Poza tym, film błyszczy na dwóch płaszczyznach: przywiazanie do detali i świetne dialogi pomiędzy Cruisem i Foxem
05-02-2010, 09:52
|
Collateral (2004)
|
|
Odświeżyłem po roku. Cholera, co za film! Świetne zdjęcia, (chyba) rola życia Cruise, doskonał scenariusz i niesamowite realne akcje. Kojoty, wyjazd z dyskoteki i akcja w alei - coś pięknego. Filma ma jeden (ciężki) mankament, który za każdym razem zaniża ocenę:
Poza tym, film błyszczy na dwóch płaszczyznach: przywiazanie do detali i świetne dialogi pomiędzy Cruisem i Foxem
loading podpis...
05-02-2010, 09:52
Ech. Mam straszny problem z filmami pokroju Zakładnika - film jest genialny i mistrzowsko się rozkręca po to, żeby przy ostatnich 20 minutach pójść w schematy... przez co ocena jest mocno zaniżona. Strasznie tego nie lubię, strasznie. Dawno już widziałem tego Manna, ale Collateral ma kilka aspektów, o których po prostu nie sposób zapomnieć - przede wszystkim genialnie ujęty klimat nocnego Los Angeles. Te cyfrowe kamery, których wtedy już próbnie używali robią swoje, to widać, a na ujęcia nimi nakręcone jestem gotów po prostu patrzeć. Mogłoby się na nich nic nie dziać, Mann mógłby pokazywać tylko rozświetlone wieżowce, a i tak byłby to jeden z piękniejszych filmów jakie widziałem w życiu
Jedynym obrazem, którym wizualnie przeskoczył to co tu osiągnął jest Miami Vice.Poza tym bohaterowie, dialogi, ciekawa relacja i dramat jaki zawiązuje się między dwójką z taksówki. Mann jest mistrzem dialogu, daje swoim postaciom oddychać i rozwijać się na ekranie, co jest tak rzadką umiejętnością w dzisiejszym Hollywood (akurat jestem po oglądaniu filmów Gilliama i mimo, że jest to kompletnie odmienna stylistyka, to jak na dłoni widać w nich, że nie pozwala odetchnąć swoim bohaterom ani na sekundę. Mann nie popełnia tego błędu). I ta świetna relacja jest przerywana genialnymi scenami, które same w sobie mogły stać się klasykami jak rozmowa w pubie o Milesie Davisie, wizyta w szpitalu czy strzelanina w dyskotece (jedna z najlepszych strzelanin Manna, lepiej było tylko we Wrogach Publicznych i Gorączce), gdzie Cruise wreszcie pokazuje, jakim jest wymiataczem. ... I te wszystkie zalety gdzieś ulatują w powietrze przy ostatnich 25 minutach filmu, które są po prostu obraźliwie słabe w porównaniu z resztą, żałośnie przewidywalne, a Mann korzysta tam z najtańszych sztuczek z jakich można. Ta końcówka niemile kojarzyła mi się ze slasherami, gdzie dwójka bohaterów ucieka przed Złym Mordercą i tylko dzięki łutowi szczęścia udaje im się go pokonać. Całe napięcie, moralna szarość i niepewność osiągnięta wcześniej zostaje tu porzucona. No i co, mam uwierzyć, że Sorry Michael, nie kupuję tego. Gdyby nie końcówka byłoby 10/10 i quite possibly najlepszy film Manna. Tak jest 8/10. Szkoda. 06-02-2010, 18:52
Screeny i recenzje wydania Blu:
http://www.dvdbeaver.com/film2/DVDReviews34/collateral.htm http://www.blu-ray.com/movies/Collateral-Blu-ray-Screenshots/3979/ 28-03-2010, 11:57
Tak oto odkopuję temat.
Okay. Obudziłem się pewnego ranka z gotową myślą, że to niedorzeczność, iż z filmów Manna widziałem tylko PE i Heat. Trzeba nadrobić zaległości, postanowiłem, i dziś zacząłem, a zacząłem od Zakładnika. Wrażenia po seansie - więcej niż pozytywne. Nie obyło się bez zgrzytów, ale całościowo film mnie, kurde, oczarował. Od plusów zacznę - strona wizualna jest nieziemska. LA nocą jest tak przedstawione, że aż by się chciało tam polecieć, poczekać do wieczora, wsiąść w samochód, puścić i zrobić kilka rundek dookoła miasta. Uwielbiam w tym filmie wszelkie ujęcia ukazane z lotu ptaka. Po drugie, postać Vincenta - świetna rola Cruise'a, ale też i bardzo fajnie wykreowana postać. Niby skurczysyn, który potrafi wziąć za zakładnika przypadkowego taksówkarza, zagrozić mu później że zabije jego matkę, skasować w ciągu nocy kilkanaście osób, a i tak czuje się do niego jakąś sympatię. Kolejno, bezpretensjonalność. Lubię jak w filmach reżyser się nie pieprzy z tym, co pokazuje. Niech za przykład posłuży to, co zrobiono z postacią Fanninga - fajny gość, dobry glina, przez cały film próbuje pomóc, ostatecznie wyprowadza Maxa z klubu, nagle jeb - kilka kulek na klatę i facet nie żyje. Koniec wątku. Dodać jeszcze do tego króciutką scenę, w której Max obciera taksówką samochód obok - nie widzimy go, a i tak wiemy, że jest wstrząśnięty. I ta kapitalna scena, w której Vincent odzyskuje swoją aktówkę - niemal bez zbędnych rozmów posyła na lepszy świat dwóch gości, podnosi teczkę i jeszcze dobija jednego z nich. O, albo klub jazzowy i zabicie Daniela - kurna, już uwierzyłem Vincentowi, że go oszczędzi. Ale nie. Kulka w łeb i zostawiamy denata przy stole. No ja to kupuję. Strzelanina w klubie jest perfekt zrealizowana, wizualnie, dźwiękowo, serwuje parę świetnych ujęć i jest w ogóle cacy - ogląda się ją wyśmienicie, dodać do tego podkład muzyczny (w ogóle muzyka jest miodna) i mi to starczy, żeby się zachwycić. Dobra, teraz przechodząc do tych zgrzytów przeze mnie wspomnianych - postać Maxa trochę za bardzo jedzie na schemacie "od zera do bohatera". Ta nagła metamorfoza u Felixa jest mało wiarygodna, a czasami zachowanie taksówkarza niekiedy po prostu głupie - ok, płatny zabójca gada z moją mamuśką, to wezmę mu ukradnę teczkę i zacznę spierniczać, a jak już mnie złapie (bo wiadomo, że złapie) i wyceluje bronią, to wezmę tę teczkę wyrzucę i rozwalę w cholerę, może się nie pogniewa. Max ratując swoją nową przyjaciółkę pobija też chyba rekordy na długich dystansach, świetnie posługuje się bronią (w sumie się zastanawiam czy strzelając do Vincenta w biurze to trafił, czy chybił) i jest już bardzo odważny podczas ucieczki - tylko na jego miejscu kazałbym zdjąć dziewczynie buty, może by zdołali szybciej pobiec, bo te kilkunastu-centymetrowe szpile chyba nie pomagają w sprincie. Sama końcówka natomiast mi się podobała - skłonny jestem uwierzyć, że Vincent mógł nie trafić (chociaż wolałbym, żeby trafił), a to, jak usiadł by umrzeć, fajnie podkreśla jego porażkę. Nie jest to jednak taki krystaliczny happy end - mnie zostawił raczej w dość ponurym nastroju, ale to pewnie dlatego, że postać Vincenta polubiłem. Summa summarum, kapitalny, a w wielu momentach genialny film, do którego pewnie nieraz wrócę - powoli staję się chyba fanem Manna, każdy jego kolejny film, który oglądam, wprawia mnie w zachwyt ![]() 9/10 ps. scena z kojotami jest obłędna. 27-06-2010, 23:57
Scena z kojotami rozpierdala.
Bodzioo napisał(a):LA nocą jest tak przedstawione, że aż by się chciało tam polecieć, poczekać do wieczora, wsiąść w samochód, puścić i zrobić kilka rundek dookoła miasta.Dokładnie tak, ale mi pasował by bardziej , nie? Bodzioo napisał(a):O, albo klub jazzowy i zabicie Daniela - kurna, już uwierzyłem Vincentowi, że go oszczędzi.Ej, ja tego nigdy do końca nie sczaiłem - czy to w końcu Vincent oszukał w ich zakładzie czy Daniel naprawdę nie znał odpowiedzi i źle powiedział? Pamiętam, że tak mnie to nurtowało, że aż zacząłem szukać odpowiedzi w necie - i w sumie nadal nie wiem, bo zdaje się, że zarówno odpowiedzi Vincenta jak i Daniela były poprawne... Bodzioo napisał(a):a to, jak usiadł by umrzeć, fajnie podkreśla jego porażkę.Ta scena to jedyny moment, w którym końcówka Collateral się broni, poza tym jest to niestety porażka na całej linii, straszna szkoda. 28-06-2010, 03:44 Rodia napisał(a):pasował by bardziej , nie? Prawda! Zapomniałem o tym jak pisałem posta, a piosenka - klasa. Rodia napisał(a):Bodzioo napisał(a):O, albo klub jazzowy i zabicie Daniela - kurna, już uwierzyłem Vincentowi, że go oszczędzi.Ej, ja tego nigdy do końca nie sczaiłem - czy to w końcu Vincent oszukał w ich zakładzie czy Daniel naprawdę nie znał odpowiedzi i źle powiedział? Ja to odebrałem tak, że tak czy siak by go zabił. Priorytetem było dla niego zlikwidować wszystkich, którzy byli na liście Felixa, więc oszczędzenie kogoś tylko dlatego, że znał odpowiedź na jedno pytanie, byłoby trochę nie w jego stylu. 28-06-2010, 11:44
scena u Felixa jest spoko. po pierwsze, Foxx to był rasowy taksówkarz, nawijke mial tylko musial sie chłopak przełamać, co uczynił w krytycznym momencie, gdy przydupasy Felixa sięgały po guny. wreszcie po drugie, boss nie uwierzyl w żadne słowo Foxxa, co widac tuz po rozmowie, kiedy każe wysłać w ślad za nim bandę zabójców. Mann nie wali ściemy. jedyne co mi w tej scenie nie przypasiło, to przydługa gadka Felixa o świętym Mikołaju - z lekka zaleciało tarantinizmem, czyli cool pieprzeniem o niczym.
28-06-2010, 11:59 Bodzioo napisał(a):Ja to odebrałem tak, że tak czy siak by go zabił. Priorytetem było dla niego zlikwidować wszystkich, którzy byli na liście Felixa, więc oszczędzenie kogoś tylko dlatego, że znał odpowiedź na jedno pytanie, byłoby trochę nie w jego stylu. Raczej tak było - niemniej jazzman odpowiedział nie tyle niepoprawnie, co niepełnie.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 28-06-2010, 18:18
To się pewnie bardziej nadaje do topicu o polskich akcentach w kinie, ale nie wiem czy zauważyliście, że po strzelaninie w klubie (którą Mann przypomniał światu, że Cruise to badass) jak Vincent z Maxem odjeżdżają z miejsca zdarzenia taksówką to Vincent mówi, że przyjechało tam chyba wszystko poza polską kawalerią.
Czy mógłby mi ktoś wytłumaczyć czy to jest u nich jakieś powiedzonko, skąd to się wzięło i skąd w LA wiedzą o polskiej kawalerii??????????????????????????????????? 27-09-2010, 01:11
Było.pl, a polska kawaleria jest słynna na całym świecie, bo i taki z nas fajny naród, że często walczymy za innych :>
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 27-09-2010, 01:20 Mental napisał(a):scena u Felixa jest spoko. po pierwsze, Foxx to był rasowy taksówkarz, nawijke mial tylko musial sie chłopak przełamać, co uczynił w krytycznym momencie, gdy przydupasy Felixa sięgały po guny. wreszcie po drugie, boss nie uwierzyl w żadne słowo Foxxa, co widac tuz po rozmowie, kiedy każe wysłać w ślad za nim bandę zabójców. Mann nie wali ściemy. jedyne co mi w tej scenie nie przypasiło, to przydługa gadka Felixa o świętym Mikołaju - z lekka zaleciało tarantinizmem, czyli cool pieprzeniem o niczym. Dla mnie to akurat najgorsza scena filmu. Już slasherowa końcówka mniej mnie irytowała. Dlaczego? Są dwie opcje: 1. Foxx kompletnie nie dał rady w tej scenie. Ten wyraz twarzy przypominający mordę zaszczutego psa i sztucznie eksponowane "niewiedzeniejaksięzachować". Może to dlatego, że aktorstwo Foxxa do mnie nie przemawia w ogóle. 2. Padł kompletnie realizm tej sceny, za co winić powinno się reżysera. Już założenie, że facet wchodzi do jaskini lwa, a na twarzy ma wypisane "trzęsę dupą, bo jestem leszczem" - to nonsens. Każdy facet w wieku maks. dwudziestu paru lat zaczyna czaić, że są sytuacje, w których kamienna twarz jest podstawą, a w głębi ducha można srać w gacie nawet totalną rzadziochą. Jednak do tego momentu można jeszcze to przeboleć - istnieje przecież pewne prawdopodobieństwo, że Foxx odegrał poprawnie gościa, który chciał, ale się początkowo pogubił. Niestety dalej jest jeszcze gorzej, bo sam super-twardziel Felix ni cholery nie widzi, że siedzi przed nim absolutna lebioda. I to już jest moim zdaniem przegięcie, bo - co jak co - ale w tym "zawodzie" umiejętność rozpoznawania kłamcy to sprawa życia i śmierci, na co potwierdzenie dostajemy kilka minut później. Podobnie scena pierwszego spotkania biznesowego w Miami Vice jest według mnie nieporozumieniem. Ot, Michael Mann wyobraża sobie w ten sposób spotkanie twardzieli twardszych niż diament. Na szczęście ani jeden ani drugi film nie ucierpiał w moich oczach z powyższych powodów. EDIT: być może będę musiał odświeżyć filmik i zweryfikować punkt drugi. Przegapiłem co napisałeś Mental o wysłaniu psów za Foxxem. Uciekło z pamięci :oops:
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott
27-09-2010, 10:41
Problem w tym, że jeśli Felix wie, że siedzący przed nim facet to nie Vincent to wysłanie za nim swoich ludzi i tak jest głupotą - skoro jest pewien to powinien go natychmiast zgarnąć i przesłuchać, a nie puszczać wolno i narażać się na wykrycie. Więc realizm tej sceny tak czy siak jest zwalony. Zresztą sam fakt, że Vincent wpada na tak idiotyczny pomysł, żeby kompletnego żółtodzioba podstawić zamiast siebie totalnie kłóci się z profilem zawodowca w swoim fachu.
Zastanawia mnie też inna rzecz - policjanci, którzy z kamer obserwują wchodzącego do klubu Maxa słyszą jak mówi, że chce się spotkać z Felixem. To czemu po jego wyjściu wszyscy jadą za nim zamiast po prostu pójść do Felixa i wydusić z niego o co chodzi? Przecież to policja, musiałby ustąpić. 27-09-2010, 16:35 Rodia napisał(a):Problem w tym, że jeśli Felix wie, że siedzący przed nim facet to nie Vincent to wysłanie za nim swoich ludzi i tak jest głupotą - skoro jest pewien to powinien go natychmiast zgarnąć i przesłuchać, a nie puszczać wolno i narażać się na wykrycie. Sęk w tym, że Felix nie jest tego pewien. Z drugiej strony Vincent cieszy się u nich dużą (jak mniemam) reputacją, a i ma zadanie do wykonania, więc zgarnianie go od razu jest z deka bez sensu. Dlatego na wszelki wypadek wysłał za nim ludzi. Proste. I logiczne. Cytat:To czemu po jego wyjściu wszyscy jadą za nim zamiast po prostu pójść do Felixa i wydusić z niego o co chodzi? Przecież to policja, musiałby ustąpić. Może dlatego, że policja ot tak nie może sobie wejść do jego klubu i zacząć od niego cokolwiek wyduszać
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 27-09-2010, 18:22
To jeden z 4 najlepszych filmów Manna jak dla mnie (pozostałe to Last Mohican, Manhunter, Heat) i jedyny, w którym Cruise mnie poruszył jako aktor. Nawet jeśli nie jest lepszy od Heat, to stoi w nim w jednym rzędzie. Dodałbym tam jedną scenę. W scenie, gdy Max opuszcza bazę pokazać dopijającego kawę Travisa Bickle...
![]() Nie rozumiem czemu na soundtracku nie umieścili kawałka Steel Cello Lament, wykorzystanego w scenie w jazzklubie, który pochodzi z Heat. 28-01-2011, 12:57
Mówiąc krótko to film w ogólnym rozrachunku na 8, a szkoda, bo gdyby nie ostatnia 1/3 mogło być nawet lepiej. Końcówka wyraźnie szwankuje, bo poza pośmiertnym monologiem Cruise'a w metrze, zbudowano ją na niesamowicie wręcz naiwnym zbiegu okoliczności pełnym utartych klisz kina sensacyjnego z USA.
28-01-2011, 16:09 Anielski_Pyl napisał(a):zbudowano ją na niesamowicie wręcz naiwnym zbiegu okoliczności pełnym utartych klisz kina sensacyjnego z USA.Czy możesz rozwinąć tę myśl? W tym filmie jedynym zbiegiem okoliczności jest to, że ranny Vince nie trafia w amatora w metrze - ale i nawet końcówka ma jakieś tam uzasadnienie...
loading podpis...
28-01-2011, 16:54
ogółem Collateral to jeden z ładniejszych, a zaraz jeden z gorszych fabularnie filmów Manna. Szkoda.
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - - stanę na szczycie. Grastroskopia - Bortal dobrze wpływa na trawienie gier 28-01-2011, 17:05 |
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 1 gości |