OGPUEE, piszesz o "Małej syrence" akurat teraz, jak miałem zrobić sobie powtórkę.
"Mała syrenka" to był jeden z trzech moich najulubieńszych filmów w dzieciństwie. Pozostałe to "Aladyn" i "Herkules" - dopiero po latach zczaiłem, że wszystkie trzy to dzieła tych samych reżyserów. I choć moje dzieciństwo zostało już daleko za mną, ginie w pomroce dziejów i w ogóle, to do tych trzech filmów wracam praktycznie każdego roku (oprócz tego z Disneya jeszcze "Mulan" łapie się na tak częste powtórki). Ale nawet ja nie jestem aż takim fanem "Małej syrenki" jak moja siostra - ta to dopiero ma hopla! To właśnie z powodu "Małej syrenki" mój siostrzeniec ma na imię Eryk. Powaga. A ludzie myślą, że siostra wzięła to z "Wikingów". Nawet ich nie oglądała.
Jak się patrzy na "Małą syrenkę", to człowiek się nie dziwi, że zapoczątkowała renesans animacji. Widać tu po prostu gigantyczny skok jakościowy względem tego, co było wcześniej. Oglądając starsze animacje Disneya muszę stosować pewną taryfę ulgową, natomiast "Mała syrenka" podoba mi się bez konieczności brania poprawki na rok produkcji. Mogłaby równie dobrze wyjść dzisiaj i podobałaby mi się pewnie tak samo. Choć nie zgodzę się, że animacja wygląda, jakby film powstał ledwie kilka lat temu - gdyby tak było, to zamiast pięknej tradycyjnej animacji dostalibyśmy jakieś brzydkie CGI.
Co tam jeszcze? Piękna muzyka, wiadomo. Piosenki Urszuli nigdy akurat nie lubiłem, ale cała reszta - miodzio. A piosenkę Louisa to ty szanuj, człowieku. Jasne, że jest zapychaczem, ale jakim! To połączenie makabry i humoru zawsze mnie rozwala, jak zresztą samo to, że zaczyna się tak niewinnie, a po chwili gostek wyciąga ten ogromny tasak. "Są, lepsze są, hybki są, lepsze są... GDY MÓJ TOPÓH Z NICH KAŻDĄ TNIE!"
W ogóle humor w tym filmie naprawdę działa. Świetny jest znerwicowany Sebastian, zwłaszcza w tej scenie jak próbuje wziąć się w garść przed wejściem do sali tronowej, a potem staje przed tronem i wyrzuca z siebie piskliwym głosikiem: "Tak?". Albo ta scena, jak Ariel wykorzystuje wiedzę, którą przekazał jej Blagier odnośnie widelca i fajki... to jest wichajstra i fajgotu, chciałem rzec.
Film jest też ujmująco romantyczny. Zresztą wszystkie trzy wspomniane filmy Muskera i Clementsa z czasów disnejowskiego renesansu mają w sobie tyle romantyzmu, że nie starcza skali (choćby lot na dywanie Ala i Dżasminy, czy cała scena z wagarami Herkulesa i Meg). To sprawia, że Ariel i Erykowi chce się kibicować - widzowi po prostu zależy, żeby byli razem.
Tak że jeśli chodzi o "Małą syrenkę", w ogóle nie mam się czego uczepić. Co najwyżej jednego błędu w animacji, który już za dziecka mnie raził. Jedna z muren ruchem ogona podsyła Arielce fragment rozwalonego przez Trytona posągu. Ariel wpatruje się w uwiecznioną w kamieniu twarz Eryka i to ją przekonuje, by skorzystać z oferty podejrzanych muren. Ale jakim cudem twarz posągu zachowała się w całości? W scenie, gdy Tryton niszczy posąg, wyraźnie widać, że cały rozpadł się na drobne kawałeczki, łącznie z twarzą.
............................
O "Powrocie do morza" im mniej powiemy, tym lepiej. Oczywiście disnejowskie sequele z definicji są marne (chyba tylko "Kopciuszek 3" wyszedł fajnie, a "Król Lew II" przynajmniej ma świetne piosenki), ale w przypadku sequela "Małej syrenki" jest wyjątkowo nędznie, bo to filmidło jest nie tylko złe, ale boleśnie leniwe. Po prostu wzięli historię z oryginału i odwrócili w drugą stronę. Córka Ariel przeżywa to, co jej matka, tylko że pragnie żyć w morzu, a nie na lądzie. No i daje się zmanipulować chudszej kopii Urszuli. Wszystko idzie jak po sznurku, nie ma żadnych zaskoczeń. Nic się w tym filmie nie udało. No, ewentualnie piosenki nie są dla mnie najgorsze, a nawet zaryzykuję wyznanie, że jedna z nich mi się podoba. Siara, wiem.
Naśmiewanie się z królewny, o którym wspominasz, to coś, co od początku mi nie grało. Jak ludzie mogą tak otwarcie wyśmiewać dziewczynę z rodziny panującej? Nie mają instynktu samozachowawczego? Wygląda to tak, jakby w tamtym okresie bohater dowolnej animacji Disneya po prostu musiał obowiązkowo być nie pasującym do społeczeństwa, wyśmiewanym przegrywem, i twórcy nie patrzyli nawet, czy to w konkretnym przypadku ma sens.
...........................
"Czemu kilkuletnia Ariel ma przepaskę na biuście?" Ano tak się jakoś porobiło, że to nie cycki jako całość, ale konkretnie damskie sutki uznawane są za niecenzuralne. Gdyby tak nie było, to te kobiety, co są płaskie jak deski (wszak nie brakuje takich) mogłyby chodzić latem po mieście topless i nikogo by to nie gorszyło. A skoro nawet u płaskich niewiast jest to, według społecznych norm, niedopuszczalne, to i u małych dziewczynek musi takie być, idąc tym tokiem rozumowania. To w sumie obnaża cały bezsens tego, że inaczej traktuje się rozebranych do pasa facetów, a inaczej kobiety - bo okazuje się, że to nie damskie piersi jako całość uznawane są za nieprzyzwoite, ale tylko ten ich konkretny kawałek, który faceci też mają. Logiki za grosz. Nie dziwię się, że feministki chcą zniesienia tej różnicy - to w sumie chyba jedyny postulat dzisiejszego feminizmu, który wydaje mi się sensowny :)
Ale zagadałem się o tych cyckach, a miałem pisać o "Dzieciństwie Ariel". No więc film jest totalnie bez sensu. Raz, że sięga po oklepany bajkowy schemat, że król ma uraz i zakazuje czegoś w całym swoim królestwie. Znowu ta ograna historia? O matko! A dwa, że to się nijak nie zgrywa z oryginalnym filmem. Bo oryginalny film pokazywał, że Ariel ma w sumie gdzieś śpiewanie i muzykę. Nie przypływa na próby, urywa się z koncertu. To jej po prostu nie kręci. Jej konikiem jest świat ludzi, a nie jakieś nudne śpiewanie, do którego ją przymuszają.
No i właśnie, mam teraz uwierzyć, że to ta sama dziewczyna, która ledwie parę lat wcześniej ryzykowała życie, by przywrócić królestwu muzykę? Ta sama, która była muzyką wręcz zafascynowana? Zgrzyta to strasznie, w ogóle zdaje się nie przystawać do tego, co było w oryginale.
Jeśli za coś lubię ten film (nie jakoś bardzo, ale tak trochę), to w sumie są to dwie rzeczy - animacja (która jest w zasadzie na poziomie kinowym) i siostry Ariel. To pierwszy raz, kiedy rodzeństwo naszej bohaterki zostaje nam przybliżone. Bo nawet serial koncentrował się na jej relacjach z ojcem, a reszta rodziny była niemal zupełnie olana. Był jeden odcinek (kojarzę, bo miałem nagrany na kasecie), w którym Alana grała większą rolę, ale poza tym przez resztę serialu siostry Ariel pojawiały się bardzo rzadko i głównie jako zołzy. W "Dzieciństwie Ariel" wreszcie jest ich więcej, no i, moim zdaniem, wypadają naprawdę sympatycznie.
Aha, jeśli ktoś się zastanawiał, jak wyglądała matka córek Trytona, skoro córki się tak bardzo różnią (wyglądają, jakby każda była z innej matki), to film udziela nieciekawej, nudnej odpowiedzi - wyglądała po prostu jak Ariel. Można się rozejść.
"Mała syrenka" to był jeden z trzech moich najulubieńszych filmów w dzieciństwie. Pozostałe to "Aladyn" i "Herkules" - dopiero po latach zczaiłem, że wszystkie trzy to dzieła tych samych reżyserów. I choć moje dzieciństwo zostało już daleko za mną, ginie w pomroce dziejów i w ogóle, to do tych trzech filmów wracam praktycznie każdego roku (oprócz tego z Disneya jeszcze "Mulan" łapie się na tak częste powtórki). Ale nawet ja nie jestem aż takim fanem "Małej syrenki" jak moja siostra - ta to dopiero ma hopla! To właśnie z powodu "Małej syrenki" mój siostrzeniec ma na imię Eryk. Powaga. A ludzie myślą, że siostra wzięła to z "Wikingów". Nawet ich nie oglądała.
Jak się patrzy na "Małą syrenkę", to człowiek się nie dziwi, że zapoczątkowała renesans animacji. Widać tu po prostu gigantyczny skok jakościowy względem tego, co było wcześniej. Oglądając starsze animacje Disneya muszę stosować pewną taryfę ulgową, natomiast "Mała syrenka" podoba mi się bez konieczności brania poprawki na rok produkcji. Mogłaby równie dobrze wyjść dzisiaj i podobałaby mi się pewnie tak samo. Choć nie zgodzę się, że animacja wygląda, jakby film powstał ledwie kilka lat temu - gdyby tak było, to zamiast pięknej tradycyjnej animacji dostalibyśmy jakieś brzydkie CGI.
Co tam jeszcze? Piękna muzyka, wiadomo. Piosenki Urszuli nigdy akurat nie lubiłem, ale cała reszta - miodzio. A piosenkę Louisa to ty szanuj, człowieku. Jasne, że jest zapychaczem, ale jakim! To połączenie makabry i humoru zawsze mnie rozwala, jak zresztą samo to, że zaczyna się tak niewinnie, a po chwili gostek wyciąga ten ogromny tasak. "Są, lepsze są, hybki są, lepsze są... GDY MÓJ TOPÓH Z NICH KAŻDĄ TNIE!"
W ogóle humor w tym filmie naprawdę działa. Świetny jest znerwicowany Sebastian, zwłaszcza w tej scenie jak próbuje wziąć się w garść przed wejściem do sali tronowej, a potem staje przed tronem i wyrzuca z siebie piskliwym głosikiem: "Tak?". Albo ta scena, jak Ariel wykorzystuje wiedzę, którą przekazał jej Blagier odnośnie widelca i fajki... to jest wichajstra i fajgotu, chciałem rzec.
Film jest też ujmująco romantyczny. Zresztą wszystkie trzy wspomniane filmy Muskera i Clementsa z czasów disnejowskiego renesansu mają w sobie tyle romantyzmu, że nie starcza skali (choćby lot na dywanie Ala i Dżasminy, czy cała scena z wagarami Herkulesa i Meg). To sprawia, że Ariel i Erykowi chce się kibicować - widzowi po prostu zależy, żeby byli razem.
Tak że jeśli chodzi o "Małą syrenkę", w ogóle nie mam się czego uczepić. Co najwyżej jednego błędu w animacji, który już za dziecka mnie raził. Jedna z muren ruchem ogona podsyła Arielce fragment rozwalonego przez Trytona posągu. Ariel wpatruje się w uwiecznioną w kamieniu twarz Eryka i to ją przekonuje, by skorzystać z oferty podejrzanych muren. Ale jakim cudem twarz posągu zachowała się w całości? W scenie, gdy Tryton niszczy posąg, wyraźnie widać, że cały rozpadł się na drobne kawałeczki, łącznie z twarzą.
............................
O "Powrocie do morza" im mniej powiemy, tym lepiej. Oczywiście disnejowskie sequele z definicji są marne (chyba tylko "Kopciuszek 3" wyszedł fajnie, a "Król Lew II" przynajmniej ma świetne piosenki), ale w przypadku sequela "Małej syrenki" jest wyjątkowo nędznie, bo to filmidło jest nie tylko złe, ale boleśnie leniwe. Po prostu wzięli historię z oryginału i odwrócili w drugą stronę. Córka Ariel przeżywa to, co jej matka, tylko że pragnie żyć w morzu, a nie na lądzie. No i daje się zmanipulować chudszej kopii Urszuli. Wszystko idzie jak po sznurku, nie ma żadnych zaskoczeń. Nic się w tym filmie nie udało. No, ewentualnie piosenki nie są dla mnie najgorsze, a nawet zaryzykuję wyznanie, że jedna z nich mi się podoba. Siara, wiem.
Naśmiewanie się z królewny, o którym wspominasz, to coś, co od początku mi nie grało. Jak ludzie mogą tak otwarcie wyśmiewać dziewczynę z rodziny panującej? Nie mają instynktu samozachowawczego? Wygląda to tak, jakby w tamtym okresie bohater dowolnej animacji Disneya po prostu musiał obowiązkowo być nie pasującym do społeczeństwa, wyśmiewanym przegrywem, i twórcy nie patrzyli nawet, czy to w konkretnym przypadku ma sens.
...........................
"Czemu kilkuletnia Ariel ma przepaskę na biuście?" Ano tak się jakoś porobiło, że to nie cycki jako całość, ale konkretnie damskie sutki uznawane są za niecenzuralne. Gdyby tak nie było, to te kobiety, co są płaskie jak deski (wszak nie brakuje takich) mogłyby chodzić latem po mieście topless i nikogo by to nie gorszyło. A skoro nawet u płaskich niewiast jest to, według społecznych norm, niedopuszczalne, to i u małych dziewczynek musi takie być, idąc tym tokiem rozumowania. To w sumie obnaża cały bezsens tego, że inaczej traktuje się rozebranych do pasa facetów, a inaczej kobiety - bo okazuje się, że to nie damskie piersi jako całość uznawane są za nieprzyzwoite, ale tylko ten ich konkretny kawałek, który faceci też mają. Logiki za grosz. Nie dziwię się, że feministki chcą zniesienia tej różnicy - to w sumie chyba jedyny postulat dzisiejszego feminizmu, który wydaje mi się sensowny :)
Ale zagadałem się o tych cyckach, a miałem pisać o "Dzieciństwie Ariel". No więc film jest totalnie bez sensu. Raz, że sięga po oklepany bajkowy schemat, że król ma uraz i zakazuje czegoś w całym swoim królestwie. Znowu ta ograna historia? O matko! A dwa, że to się nijak nie zgrywa z oryginalnym filmem. Bo oryginalny film pokazywał, że Ariel ma w sumie gdzieś śpiewanie i muzykę. Nie przypływa na próby, urywa się z koncertu. To jej po prostu nie kręci. Jej konikiem jest świat ludzi, a nie jakieś nudne śpiewanie, do którego ją przymuszają.
No i właśnie, mam teraz uwierzyć, że to ta sama dziewczyna, która ledwie parę lat wcześniej ryzykowała życie, by przywrócić królestwu muzykę? Ta sama, która była muzyką wręcz zafascynowana? Zgrzyta to strasznie, w ogóle zdaje się nie przystawać do tego, co było w oryginale.
Jeśli za coś lubię ten film (nie jakoś bardzo, ale tak trochę), to w sumie są to dwie rzeczy - animacja (która jest w zasadzie na poziomie kinowym) i siostry Ariel. To pierwszy raz, kiedy rodzeństwo naszej bohaterki zostaje nam przybliżone. Bo nawet serial koncentrował się na jej relacjach z ojcem, a reszta rodziny była niemal zupełnie olana. Był jeden odcinek (kojarzę, bo miałem nagrany na kasecie), w którym Alana grała większą rolę, ale poza tym przez resztę serialu siostry Ariel pojawiały się bardzo rzadko i głównie jako zołzy. W "Dzieciństwie Ariel" wreszcie jest ich więcej, no i, moim zdaniem, wypadają naprawdę sympatycznie.
Aha, jeśli ktoś się zastanawiał, jak wyglądała matka córek Trytona, skoro córki się tak bardzo różnią (wyglądają, jakby każda była z innej matki), to film udziela nieciekawej, nudnej odpowiedzi - wyglądała po prostu jak Ariel. Można się rozejść.
18-06-2021, 12:20 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-06-2021, 12:36 przez al_jarid.)





