Zabrakło reżyserskiej ręki samego Sheridana.
I nawet jeśli to pachnie telenowelą (motyw z adopcją Ripa) to i tak chłonę jak gąbka. A od tercetu Costner - Reilly - Hauser wprost trudno oderwać oczy.
19-10-2020, 15:22 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-11-2020, 12:28 przez Bibliomisiek.)





