Niestety film, za który na 90% Timmy dostanie Oscara. A szkoda, bo nie był w nim lepszy niż w "Kompletnie nieznanym". Jeśli miałbym już dawać mu rycerzyka, to właśnie za film o Dylanie. Nie zmienia to oczywiście faktu, że Chalamet jest dobry w "Wielkim Martym", nawet bardzo, ale to jedna z tych kreacji, która aż krzyczy - dajcie mi tego Oscara. Więc tylko i wyłącznie dlatego tej nagrody bym mu nie dał.
Sama postać Marty'ego jest paskudna, nie da się jej w żaden sposób lubić, kibicować i najchętniej chciałoby się, aby rozjebał sobie głupi ryj. To paskudny narcyz i egocentryk, kłamca, bezczelny manipulant, sprytny w taki zły sposób, moralnie śliski, do tego emocjonalnie na poziomie licealisty. Ta postać na wskroś cyniczna i toksyczna, która zabiera tlen innym ludziom. I tutaj w sumie Chalamentowi pięknie to siedzi, bo on jest prawdziwym ekranowym zwierzakiem, zabiera to powietrze aktorom drugoplanowym, którzy bledną przy jego energii. W mojej opinii tylko stary Abel Ferrara wytrzymuje z nim starcie na ekranie. Reszta, na czele z Gwyneth Paltrow nie istnieje. W ogóle straszną aktorkę wybrał Safdie do roli "dziewczyny" Marty'ego - niejaka Odessa A'zion, jak dla mnie laska jest tragiczna, irytująca fest.
Do plusów poza rolą Chalameta na pewno trzeba dodać audiowizualną intensywność. Muzyka (!!!!), zdjęcia i montaż są doskonałe, to wszystko aż pulsuje nerwicą lat 50., ciągle ma się obcowania z jakimś poczuciem niebezpieczeństwa, Nowy Jork jest brudny i paskudny, jak sam bohater. To kolejny tego typu film po "Nieoczlifowanych diamentach" i "Good Time", tylko że gorszy. A wszystko za sprawą postaci Marty'ego. Niestety, ale ta postać się w żaden konkretny sposób nie rozwija, od początku do końca pozostaje irytującym bucem.
Na pewno też można odczuć ten długi metraż - chociaż na podobnym schemacie, to jednak nie jest to aż tak intensywne kino, jak "Nieoszlifowane diamenty" (które były krótsze o 20 minut). Tempo jest nierówne i czasami są zastoje, co nie działa na korzyść postaci Marty'ego.
Jeśli ktoś natomiast myśli, że pójdzie na film sportowy to się grubo pomyli. Tenis stołowy jest tu rzeczą trzecioplanową. No, ale jak już jest to jak dla mnie wypada całkiem spoko, chociaż dramaturgicznie to nie angażuje zbytnio.
Na plus też świetna czołówka z plemnikami i zapłodnieniem.
Finalnie "Wielki Marty" to film, któremu w trakcie seansu chciałem dać 5, bo doceniłem walory czysto filmowe, ale jednocześnie postać Chalameta była nie do zniesienia. Po dwóch godzinach od seansu chciałem dać mu 9, ale po głębszym zastanowieniu, daje mu 7/10. To intensywne kino z zastojami, momentami wybornie zrealizowane, które aż tak bardzo chce być arcydziełem, że finalnie nim nie jest bo nie wszystko się spina.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
15-01-2026, 22:03





