"The Son of Kong"
Raczej zapomniany sequel "King Konga". Mało się mówi o tym filmie. Oglądałem ostatnio znowu stare "King Kongi" i cóż, o oryginale nie mam co pisać - jest dobry. Po prostu dobry. Wiadomo, że przełomowy i musiał w swoim czasie robić oszałamiające wrażenie. Dziś już może nie powoduje opadu szczęki, ale to dalej kawał solidnego filmu. Choć osobiście ja akurat jestem wielkim miłośnikiem wersji Jacksona i uważam, że to jeden z tych nielicznych przypadków, gdy remake zjada oryginał na śniadanie.
Ale przejdźmy do "The Son of Kong", bo to dość dziwny sequel. Niby słabszy, ale... nie we wszystkim.
Film robi wrażenie "King Konga" dla ubogich, czy też w wersji "light". Krótszy metraż - film ma ledwie godzinę i dziesięć minut. Mniejsza skala - bohaterowie powracają na Wyspę Czaszki, ale tym razem jej ekosystem wydaje się zubożony - przedstawicieli lokalnej fauny, którzy pojawiają się na ekranie, można policzyć na palcach jednej ręki. W sumie pobyt na Wyspie to tylko ostatnie pół godziny filmu (tytułowy bohater pojawia się po 40 minutach - w filmie, który, powtarzam, ma tylko 70 minut). Nie uświadczymy tu też ludzi ginących hurtowo w paszczach potworów, więc nawet klimat jest lżejszy ().
Nawet animacja wielkiej małpy jest mniej realistyczna niż w "King Kongu". Mimika i gestykulacja małego Konga przywodzi mi raczej na myśl dobranocki z Uszatkiem czy Colargolem. Oglądając ten film, nieraz więc czuję, jakby był on dla młodszego widza niż oryginał.
Fabuła jest dość pretekstowa, a jej finał raczej niedorzeczny ().
Oczywiście film nie ma startu do pierwszego "Konga", to zupełnie inna liga. Nikt chyba nie jest tym zaskoczony. ALE jest tu, o dziwo, jeden element, który podoba mi się bardziej niż w jedynce - postacie.
Co tu kryć, bohaterowie, na których koncentruje się "King Kong", czyli Ann Darrow i John "Nienawidzę Kobiet" Driscoll, nie należą do moich ulubieńców. Ann to słodka naiwna istota, którą mogę tolerować, a nawet darzyć pewną sympatią do momentu wylądowania na Wyspie, ale potem... potem jedyne, co robi przez całą resztę filmu to darcie mordy. Zrozumiałe, w końcu Ann stale trafia z jednej niebezpiecznej sytuacji w drugą. Stale znajduje się wśród naparzających się potworów. Tak więc jasne, rozumiem jej strach. Ale ona się nigdy nie zamyka. Ciągle się drze, poddając próbie moje bębenki w uszach, a mnie po godzinie tych wrzasków boli łeb.
Driscoll też jest dość wkurzający ze swoimi wiecznymi mizoginistycznymi komentarzami. A poza tym to taki posągowy, nudny heros bez charyzmy.
Wątek miłosny tych dwojga to jakaś porażka.
Driscoll: Tak w ogóle to nie cierpię bab, są do niczego, głupie i tylko przeszkadzają, ale ciebie chyba kocham, Ann.
Ann: O, to ja też cię kocham. Widocznie bardzo mi zaimponowałeś, narzekając na mnie przez całą podróż.
W "The Son of Kong" głównym bohaterem jest znany z pierwszej części Carl Denham i już za to film ma u mnie plusa. Bo Carl, sprawca całego nieszczęścia w poprzednim filmie, ciągany po sądach i uciekający przed wymiarem sprawiedliwości, jest postacią o wiele ciekawszą, nie kryształową, bardziej niejednoznaczną. Ot cwaniaczek chcący wymigać się od kary za swoje błędy, a przy okazji pakujący się w kolejną niebezpieczną przygodę.
Partnerująca mu na ekranie Hilda też bardziej mi się podoba niż mdła Ann. Bo Hilda ma temperament i osobowość. I najważniejsze: nie drze mordy, nawet w obliczu spotkania z potworami z Wyspy Czaszki. Co za ulga!
Podoba mi się w ogóle, że obydwoje są przegrywami. Denham poniósł spektakularną klęskę z Kongiem i musi uciekać przed jej konsekwencjami, a Hilda jest nieudaną śpiewaczką i tancerką (w filmie jest podkreślane, że nie jest dobra w żadnej z tych dziedzin), ledwo wiążącą koniec z końcem. Takim przegrywom to aż się chce kibicować. A ich wzajemne relacje mają w sobie więcej szczerości i naturalności niż drętwe miłosne wyznania Driscolla i jego lubej.
Raczej zapomniany sequel "King Konga". Mało się mówi o tym filmie. Oglądałem ostatnio znowu stare "King Kongi" i cóż, o oryginale nie mam co pisać - jest dobry. Po prostu dobry. Wiadomo, że przełomowy i musiał w swoim czasie robić oszałamiające wrażenie. Dziś już może nie powoduje opadu szczęki, ale to dalej kawał solidnego filmu. Choć osobiście ja akurat jestem wielkim miłośnikiem wersji Jacksona i uważam, że to jeden z tych nielicznych przypadków, gdy remake zjada oryginał na śniadanie.
Ale przejdźmy do "The Son of Kong", bo to dość dziwny sequel. Niby słabszy, ale... nie we wszystkim.
Film robi wrażenie "King Konga" dla ubogich, czy też w wersji "light". Krótszy metraż - film ma ledwie godzinę i dziesięć minut. Mniejsza skala - bohaterowie powracają na Wyspę Czaszki, ale tym razem jej ekosystem wydaje się zubożony - przedstawicieli lokalnej fauny, którzy pojawiają się na ekranie, można policzyć na palcach jednej ręki. W sumie pobyt na Wyspie to tylko ostatnie pół godziny filmu (tytułowy bohater pojawia się po 40 minutach - w filmie, który, powtarzam, ma tylko 70 minut). Nie uświadczymy tu też ludzi ginących hurtowo w paszczach potworów, więc nawet klimat jest lżejszy ().
Nawet animacja wielkiej małpy jest mniej realistyczna niż w "King Kongu". Mimika i gestykulacja małego Konga przywodzi mi raczej na myśl dobranocki z Uszatkiem czy Colargolem. Oglądając ten film, nieraz więc czuję, jakby był on dla młodszego widza niż oryginał.
Fabuła jest dość pretekstowa, a jej finał raczej niedorzeczny ().
Oczywiście film nie ma startu do pierwszego "Konga", to zupełnie inna liga. Nikt chyba nie jest tym zaskoczony. ALE jest tu, o dziwo, jeden element, który podoba mi się bardziej niż w jedynce - postacie.
Co tu kryć, bohaterowie, na których koncentruje się "King Kong", czyli Ann Darrow i John "Nienawidzę Kobiet" Driscoll, nie należą do moich ulubieńców. Ann to słodka naiwna istota, którą mogę tolerować, a nawet darzyć pewną sympatią do momentu wylądowania na Wyspie, ale potem... potem jedyne, co robi przez całą resztę filmu to darcie mordy. Zrozumiałe, w końcu Ann stale trafia z jednej niebezpiecznej sytuacji w drugą. Stale znajduje się wśród naparzających się potworów. Tak więc jasne, rozumiem jej strach. Ale ona się nigdy nie zamyka. Ciągle się drze, poddając próbie moje bębenki w uszach, a mnie po godzinie tych wrzasków boli łeb.
Driscoll też jest dość wkurzający ze swoimi wiecznymi mizoginistycznymi komentarzami. A poza tym to taki posągowy, nudny heros bez charyzmy.
Wątek miłosny tych dwojga to jakaś porażka.
Driscoll: Tak w ogóle to nie cierpię bab, są do niczego, głupie i tylko przeszkadzają, ale ciebie chyba kocham, Ann.
Ann: O, to ja też cię kocham. Widocznie bardzo mi zaimponowałeś, narzekając na mnie przez całą podróż.
W "The Son of Kong" głównym bohaterem jest znany z pierwszej części Carl Denham i już za to film ma u mnie plusa. Bo Carl, sprawca całego nieszczęścia w poprzednim filmie, ciągany po sądach i uciekający przed wymiarem sprawiedliwości, jest postacią o wiele ciekawszą, nie kryształową, bardziej niejednoznaczną. Ot cwaniaczek chcący wymigać się od kary za swoje błędy, a przy okazji pakujący się w kolejną niebezpieczną przygodę.
Partnerująca mu na ekranie Hilda też bardziej mi się podoba niż mdła Ann. Bo Hilda ma temperament i osobowość. I najważniejsze: nie drze mordy, nawet w obliczu spotkania z potworami z Wyspy Czaszki. Co za ulga!
Podoba mi się w ogóle, że obydwoje są przegrywami. Denham poniósł spektakularną klęskę z Kongiem i musi uciekać przed jej konsekwencjami, a Hilda jest nieudaną śpiewaczką i tancerką (w filmie jest podkreślane, że nie jest dobra w żadnej z tych dziedzin), ledwo wiążącą koniec z końcem. Takim przegrywom to aż się chce kibicować. A ich wzajemne relacje mają w sobie więcej szczerości i naturalności niż drętwe miłosne wyznania Driscolla i jego lubej.
19-06-2022, 12:39 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19-06-2022, 12:44 przez al_jarid.)
Spoiler




