Na wstępie zaznaczę, że "Wiking" nie jest arcydziełem. Ma on wady, które kłuły mnie delikatnie w trakcie oglądania, ale nie na tyle, aby nie czerpać wielkiej przyjemności i satysfakcji z tego co serwuje mi Robert Eggers. Najgorszy w tym wszystkim jest w mojej opinii wątek miłosny - myślę, że przy odrobinie inwencji scenarzystów można by się go pozbyć, ale wówczas film nie byłby chyba aż tak hollywoodzki. Dobra, przeboleję to tym bardziej, że w rolę luby tytułowego bohatera wciela się ciesząca oko Anya Taylor-Joy, która dodatkowo pokazuje w filmie swój zajebisty tyłek. Wybaczam.
Druga sprawa jest taka, że kiedy Eggers przestał już zachwycać mnie ekspozycją tego świata i odłożył legendarna epę na bok, to "Wiking" dosyć mocno ucierpiał pod względem dynamiki - przyszła pora na bardziej, nazwijmy to, eggersowe klimaty i odezwała się jego dusza filmowego artysty. Nie jest to jasna sprawa rzecz zła, ale mocno koliduje z pierwszymi aktami filmu. Na szczęście reżyser w odpowiednim momencie zaczął ponownie rozkręcać machinę ekranowego rozpierdolu i zaserwował taki finał, że ja miałem gęsią skórkę. Byłem święcie przekonany, że Papcio Ridley swoim "Ostatnim pojedynkiem" na bardzo długo zamknął temat, a tu proszę, Robert stwierdził "Mistrzu, potrzymaj mi miecz" :) Coś wspaniałego - dobra, Oscary to gówno, wiem, ale zawsze cieszy mnie, kiedy "moje" filmy dostają Rycerzyka. "Wiking" musi dostać nominacje za technikalia i już. Zdjęcia są porażające. Jarin Blaschke pokazał, że mroczny film nie musi być wcale nudną bułą :)
Historia jest angażująca od początku, a zaproponowane przez Eggera i jego pomocnika od scenariusza, rozwiązania trafiały w punkt. Ten chłód i szarość bijąca z ekranu nie przeszkadzały wcale we wzbudzaniu we mnie wielkich emocji. Naprawdę - w kulminacyjnym momencie byłem porażony i zachwycony drogą w jaką powędrowała ta historia.
Alexander Skarsgård jest piorunujący w swojej roli. Nie mogę sobie przypomnieć równie wielkiego ekranowego kozaka, jak on - może Tom Hardy w "Wojowniku". Ta dzikość bijąca z jego twarzy, tryb-berserker. Gdybym był małym chłopcem i obejrzał te film, to chciałbym zostać kiedyś Alexandrem Skarsgårdem :)
Co mnie zaskoczyło? W sumie to chyba to, że pomimo niewątpliwego rozmachu, jest to całkiem kameralny film. Wiedziałem, że będzie to film o zemście - powtórzę się, ale to Alexander Skarsgård wypowiada najlepiej w tym roku "I'm vengeance" - ale w sumie byłem zaskoczony, jak bardzo indywidualna będzie to walka głównego bohatera. Myślę, że niektórzy mogą z tego powodu czuć lekkie rozczarowanie. Ja nie, ponieważ dzięki temu wiem, że film o wikingach Mela Gibsona ma sens!
Na koniec taka mała dygresja - chciałbym zrobić eksperyment. Przywieźć autobusem grupę twitterowych julek i puścić im ten film. Nie dosyć, że w filmie głównie biali faceci, żadnego kolorowego, to jeszcze postacie żeńskie przedstawione w taki sposób. Oj, smutne ;)
PS ten film o trochę taka aktorska wersja "Króla Lwa", gdzie zwierzątka zastąpiono ludźmi!
8/10 - serducho i pewnie kolejny seans przede mną. Wreszcie film, który spełnił moje wyśrubowane oczekiwania. "Batman", "Soho" czy nawet "Spider-Man" - wszystko okazało się nędzne, lub maksymalnie przeciętne. "Wiking" na całe szczęście dostarczył!
Druga sprawa jest taka, że kiedy Eggers przestał już zachwycać mnie ekspozycją tego świata i odłożył legendarna epę na bok, to "Wiking" dosyć mocno ucierpiał pod względem dynamiki - przyszła pora na bardziej, nazwijmy to, eggersowe klimaty i odezwała się jego dusza filmowego artysty. Nie jest to jasna sprawa rzecz zła, ale mocno koliduje z pierwszymi aktami filmu. Na szczęście reżyser w odpowiednim momencie zaczął ponownie rozkręcać machinę ekranowego rozpierdolu i zaserwował taki finał, że ja miałem gęsią skórkę. Byłem święcie przekonany, że Papcio Ridley swoim "Ostatnim pojedynkiem" na bardzo długo zamknął temat, a tu proszę, Robert stwierdził "Mistrzu, potrzymaj mi miecz" :) Coś wspaniałego - dobra, Oscary to gówno, wiem, ale zawsze cieszy mnie, kiedy "moje" filmy dostają Rycerzyka. "Wiking" musi dostać nominacje za technikalia i już. Zdjęcia są porażające. Jarin Blaschke pokazał, że mroczny film nie musi być wcale nudną bułą :)
Historia jest angażująca od początku, a zaproponowane przez Eggera i jego pomocnika od scenariusza, rozwiązania trafiały w punkt. Ten chłód i szarość bijąca z ekranu nie przeszkadzały wcale we wzbudzaniu we mnie wielkich emocji. Naprawdę - w kulminacyjnym momencie byłem porażony i zachwycony drogą w jaką powędrowała ta historia.
Alexander Skarsgård jest piorunujący w swojej roli. Nie mogę sobie przypomnieć równie wielkiego ekranowego kozaka, jak on - może Tom Hardy w "Wojowniku". Ta dzikość bijąca z jego twarzy, tryb-berserker. Gdybym był małym chłopcem i obejrzał te film, to chciałbym zostać kiedyś Alexandrem Skarsgårdem :)
Co mnie zaskoczyło? W sumie to chyba to, że pomimo niewątpliwego rozmachu, jest to całkiem kameralny film. Wiedziałem, że będzie to film o zemście - powtórzę się, ale to Alexander Skarsgård wypowiada najlepiej w tym roku "I'm vengeance" - ale w sumie byłem zaskoczony, jak bardzo indywidualna będzie to walka głównego bohatera. Myślę, że niektórzy mogą z tego powodu czuć lekkie rozczarowanie. Ja nie, ponieważ dzięki temu wiem, że film o wikingach Mela Gibsona ma sens!
Na koniec taka mała dygresja - chciałbym zrobić eksperyment. Przywieźć autobusem grupę twitterowych julek i puścić im ten film. Nie dosyć, że w filmie głównie biali faceci, żadnego kolorowego, to jeszcze postacie żeńskie przedstawione w taki sposób. Oj, smutne ;)
PS ten film o trochę taka aktorska wersja "Króla Lwa", gdzie zwierzątka zastąpiono ludźmi!
8/10 - serducho i pewnie kolejny seans przede mną. Wreszcie film, który spełnił moje wyśrubowane oczekiwania. "Batman", "Soho" czy nawet "Spider-Man" - wszystko okazało się nędzne, lub maksymalnie przeciętne. "Wiking" na całe szczęście dostarczył!
22-04-2022, 22:38





