Chyba nie ma tematu, choć nie wiem po co zakładam.
Krótko o fabule, co by się nie czepiali.
Mamy sobie pszczółkę, która chce czegoś więcej od życia, niż tylko praca do końca życia w ulu. Jako, że młodzian, świeżo po szkole, toteż naturę ma odkrywcy i buntownika i szybko daje nogę z ula - chce poznać świat i znaleźć w nim coś więcej. Racz jasna świat na zewnątrz go powala, oferując masę przygód i niewiarygodnych przeżyć mniej więcej co 5 sekund czasu ekranowego. A wszystko zmienia się diametralnie, gdy poznaje kobietę, która ratuje mu życie...
Tak mniej więcej można opisać ten film, na którym miałem wątpliwą przyjemność być. Wątpliwą, bo film jest wątły niczym pszczóła - dokładnie w paski. Do jego obejrzenia zachęciła mnie, co by nie mówić, rewelacyjna wręcz kampania reklamowa i fajne (aktorskie!!) trailery. Zapowiadało się więc kapitalnie. Ale wyszło odwrotnie, przez co film całkowicie przegrywa jakiekolwiek porównania z panującymi obecnie szczurami - po prostu nie ma tu tej magii i uroku.
Choć początek jest obiecujący, to od momentu, który miał być przełomem (spotkanie z ludźmi i porozumienie się z nimi za pomocą aktualnych słów!) staje się żenująco nudny, nieśmieszny lub śmieszny na siłę i po prostu...wydumany. Napisy końcowe tłumaczą wszystko - było 4 scenarzystów, w tym słynny Seinfield, który robi także za głos głownego bohatera (w wersji polskiej nieźle poradził sobie młody Stuhr). Mamy więc masę mniej lub bardziej nieprawdopodobnych zdarzeń i śmiesznych sytuacji, nawiązań do filmów, wydarzeń, sławnych osób, etc; do których potem dopisano fabułę. Dlatego też film jest żenująco nierówny, a im bliżej końca, tym zażenowanie większe. Myślę, że twórcy celowo chcieli zrobić coś tak zajebiście niesamowitego i śmiesznego, że zgubili się w tym. Dialogi pomiędzy ludźmi a owadami i ich wzajemne relacje pasują do filmu, jak przysłowiowa pięść. Wspólne przygody, relacje i działania w ogóle więc widza nie ruszają. Przykładowo w filmach Pixara, gdzie albo nie ma ludzi albo sprowadzeni są do minimum jest zupełnie na odwrót. Pewnie dlatego, że w takich filmach trudno jest o zachowanie spójności i fabularnej konsekwencji, kiedy przekroczy się pewną granicę "bytu". Tutaj ta granica przekroczona jest wielokrotnie, przez co film siada.
Druga sprawa, to chodzenie dokładnie po linii, jaką Dreamworksowi wyznaczył Shrek - jest więc masa postaci, cytatów i sytuacji z życia (czasem tak dosłownych, że aż boli - patrz Sting) okraszona maksymalnie "cool" dialogami, z których podobał mi się chyba tylko zwrot "wypyliście" :D
W sumie tyle - dla mnie ten film jest co najwyżej średni - owszem, sporo w nim świetnych gagów czy sytuacji (owady na szybie, miód Raya Liotty) ale też sporo tandety (wspomniany Sting, Ray Liotta pokazany osobiście, finał), nawet biorąc pod uwagę widzów docelowych, czyli dzieci. Fabuły więc ten film tak naprawdę nie ma i pewnie dlatego przez połowę seansu ze znudzeniem obserwujemy durną i zupełnie niepotrzebną parodię filmów sądowych. Gdyby ten twór pociąć na serial, taki jak Kroniki Seinfielda, to pewnie byłoby lepiej. Ale jest, jak jest. Miód jest miodzio. Filmu za to nie łykam. Jest za słodki, będąc jednocześnie zbyt nijaki. Do tego polski dubbing nie jest tu jakiś rewelacyjny - połowa dialogów nie nadaje się nawet do Klanu, nie mówiąc już o wielkim kinowym hicie. Ja osobiście odradzam wyprawdę do kina - lepiej poczekać na dvd. W domowym zaciszu wejdzie zapewne niczym ciasto przewijające się w fabule. Ale potem i tak o nim zapomnimy.
Krótko o fabule, co by się nie czepiali.
Mamy sobie pszczółkę, która chce czegoś więcej od życia, niż tylko praca do końca życia w ulu. Jako, że młodzian, świeżo po szkole, toteż naturę ma odkrywcy i buntownika i szybko daje nogę z ula - chce poznać świat i znaleźć w nim coś więcej. Racz jasna świat na zewnątrz go powala, oferując masę przygód i niewiarygodnych przeżyć mniej więcej co 5 sekund czasu ekranowego. A wszystko zmienia się diametralnie, gdy poznaje kobietę, która ratuje mu życie...
Tak mniej więcej można opisać ten film, na którym miałem wątpliwą przyjemność być. Wątpliwą, bo film jest wątły niczym pszczóła - dokładnie w paski. Do jego obejrzenia zachęciła mnie, co by nie mówić, rewelacyjna wręcz kampania reklamowa i fajne (aktorskie!!) trailery. Zapowiadało się więc kapitalnie. Ale wyszło odwrotnie, przez co film całkowicie przegrywa jakiekolwiek porównania z panującymi obecnie szczurami - po prostu nie ma tu tej magii i uroku.
Choć początek jest obiecujący, to od momentu, który miał być przełomem (spotkanie z ludźmi i porozumienie się z nimi za pomocą aktualnych słów!) staje się żenująco nudny, nieśmieszny lub śmieszny na siłę i po prostu...wydumany. Napisy końcowe tłumaczą wszystko - było 4 scenarzystów, w tym słynny Seinfield, który robi także za głos głownego bohatera (w wersji polskiej nieźle poradził sobie młody Stuhr). Mamy więc masę mniej lub bardziej nieprawdopodobnych zdarzeń i śmiesznych sytuacji, nawiązań do filmów, wydarzeń, sławnych osób, etc; do których potem dopisano fabułę. Dlatego też film jest żenująco nierówny, a im bliżej końca, tym zażenowanie większe. Myślę, że twórcy celowo chcieli zrobić coś tak zajebiście niesamowitego i śmiesznego, że zgubili się w tym. Dialogi pomiędzy ludźmi a owadami i ich wzajemne relacje pasują do filmu, jak przysłowiowa pięść. Wspólne przygody, relacje i działania w ogóle więc widza nie ruszają. Przykładowo w filmach Pixara, gdzie albo nie ma ludzi albo sprowadzeni są do minimum jest zupełnie na odwrót. Pewnie dlatego, że w takich filmach trudno jest o zachowanie spójności i fabularnej konsekwencji, kiedy przekroczy się pewną granicę "bytu". Tutaj ta granica przekroczona jest wielokrotnie, przez co film siada.
Druga sprawa, to chodzenie dokładnie po linii, jaką Dreamworksowi wyznaczył Shrek - jest więc masa postaci, cytatów i sytuacji z życia (czasem tak dosłownych, że aż boli - patrz Sting) okraszona maksymalnie "cool" dialogami, z których podobał mi się chyba tylko zwrot "wypyliście" :D
W sumie tyle - dla mnie ten film jest co najwyżej średni - owszem, sporo w nim świetnych gagów czy sytuacji (owady na szybie, miód Raya Liotty) ale też sporo tandety (wspomniany Sting, Ray Liotta pokazany osobiście, finał), nawet biorąc pod uwagę widzów docelowych, czyli dzieci. Fabuły więc ten film tak naprawdę nie ma i pewnie dlatego przez połowę seansu ze znudzeniem obserwujemy durną i zupełnie niepotrzebną parodię filmów sądowych. Gdyby ten twór pociąć na serial, taki jak Kroniki Seinfielda, to pewnie byłoby lepiej. Ale jest, jak jest. Miód jest miodzio. Filmu za to nie łykam. Jest za słodki, będąc jednocześnie zbyt nijaki. Do tego polski dubbing nie jest tu jakiś rewelacyjny - połowa dialogów nie nadaje się nawet do Klanu, nie mówiąc już o wielkim kinowym hicie. Ja osobiście odradzam wyprawdę do kina - lepiej poczekać na dvd. W domowym zaciszu wejdzie zapewne niczym ciasto przewijające się w fabule. Ale potem i tak o nim zapomnimy.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
17-11-2007, 03:34






