Remake czwórki wylądował, a tu cisza?
Capcom znowu dostarczył. Zaraz po odnowionej dwójce najlepsza część całej serii. Z wielką miłością, szacunkiem i pomysłowo odtworzyli szaloną jazdę bez trzymanki jaką był Resident Evil 4. Tym razem jednak świetnie żonglują gatunkami, których misz-maszem jest ta odsłona. Gra płynnie i naturalnie przeskakuje z horroru do kampowej sieki w stylu Evil Dead, z przygodówki do bondowskiego akcyjniaka.
Historia ma tym razem jakąś sensowną konstrukcję, a postacie w końcu są postaciami z krwi i kości, ale też bez przesady. Leon ma teraz PTSD po wydarzeniach z dwójki i po szkoleniu pod okiem psychopaty, do którego go zmusił rząd USA, ale dalej jest absolutnym bad-assem, który rzuca sucharami, od których normalnie by uszy więdły, ale do postaci tego harcerzyka to po prostu pasuje.
Bardzo mnie też cieszy, że nie zrobili z niego pizdy, za którą całą robotę odwalają baby. Z oczywistych względów wyleciało jego flirtowanie ze wszystkim, co ma dwie nogi i kuciapę między nimi (a także różne teksty Luisa). Jednak Japończycy jak to Japończycy, dostosowują się do „trendów” z Zachodu, ale na szczęścia ich nie rozumieją kompletnie. Dlatego Leon choć sam aktywnie nie szuka pochwy na swój miecz, tak prawie cała żeńska obsada nie może się doczekać i przebiera nogami, w nadziei, że będzie okazja przeładować mu strzelbę.
Gejmplejowo cała masa dodatków, które są z gatunku tych, że nie wiedziało się, że się ich potrzebuje dopóki się nie pojawiły. Nie wyobrażam sobie teraz kolejnej odsłony bez rozbudowanej walki nożem czy ogólnie bardziej aktywnego fizycznie głównego bohatera (choć sterowanie wciąż posiada tę residentową ociężałość). Gra też ogólnie jest kurewsko trudna. Wyzbyli się tank-controls, więc żeby zbalansować rozgrywkę wrogowie teraz są dużo szybsi, agresywniejsi, sprytniejsi, mają większą paletę ataków i nie mają problemów z atakowaniem grupowo.
Oprócz tego, jak to w Residentach, cała masa rzeczy do odblokowania przy kolejnych przejściach. Z tym, że tym razem kampania to nie parę godzin. Gra jest ogromna, długa i wymagająca. Pierwsze przejście zajęło mi ze dwadzieścia godzin. Drugie, pośpieszne z dziesięć. Dopiero przy trzecim podejściu pod trofeum, wyrobiłem się w jakieś 6-7, ale kosztem znajdziek i na ciągłym sprincie.
Polecam i spierdalam przechodzić czwarty raz :)
12/10
Capcom znowu dostarczył. Zaraz po odnowionej dwójce najlepsza część całej serii. Z wielką miłością, szacunkiem i pomysłowo odtworzyli szaloną jazdę bez trzymanki jaką był Resident Evil 4. Tym razem jednak świetnie żonglują gatunkami, których misz-maszem jest ta odsłona. Gra płynnie i naturalnie przeskakuje z horroru do kampowej sieki w stylu Evil Dead, z przygodówki do bondowskiego akcyjniaka.
Historia ma tym razem jakąś sensowną konstrukcję, a postacie w końcu są postaciami z krwi i kości, ale też bez przesady. Leon ma teraz PTSD po wydarzeniach z dwójki i po szkoleniu pod okiem psychopaty, do którego go zmusił rząd USA, ale dalej jest absolutnym bad-assem, który rzuca sucharami, od których normalnie by uszy więdły, ale do postaci tego harcerzyka to po prostu pasuje.
Bardzo mnie też cieszy, że nie zrobili z niego pizdy, za którą całą robotę odwalają baby. Z oczywistych względów wyleciało jego flirtowanie ze wszystkim, co ma dwie nogi i kuciapę między nimi (a także różne teksty Luisa). Jednak Japończycy jak to Japończycy, dostosowują się do „trendów” z Zachodu, ale na szczęścia ich nie rozumieją kompletnie. Dlatego Leon choć sam aktywnie nie szuka pochwy na swój miecz, tak prawie cała żeńska obsada nie może się doczekać i przebiera nogami, w nadziei, że będzie okazja przeładować mu strzelbę.
Gejmplejowo cała masa dodatków, które są z gatunku tych, że nie wiedziało się, że się ich potrzebuje dopóki się nie pojawiły. Nie wyobrażam sobie teraz kolejnej odsłony bez rozbudowanej walki nożem czy ogólnie bardziej aktywnego fizycznie głównego bohatera (choć sterowanie wciąż posiada tę residentową ociężałość). Gra też ogólnie jest kurewsko trudna. Wyzbyli się tank-controls, więc żeby zbalansować rozgrywkę wrogowie teraz są dużo szybsi, agresywniejsi, sprytniejsi, mają większą paletę ataków i nie mają problemów z atakowaniem grupowo.
Oprócz tego, jak to w Residentach, cała masa rzeczy do odblokowania przy kolejnych przejściach. Z tym, że tym razem kampania to nie parę godzin. Gra jest ogromna, długa i wymagająca. Pierwsze przejście zajęło mi ze dwadzieścia godzin. Drugie, pośpieszne z dziesięć. Dopiero przy trzecim podejściu pod trofeum, wyrobiłem się w jakieś 6-7, ale kosztem znajdziek i na ciągłym sprincie.
Polecam i spierdalam przechodzić czwarty raz :)
12/10
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi
-- Laozi
03-04-2023, 07:06 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03-04-2023, 07:31 przez Hitch.)





