The Curse of Werewolf - jedyny film o wilkołaku od Hammer Films. Z filmem tym zapoznał mnie Na psa urok (dokładnie telewizyjna wersja z 1994) jak główny bohater oglądał go w kinie.
A że dziś Dzień Edukacji Narodową to mała lekcja historii - w roli wilkołaka występuje Oliver Reed, dla którego była to pierwsza duża rola. Jak na tego typu debiut Reed ujawnia swój talent aktorski i stąd dlatego stał się gwiazdą, zamiast znaleźć tylko na specjalistycznych encyklopediach dla gików. Ciekawe czy Frank Welker inspirował się tym filmem, gdy tworzył odgłosy wilkołaków do Hanna-Barbera, bo ryk reedowego wilkołaka jest bardzo podobny.
Z pewnością The Curse of Werewolf nie jest jednostajny, jak to mawia mój wujek. Początek to nie zapowiada horroru, a bardziej to ogląda się jak Scaramouche'a czy innego płaszcza i szpadę. Też niecodzienny Hammer, bo to film biograficzny i mamy przekrój całego życia wilkołaka, w tym prolog w postaci okoliczności jego poczęcia. Reed pojawia się dopiero w połowie trwania. A zamiast mglistej i gotyckiej Europy Północnej mamy słoneczną, acz syfiastą Hiszpanię (ma sens, bo w XIX wieku z zach. Europy jedynie Hiszpania miała stabilną populację wilka i do tej pory tak jest).
Trochę gra z oczekiwaniami widza, ponieważ sądzi się, że markiz będzie głównym antagonistą. Żebrak z prologu wydaje się być poczciwiną, a potem okazuje się sprośny. I mało tego, jest dzieciopodrywaczem. Generalnie film zasłużył na bycie ocenzurowanym, bo na tamte czasy potrafi być mocny. Są tu słynne ilości hammerowej krwi, kiedy właścicielka klub jest obficie pokryta krwią. Inaczej podchodzi się do wilkołaczego lore - tutaj się rodzi jako wilkołak i można powstrzymywać przemiany.
Mniej wybitny Hammera, ale wciąż to solidna produkcja. No i dzięki niej John Bolton zrobił całkiem klimatyczną adaptację komiksową.
7/10
A że dziś Dzień Edukacji Narodową to mała lekcja historii - w roli wilkołaka występuje Oliver Reed, dla którego była to pierwsza duża rola. Jak na tego typu debiut Reed ujawnia swój talent aktorski i stąd dlatego stał się gwiazdą, zamiast znaleźć tylko na specjalistycznych encyklopediach dla gików. Ciekawe czy Frank Welker inspirował się tym filmem, gdy tworzył odgłosy wilkołaków do Hanna-Barbera, bo ryk reedowego wilkołaka jest bardzo podobny.
Z pewnością The Curse of Werewolf nie jest jednostajny, jak to mawia mój wujek. Początek to nie zapowiada horroru, a bardziej to ogląda się jak Scaramouche'a czy innego płaszcza i szpadę. Też niecodzienny Hammer, bo to film biograficzny i mamy przekrój całego życia wilkołaka, w tym prolog w postaci okoliczności jego poczęcia. Reed pojawia się dopiero w połowie trwania. A zamiast mglistej i gotyckiej Europy Północnej mamy słoneczną, acz syfiastą Hiszpanię (ma sens, bo w XIX wieku z zach. Europy jedynie Hiszpania miała stabilną populację wilka i do tej pory tak jest).
Trochę gra z oczekiwaniami widza, ponieważ sądzi się, że markiz będzie głównym antagonistą. Żebrak z prologu wydaje się być poczciwiną, a potem okazuje się sprośny. I mało tego, jest dzieciopodrywaczem. Generalnie film zasłużył na bycie ocenzurowanym, bo na tamte czasy potrafi być mocny. Są tu słynne ilości hammerowej krwi, kiedy właścicielka klub jest obficie pokryta krwią. Inaczej podchodzi się do wilkołaczego lore - tutaj się rodzi jako wilkołak i można powstrzymywać przemiany.
Mniej wybitny Hammera, ale wciąż to solidna produkcja. No i dzięki niej John Bolton zrobił całkiem klimatyczną adaptację komiksową.
7/10
14-10-2024, 22:46 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-11-2024, 13:24 przez OGPUEE.)





