The Giant Behemoth - wiem, czemu rząd milczał ws. Odry. Bo za śnięcie ryb odpowiadał morski potwór zionący jakimś żrącym laserem i mało kto by to uwierzył :).
I cyk, kolejny brytyjski monster movie od Eugene’a Lourie (akurat ten wcześniej powstał przed Potworem z otchłani, ale sza). I kolejny brytyjski sajfaj bez wątku romansowego. Jedyna istotna kobieca postać pojawia się dosłownie na 5 minut i już potem się nie pojawia. Znowu trochę tej brytyjskiej surowości, podczas głównego ataku bestii na - sporo ujęć na umierających i poparzonych od radiacji cywili, a też nie ma unikania widoku efektów porażonych ludzi przez Paleosaurusa.
Tak jak w Zemście kosmosu wojsko i służby pokazano kompetentnie. Początkowo teoria o morskim potworze jest brana z rezerwą, ale gdy pojawia się więcej dowodów to wojsko szybko w to zawierza i przygotowuje odpowiednie plany. Wojsko ewakuuje cywili z Londynu, gdy bestia oficjalnie się wyłania. Jest też scena dyskusji jak zajebać monstrum m.in. fakt, że jego truchło jest radioaktywne i może dojść do skażenia Londynu na wiele lat. I też scenariusz podnosi fakt, że tytułowy behemot jest silnie skażony i prędzej czy później zdechnie. I podoba mi się, że tu po napromieniowaniu się radiacją nie dostanie się supermocy tylko chorobę i ból.
W sumie tyle jeśli chodzi o plusy. Zdecydowano za dużo gadania w gabinetach i mało Paleosaurusa. Gdybym był widzem w 1959 roku to bym marudził, że ukrywają potwora. Szczególnie, że na plakatach pokazywano go w całej okazałości, więc wiem czego się spodziewać :P. Potwór pojawia się w glorii dopiero w 50 minucie i to dopiero nieruchoma makieta, a nie poklatkowe efekty O'Briena. W dodatku kiepska, bo przez moment bezczelnie widać umocowania do zabawkowej łodzi. Na szczęście gdy wchodzi animacja poklatkowa, to jest konkret. I potwór się wyróżnia na tle innych anglosaskich bestii, bo ma supermoc w postaci emitowania jakichś radioaktywnych fal. Na dodatek to ostatni projekt Willisa O’Briena (technicznie jeszcze był inicjatorem King Konga kontra Godzilli, nim John Beck go wydymał) i niejakiego Pete'a Petersona (który miał w planach zrobienie kilka własnych poklatkowych monstermovie, ale mu się zmarło na raka).
I sporo jest nudy. Wspomniana postać kobieca, chociaż nadrabia urodą to kiepsko zagrała. Podobnie jej gach. Główni bohaterowie w postaci dwóch naukowców. Plus gość robi sekcję, potencjalnie radioaktywnych, ryb bez rękawiczek (Nie znam się. Może procedury w 1959 roku były bardzie luźne, ale wydaje mi się że i wtedy dbano o jakiś BHP. Zwłaszcza w tych sprawach)
Fajny był profesor (który w innym filmie na pewno byłby jakimś szalonym naukowcem robiącym za villaina) ma mokro w majty na wieść o żywym dinozaurze i trochę ma smutnażaba.jpg zdając, że bestia zostanie zabita, by nie robiła szkód.
Piękna była ta scena końcowa, gdzie obaj naukowcy w radiu słyszą zapowiedź sequela i jeden ma z nich typu "Kuźwa, znowu :/?" :D.
Najsłabszy monster-movie Lourie'ego.
5/10
I cyk, kolejny brytyjski monster movie od Eugene’a Lourie (akurat ten wcześniej powstał przed Potworem z otchłani, ale sza). I kolejny brytyjski sajfaj bez wątku romansowego. Jedyna istotna kobieca postać pojawia się dosłownie na 5 minut i już potem się nie pojawia. Znowu trochę tej brytyjskiej surowości, podczas głównego ataku bestii na - sporo ujęć na umierających i poparzonych od radiacji cywili, a też nie ma unikania widoku efektów porażonych ludzi przez Paleosaurusa.
Tak jak w Zemście kosmosu wojsko i służby pokazano kompetentnie. Początkowo teoria o morskim potworze jest brana z rezerwą, ale gdy pojawia się więcej dowodów to wojsko szybko w to zawierza i przygotowuje odpowiednie plany. Wojsko ewakuuje cywili z Londynu, gdy bestia oficjalnie się wyłania. Jest też scena dyskusji jak zajebać monstrum m.in. fakt, że jego truchło jest radioaktywne i może dojść do skażenia Londynu na wiele lat. I też scenariusz podnosi fakt, że tytułowy behemot jest silnie skażony i prędzej czy później zdechnie. I podoba mi się, że tu po napromieniowaniu się radiacją nie dostanie się supermocy tylko chorobę i ból.
W sumie tyle jeśli chodzi o plusy. Zdecydowano za dużo gadania w gabinetach i mało Paleosaurusa. Gdybym był widzem w 1959 roku to bym marudził, że ukrywają potwora. Szczególnie, że na plakatach pokazywano go w całej okazałości, więc wiem czego się spodziewać :P. Potwór pojawia się w glorii dopiero w 50 minucie i to dopiero nieruchoma makieta, a nie poklatkowe efekty O'Briena. W dodatku kiepska, bo przez moment bezczelnie widać umocowania do zabawkowej łodzi. Na szczęście gdy wchodzi animacja poklatkowa, to jest konkret. I potwór się wyróżnia na tle innych anglosaskich bestii, bo ma supermoc w postaci emitowania jakichś radioaktywnych fal. Na dodatek to ostatni projekt Willisa O’Briena (technicznie jeszcze był inicjatorem King Konga kontra Godzilli, nim John Beck go wydymał) i niejakiego Pete'a Petersona (który miał w planach zrobienie kilka własnych poklatkowych monstermovie, ale mu się zmarło na raka).
I sporo jest nudy. Wspomniana postać kobieca, chociaż nadrabia urodą to kiepsko zagrała. Podobnie jej gach. Główni bohaterowie w postaci dwóch naukowców. Plus gość robi sekcję, potencjalnie radioaktywnych, ryb bez rękawiczek (Nie znam się. Może procedury w 1959 roku były bardzie luźne, ale wydaje mi się że i wtedy dbano o jakiś BHP. Zwłaszcza w tych sprawach)
Fajny był profesor (który w innym filmie na pewno byłby jakimś szalonym naukowcem robiącym za villaina) ma mokro w majty na wieść o żywym dinozaurze i trochę ma smutnażaba.jpg zdając, że bestia zostanie zabita, by nie robiła szkód.
Piękna była ta scena końcowa, gdzie obaj naukowcy w radiu słyszą zapowiedź sequela i jeden ma z nich typu "Kuźwa, znowu :/?" :D.
Najsłabszy monster-movie Lourie'ego.
5/10
26-08-2022, 19:42





