Koleżanka podsunęła mi ostatnio serial Castle, twierdząc, że mi się spodoba i miała rację.
Fabuła:
Detektyw Kate Beckett zostaje wezwana na miejsce zbrodni - ktoś zabił młodą kobietę, a jej ciało obłożył płatkami róż, zaś na oczy położył słoneczniki. Kluczem do rozwiązania sprawy okazuje się niezwykle popularny autor powieści kryminalnych - Richard Castle. Okazuje się bowiem, że miejsce zbrodni wygląda tak jak w jednej z jego książek. Okazuje się, że sprawca korzystał z pomysłów autora więcej niż raz. Korzystając ze swoich znajomości i wpływów, Castle postanawia włączyć się w sprawę, szukając pomysłów na kolejną powieść. Niezmiernie irytując panią detektyw, pomaga jej w rozwikłaniu zagadki. Co więcej, zyskując wsparcie burmistrza staje się stałym towarzyszem Kate Beckett.
Ogląda się dobrze, sprawnie nakręcony, zagadki niezłe, sposób dojścia do rozwiązania przekonujący, plus fajne tytuły odcinków. W rolach głównych Nathan Fillion jako Castle (tak, ten pan z Firefly) i Stana Katic (którą kojarzę z roli pięknej wampirzycy w trzeciej części Bibliotekarza :P).
Bardzo sympatyczny serial, który mnie kupił. Przyciąga obsadą i chemią pomiędzy aktorami. Fillion jest po prostu zajebisty, a jego relacje z córką to sam miód (historia z metrem to aktorska perełka, a przy tym niesamowicie ironiczna scena - ale i piękna, po prostu); pani detektyw ładna (choć bez szału) i z charakterem, a wszelkie postaci drugiego planu daje się lubić. Na minus oczywiście kilka stereotypów, no i fakt, że wiadomo jak się każdy odcinek skończy (mimo bóg wie jak przekombinowanych intryg), a także wielce naciągany fakt poruszania się pisarza w środowisku policyjnym. Ale można na to przymknąć oko w ramach konwencji. No dobrą sprawę póki co działa mi na nerwy niesamowicie jedna tylko rzecz - obecność matki Castle'a. Cholernie irytująca i na dobrą sprawę zbędna postać, na całe szczęście z ograniczonym czasem ekranowym. Cała reszta jest... no, może nie super, ale zdecydowanie fajnie się to ogląda i na raz można łyknąć kilka odcinków pod rząd bez problemu.
Jak kogoś ciekawi, to Castle na tvp2 się pojawił, bodajże w niedzielę grają - na razie 2 pierwsze odcinki poszły. Nie wiem jak lektor radzi sobie z ciętymi dialogami, ale spróbować można.
Azgaroth napisał(a):Castle ma wielu fanów z czego korzysta i dlatego ma taką swobodę :)
Tyle to ja wiem - niemniej kilka sytuacji i tak jest przegiętych.
Cytat:Zgadzam się, sceny z nią są najsłabszym elementem serialu.
Nie powiedziałbym, że najsłabszym - to po prostu cholernie irytująca postać. Na szczęście z biegiem czasu powszednieje i już tak nie razi w drugim sezonie, a nawet można ją polubić :)
hmmm, nie, jednak nie. Fillion super, dialogi super, humor super, ale niestety - intrygi są tak głupie, że to się w pale nie mieści. Rozumiem, że to miała być pożywka dla pisarza kryminałów, ale to wygląda na odrzuty ze wszystkich CSI / Wzorów / NCIS/ Kości itp z ostatnich 5 lat, jako "total bullshit".
Już bez przesady :) Jasne, że niektóre sprawy są przekombinowane, ale serial raczej nie podąża w kierunku "Tak niesamowite, że aż nieprawdopodobne" (może poza odcinkiem podwójnym). No i poza tym ta seria jedzie na bohaterach i relacjach między nimi, a nie na zagadkach :)
Ale fajny serial, po samo czoło zanurzony w 80s. Przecież Castle to spadkobierca MacGyvera, Huntera, Remingtona Steele'a, Magnuma i Sama Becketta (pamiętacie skąd? :) ). I właśnie takie luzackie podejście, unikające wsadzania głowy do własnego tyłka, charakterystycznego dla wszelkich wypocin CSI-podobnych, sprawia że zbliżam się do końca 1 sezonu i chcę więcej. Intrygi może i są głupie, ale liczy się sposób ich zaprezentowania. A ten jest przezabawny. Oglądam z niegasnącym uśmiechem na mordzie. 8/10
Jestem po dwóch sezonach i zaczynam trzeci. Ten serial to fenomen, bo pomimo tego, że jest maksymalnie schematyczny, a większość zagadek kryminalnych nie odbiega poziomem od innych tego typu serial to i tak wciąga niesamowicie. Relacje Castle-Beckett są fenomenalnie rozpisane. Każdy odcinek jest zabawny, lekki i bardzo przyjemnie się ogląda. Jedyne czego żałuję to mało czasu poświęconego najbardziej dramatycznemu wątkowi serialu jakim jest śmierć matki Beckett. Niestety zaczęła mi przeszkadzać Alexis. Jest zbyt idealna, nigdy nie ma większych problemów i nigdy nie kłóci się z ojcem. Dobrze, że jest ładna i mogę jej to wybaczyć :)
Trzeci sezon jest gorszy od drugiego. Dużo odcinków, zwłaszcza pod koniec sezonu, które były mocno przeciętne. Za to na końcówka mocna i dramatyczna. Czwarty sezon zapowiada się świetnie.
A mi się końcowy epizod nie podobał. Przede wszystkim za dużo schematów i przewidywalności plus jakieś ckliwości i patos - rzecz jasna zupełnie zbędny, bo sprawy można było rozwiązać na 150 innych sposobów niż męczeński (a moment w którym Castle zabiera Kate siłą to jakiś epic fail). Niestety wychodzi na wierzch również to, że jak robią odcinek na poważnie, to nie potrafią zrobić go dobrze i odpierdalają jakieś akcje rodem z CSI. Szkoda. Niemniej na sezon 4 czekam, bo i tak jest na co - główny wątek stoi otworem wciąż.
Zbliżam się do końca drugiego sezonu. Bardzo fajna, relaksująca, niezobowiązująca rzecz. Ciężko jakoś ostatnio o serial (czy nawet film), który z powodzeniem łączyłby tematykę kryminalną z komediową, dodatkowo nie będąc wymuszonym i sztucznym. Bardzo to wszystko sprawne, a jak dotąd zazgrzytałem zębami w pierwszym dwuodcinkowcu, gdzie okazało się, że FBI korzysta z kosmicznej technologii (wielkie przeźroczyste 3D panele, które wyprawiają niestworzone cuda i inne gówna), ale to chyba miała być beka z "CSI" wszelakich. Mimo wszystko gryzło się to z dość prawdopodobnymi realiami świata serialu.
Beckett niby zbyt modelkowata, ale nie w taki plastikowy sposób jak te siksy z innych seriali. Ostatecznie da się ją kupić jako policjantkę. Głównie ze względu na fakt, że nie wmawia się widzowi, ani nawet postaciom z serialu, że tak wyglądają wszystkie policjantki.
Nathan Fillion jak zwykle daje ostrego czadu i udowadnia, że w Hollywood siedzą same ślepe, głuche barany bez finezji oraz wyobraźni, bo tylko taka ciemna banda chuja nie potrafi docenić jego talentu i obsadzić go w końcu w jakimś dużym projekcie. Chłopaczyna przez to sam wpada w kompleksy i stwierdza w wywiadach, że mógłby nie udźwignąć wysokobudżetowej ekranizacji "Uncharted" (dodatkowo polecając pipkę-bez-charyzmy-Worthingtona do tej roli, ugh), a przecież na nim Nathan (hello!) Drake jest wzorowany! Absurd, abstrakcja, paradoks, głupota.
W każdym razie, polecam. Z pewnością łatwiej tym projektem jest zapoznać się z Fillionem, niż za pomocą "Firefly", które nie do każdego może trafić.
8/10
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi
15-08-2011, 00:12 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-08-2011, 00:14 przez Hitch.)