Marty Supreme - w zeszłorocznym pojedynku na filmy braci Safdie Joshua wygrywa i to przez nokaut w drugiej rundzie, Benjamin niech się skupi na aktorstwie.
Jeśli lubiliście Nieoszlifowane diamenty i Good Times, to Wielki Marty jest ich następcą, tylko na bogato, w kostiumie z lat 50. Znowu mamy kakafonię dźwięków, szalone tempo i w 100% amerykańskiego bohatera, który nie rozumie słowa nie i przez 150 minut filmu jest coraz większym chujkiem przez co wpada w coraz większe kłopoty. Ja bardzo lubię ten styl opowieści, chociaż miał on swoje ograniczenia w poprzednich filmach braci, ma i teraz, mimo to, póki co dla mnie film roku, kapitalnie się bawiłem w kinie.
Piękne są zdjęcia Khondjiego (wciąż zapominam że chłop jeszcze nie jest na emeryturze), genialne dekoracje Jacka Fiska (najlepszy scenograf w historii kina?), ogólnie film jest stylowy, piękny, sugestywny, wcale niemały: dowód na to, że wciąż da się w Hollywood zatrudnić dwie gwiazdy i nakręcić taki film za 60-70 baniek, a niekoniecznie za 160 ;)
Obsada: rola Chalameta bardzo dobra, ale nie jakaś wybitna. Oczywiście najlepsza w jego karierze, bo wszystkie poprzednie były w porywach niezłe, a tutaj nareszcie nie widać Chalameta, tylko Marty'ego - nie mam problemu z tym, żeby dostał tego Oscara. Gwyneth Paltrow na drugim planie (dosyć dalekim) też bardzo dobra, gorsze rolę zdobywały statuetki.
Przyznam że nie rozumiem czemu tylko Chalamet jest doceniany, a reżyseria, zdjęcia, kostiumy, scenografia, montaż, muzyka i Paltrow nie. Naprawdę z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że na początku sezonu oscarowego zbiera się jakaś rada i decyduje co nam się w tym roku podobało, a co nie. Gdybyśmy żyli w lepszym świecie, to cały splendor jaki zbiera Sinners powinien być przelany na Marty'ego.
Ode mnie 8+/10
Jeśli lubiliście Nieoszlifowane diamenty i Good Times, to Wielki Marty jest ich następcą, tylko na bogato, w kostiumie z lat 50. Znowu mamy kakafonię dźwięków, szalone tempo i w 100% amerykańskiego bohatera, który nie rozumie słowa nie i przez 150 minut filmu jest coraz większym chujkiem przez co wpada w coraz większe kłopoty. Ja bardzo lubię ten styl opowieści, chociaż miał on swoje ograniczenia w poprzednich filmach braci, ma i teraz, mimo to, póki co dla mnie film roku, kapitalnie się bawiłem w kinie.
Piękne są zdjęcia Khondjiego (wciąż zapominam że chłop jeszcze nie jest na emeryturze), genialne dekoracje Jacka Fiska (najlepszy scenograf w historii kina?), ogólnie film jest stylowy, piękny, sugestywny, wcale niemały: dowód na to, że wciąż da się w Hollywood zatrudnić dwie gwiazdy i nakręcić taki film za 60-70 baniek, a niekoniecznie za 160 ;)
Obsada: rola Chalameta bardzo dobra, ale nie jakaś wybitna. Oczywiście najlepsza w jego karierze, bo wszystkie poprzednie były w porywach niezłe, a tutaj nareszcie nie widać Chalameta, tylko Marty'ego - nie mam problemu z tym, żeby dostał tego Oscara. Gwyneth Paltrow na drugim planie (dosyć dalekim) też bardzo dobra, gorsze rolę zdobywały statuetki.
Przyznam że nie rozumiem czemu tylko Chalamet jest doceniany, a reżyseria, zdjęcia, kostiumy, scenografia, montaż, muzyka i Paltrow nie. Naprawdę z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że na początku sezonu oscarowego zbiera się jakaś rada i decyduje co nam się w tym roku podobało, a co nie. Gdybyśmy żyli w lepszym świecie, to cały splendor jaki zbiera Sinners powinien być przelany na Marty'ego.
Ode mnie 8+/10
15-01-2026, 21:54 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-01-2026, 21:56 przez simek.)





