EEAAO dołączył do parki A Streetcar Named Desire i The Network jako kolejny film wyróżniony w trzech kategoriach aktorskich. Zdarzenie to uznaję za nieśmieszny żart, gdyż ponieważ Blanchett rozwaliła w tym roku konkurencję, a nagroda dla Curtis to absurd. WWN okazał się "największym" oscarowym "zwycięzcą" ostatnich lat i fakt ten nie jest mi łatwo przełknąć. Nie jest to złe filmidło, ba - polubiłem fabułę i bohaterów, seans zaliczyłem do przyjemnych i ogólnie poniżej mocnej siódemkinadziesięć nigdy to to nie spadnie - ale, powtarzam, bez przesady. Scenariusz to pierdolnik - ot, piszemy dziwną historię, wrzucamy do niej wszystkie durne pomysły (oczywiście nie wszystkie zadziałały), jakie przyjdą nam do głowy, dodajemy szczpytę nośnych tematów i całość spinamy klamrą-morałem, czyli uderzamy w sentymentalizm (może i tani, chociaż mnie nieco ujął). Podejrzewam, że w Azji rokrocznie wypuszcza się kilka znacznie bardziej odjechanych, pomysłowych i "fajnych" filmików. Co zadecydowało o wielkim triumfie Danielów? Obecne trendy? Wojna poglądów? Coraz większe znaczenie rynku azjatyckiego? A może po prostu miłość do kina? Zapewne wszystko naraz. :)
Tak sobię lekko psioczę, a po prawdzie to EEAAO spokojnie wrzuciłbym do czołówki najlepszych tytułów (obecnego wieku) wyróżnionych w kategorii Best Picture. Paradoks. Kolejnym paradoksem jest jednak siedem Oscarów. No cóż, sytuacja równie popieprzona jak i sam film. :)
Tak sobię lekko psioczę, a po prawdzie to EEAAO spokojnie wrzuciłbym do czołówki najlepszych tytułów (obecnego wieku) wyróżnionych w kategorii Best Picture. Paradoks. Kolejnym paradoksem jest jednak siedem Oscarów. No cóż, sytuacja równie popieprzona jak i sam film. :)
13-03-2023, 22:22





