(03-03-2025, 18:40)Pitero napisał(a): To był ten sam rok, co "Biedne istoty" i najlepsza kobieca rola w historii kina także też małe szanse by miała.
Wysłane z mojego CPH2481 przy użyciu Tapatalka
Chętnie poznałbym historię kina Twoimi oczami. Nieironicznie.
Jaka w ogóle jest wykładnia przy ocenie ról? W czym Emma Stone w tamtej wspomnianej przez Ciebie roli była lepsza od:
- Renée Jeanne Falconetti w "Męczeństwie Joanny d’Arc"
- Emily Watson w "Przełamując fale"
- Geny Rowlands w "Kobiecie pod presją"/"Premierze"
- Lizy Minnelli w "Kabarecie"
- Vivien Leigh w "Tramwaju zwanym pożądaniem"
- Elizabeth Taylor w "Kto się boi Virginii Woolf?"
i wielu wielu innych, ale wymieniam takie ikoniczne występy, w dodatku z kompletnie różnych parafii
Teraz jakiś rekord Seana Bakera za jakaś "Anorę". No rekord jest faktem, ale ile on wart? To będzie ciekawostka tylko i wyłącznie. Ten film nie miał większego znaczenia dla kogokolwiek już teraz, a po czasie to w ogóle zniknie z mapy zupełnie.
Wiem, że to taka trochę przypierdolka z mojej strony i aż mi głupio, ale czasami pojawia się we mnie taka debilna myśl, że skoro jakieś "Anory" to arcydzieła i 11/10, to w takim razie jak oceniać takie rzeczy jak ""Zawieście czerwone latarnie" albo - z innej bajki - "Hair" czy nawet tego "Ojca chrzestnego"?
Powtórzę, że wiem, że to trochę debilne z mojej strony, ale ostatnio już kompletnie puściło we mnie pewne podejście i samokrytycyzm wjechał mi na rejestry ekstremalne, więc pewnie już nigdy nie użyję słowa "polecam", chociaż i tak dotąd było mi mocno obce. Chodzi mi o to, że gdybym wyskoczył z opinią, że coś jest najlepsze w historii, to musiałbym być przygotowany do obrony tego argumentu w tak doskonały sposób, że jest to wręcz niemożliwe.
Do tego dochodzi moje coraz silniejsze uczucie, że żyjemy obecnie w jakimś momencie historycznym, który - delikatnie mówiąc - jest mało fajny i jego spuścizna wielkiej wartości nie ma. Stąd podchodzę z dużo nieufnością do rekordów oscarowych w 2025 roku. A kiedyś to goniłem się, żeby na ceremonię tych nagród być przygotowanym, znać wszystkie pozycje. Teraz to chyba bym musiał to robić zawodowo, żeby jakkolwiek się przejmować, a i tak szczerości bym w sobie do tego nie znalazł.
Jest we mnie dużo jakiejś refleksji zarówno w stosunku do samego siebie, jak i tego co się dzieje, co powoduje, że ciężko u mnie o entuzjazm w stosunku do obecnej rzeczywistości. Natomiast poszedłem niedawno do kina na "Mullholand Drive" i byłem zachwycony, a kiedyś Lyncha jakoś odbijałem. To tak, żeby nie było, że jestem kompletnym zjebem. Chociaż jest ogromna szansa, że jestem :D
.
04-03-2025, 16:14





