Winden - mała, niemiecka mieścina z elektrownią atomową pod nosem. Największym marzeniem młodych mieszkańców jest "wyrwać się z tej dziury". Jeden z młodzików zresztą właśnie wyparował, a ślady prowadzą do pobliskiej jaskini. Pojawiają się jednak teorie, które łączą to wydarzenie z innym, mającym miejsce dokładnie 33 lata temu. Już wkrótce podobnych zbiegów okoliczności będzie znacznie więcej, a mieszkańcy odkrywając mroczną tajemnicę odsłonią także własne sekrety.
Wystarczy odpalić trailer by skojarzenia ze Stranger Things waliły po gałach. Trudno uciec od myśli, że oto Niemcy postanowili nakręcić amerykański hit po swojemu. Mamy małe miasto, niedostępną organizację (tu elektrownia), zniknięcie, tajemnicę o ewidentnie nadprzyrodzonej (lub coś koło tego) naleciałości, a nawet... klimat lat osiemdziesiątych, choć to akurat przemycono w zupełnie inny sposób. I nie ukrywam, że skojarzenie z ST jest na początku największym problemem tego serialu. Dark szybko jednak zaczyna się bronić jako samodzielny byt, a gęstym klimatem hipnotyzuje i zniewala. Niemcy w tańcu się nie pierdzielą i nawet pospolite sceny dialogów są ciężkie jak berlińskie techno. Nie ma czasu na przerywniki rozładowujące napięcie i komediowe odpały. Tempo jest jednostajne i trudno wybrać moment by odejść od telewizora nawet na 20 sekund.
Fabularnie - mimo ewidentnych inspiracji i zapożyczeń od jankesów - jest dobrze. Każda postać dźwiga bagaż doświadczeń, który ma wpływ na własne postępowanie, ale i na otoczenie. Choć główna oś scenariusza jest wyraźnie zarysowana to bohaterów wraz z ich demonami i sumieniem czuć z ekranu na kilometr. Duża w tym zasługa aktorów, którzy - z dosłownie jednym wyjątkiem w postaci starca z domu opieki - mają wiele do zaoferowania. Kłopot może niektórym sprawiać język niemiecki, ale to już kwestia uprzedzeń lub gustu.
W kwestiach technicznych też jest dobrze. Częste długie i powolne ujęcia świetnie oddają nastrój zmęczenia panującą w Winden sytuacją. A wszystko to jest bardzo fajnie zmontowane, choć i tutaj widać zagrywki, które w amerykańskich serialach są już od dawna normą, jak np. końcówki odcinków z chwytliwym kawałkiem muzycznym i przeskakiwaniem po scenach łączących się w logiczną całość. No właśnie - muzyka. Trzyma klimat zgodny z resztą, ale w głowie nie zostaje, bo głównie opiera się na psychodelicznych dźwiękach mniej lub bardziej przypominającymi melodię.
Dark to przede wszystkim pozytywne zaskoczenie i 10 odcinków wartych obejrzenia. Nie ma się jednak co łudzić, że Niemcy odkryli seriale na nowo. Dla wyjadaczy znających tytuły Netfliksa czy HBO ostatnich lat będzie tu aż nadto zapożyczeń stylistycznych od kolegów zza oceanu. Dla fanów wszelkich ekranowych dziwactw jest to natomiast produkcja obowiązkowa. Stranger Things, Dirk Gently i klimat Ozark w jednym.
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott
04-12-2017, 12:46 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-12-2017, 13:02 przez Indroman.)
Jedna istotna kwestia - ze zwiastuna wylewa się zdecydowanie mroczniejszy klimat całości, bardziej thriller. Czy serial faktycznie jest w tym tonie, czy to jednak lajcikowe klimaty jak w Stranger Things?
"Wake the fuck up, Samurai. We have a city to burn."
Serialowi na pewno bliżej do posępnej powagi niż do smieszkowania i lajtu ST. Dlatego jest między innymi wiele negatywnych recenzji z USA, które opierają się tylko i wyłącznie na schemacie "a dzieciaki w ST sympatyczniejsze!" i tak dalej. Mocno na wyrost było od początku to porównanie moim zdaniem.
Tak jak pisałem - klimat ciężki, a błazeńskich scenek nie uświadczymy. Po ekranie nie biegają żadne "słodziaki" i nie robią uroczych dziubków. Porównuję do Stranger Things ze względu na wpakowanie masy takich samych lub bardzo podobnych elementów wyjściowych. A że przygotowano z tego danie o zupełnie innym smaku to już tylko pozostaje chwalić sąsiadów, bo ten serial zwyczajnie kopie tyłek.
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott
04-12-2017, 18:48 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-12-2017, 18:53 przez Indroman.)
Też widziałem ostatnio - bardzo zmyślny serial. Najbardziej przyczepiłbym się chyba do nieco topornej reżyserii - tzn. często wydawało mi się, że cały klimat jest jak z podręcznika "Jak zrobić mhhhhroczny serial". ;)
Muzyka dudni w byle jakich sytuacjach (bywa strasznie dosłowna), każda postać przygnieciona jest jakimiś antycznymi dramatami, zero dowcipu/rozluźnienia, obowiązkowa piosenka na koniec odcinka, a reżyser zdecydowanie zbyt często za bardzo "pompuje" ciężar poszczególnych scen wrzucając jakieś quasi artystyczne ujęcia z obowiązkową buczącą muzyką dla podkreślenia nastroju. Na minus też kilka skrótów i potknięć fabularnych - choć może w następnym sezonie się rozjaśnią.
Dobrze się to ogląda, ale jakoś brakowało mi nieco takiej reżyserskiej lekkości, biegłości.
Aha, i ten utworek - świetny :)
04-12-2017, 20:59 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-12-2017, 21:10 przez Maćko.)
Co do topornej reżyserii - chyba za bardzo się przyzwyczaiłem do maniery współczesnego kina grozy, bo już nawet na to nie zwracam uwagi. Niestety tak się dziś kręci horrory. Zresztą nie jest z tym aż tak źle, a soundtrack nawet mi się podoba.
Po dwóch odcinkach - bardzo fajne. Intrygujące, dobrze zagrane, ale klimat tak przytłaczająco depresyjny, że aż muszę zrobić sobie przerwę do jutra. Co w sumie liczę jako pozytyw, ale nie jest to serial do binge-watching.
Aha, uczepiło się mnie:
05-12-2017, 01:10 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-12-2017, 01:12 przez Paszczak.)
Serial jest ładnie nakręcony, klimatyczne zdjęcia mogą zachwycać, muzyka intryguje i podbija atmosferę, a aktorzy grają dobrze. I naprawdę ogląda się to z zaciekawieniem i przyjemnością przez dziewięć odcinków. Ale finał mnie zawiódł i uświadomił problemy historii.
Ogólnie chodzi o podróże w czasie. W jakiejś niemieckiej mieścinie mieszają się trzy punkty w czasie i okazuje się, że np. dzieciak, który zaginął w 2019 roku jest ojcem swojego starszego kolegi. Cała opowieść to ujawnianie kolejnych zależności między przyszłością a przeszłością (raczej w tej kolejności) i puentą okazuje się stwierdzenie, że bohaterowie nie mają wpływu na nic. Kiedy chcą coś zmienić w przeszłości, żeby odmienić przyszłość, to faktycznie stają się sprawcami tego, do czego nie chcieli dopuścić. I niestety ten motyw przewodni za bardzo rzutuje na bohaterów. Ich losy nierzadko są interesujące, ale uświadomiłem sobie, że mało kto bierze sprawę w swoje ręce. W kinie i literaturze chodzi o to, że bohater jest aktywny, próbuje coś zmienić, ewoluuje. Ma wpływ na coś. W "Dark" postaci dryfują niesione wiatrem przeznaczenia. Jeżeli coś robią, to dlatego, że ktoś nimi pokierował, wskazał drogę i powiedział, że tak trzeba. No, jest jeszcze Ulrich, ojciec szukający syna - chyba jako jedyny próbuje coś zrobić i sam dochodzi do wniosków, ale tak naprawdę jedynie rozpoczyna ciąg zdarzeń prowadzący do utraty syna. Bohaterowie w "Dark" albo robią rzeczy, które ktoś im pokazał. Albo robią rzeczy, których nie rozumiemy i nie znamy motywacji. Albo robią rzeczy, które niczego nie zmieniają, tylko sprowadzają wydarzenia do punktu wyjścia. Ma to oparcie w fabule, ale niszczy dramatyzm historii i pozbawia finał jakiejkolwiek satysfakcji z powodzenia bohaterów.
Poza tym dawno nie widziałem tylu zasygnalizowanych i urwanych wątków. Transwestyta pojawiający się w finale, jak gdyby miał mieć jakieś znaczenie. Kim był w sumie Noah i skąd się wziął? To pewnie Bartosz, ale nic mi się kupy nie trzyma. Ślady po papierosach na ręce dzieciaka. Hannah z pistoletem. Babcia, która wie wszystko. Zbyt wiele zostawiono tutaj bez wyjaśnienia i zostaliśmy z chamskim cliffhangerem. Nie było katharsis ani nawet żadnego specjalnego punktu kulminacyjnego.
"Dark" to ładna łamigłówka, ale trochę bezsensowna.
zgadzam się z patyczakiem.
to jest fajne jako łamigłówka właśnie. fałduje ci się mózg kiedy kombinujesz kto co, dlaczego i kiedy
tylko że prócz tej łamigłówki nie ma nic. ani zaangażowania w historię, ani satysfakcji z tego że czegoś się w końcu dowiedzieliśmy.
całość bardzo przypomina mi
film "primer", który - okrzyknięty odkryciem kina offowego - kompletnie po mnie spłynął.
gdybym chciał rozwiązywać szarady, kupiłbym sobie gazetę z krzyżówkami, a nie włączał film
btw. tak chwalona ścieżka dźwiękowa jest dla mnie nadzwyczaj irytująca. te ciężkie, niskie dźwięki nachalnie podbijają napięcie w każdej sytuacji. nawet wtedy gdy na ekranie nie dzieje się nic ważnego
tak że o.
22-12-2017, 12:28 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22-12-2017, 12:29 przez f.lamer.)
Niemiecka przeróbka Stranger Things z podróżami w czasie od Netflixa? A jednak mi się podobało. Łamigłówki... nie wiem czy się trzymały kupy, bo nie zwracałem na to zbyt dużej uwagi. Przyjmuję na wiarę, że jakoś tam się to wszystko zazębia, a sam podszedłem do tego bardziej na zasadzie zabawy klimatem. Podoba mi się bardziej ponury ton opowieści, a nawet te nachalne wstawki muzyczne - lubię tanie efekciarstwo :). Co my tam jeszcze mamy: motyw walki dobra ze złem, tajemniczego księdza, podróżników w czasie i na dokładkę ten ostatni odcinek... Ja bym nawet poszedł na to, żeby zrobili z tego postapo :)
Dobre to. Klimat (ciągle leje, ciemno i ponuro), dobra muzyka, bardzo dobre udźwiękowienie, język Goethego pasuje jak ulał tutaj (miła odmiana od jankeskiego), dobra gra aktorów.
Nie ma śmieszkowania, są nawet brutalizmy.
Intryga dość ciekawa ale chyba trzeba obejrzeć ze dwa razy by wszystko wyłapać - można się pogubić w tych kilkunastu podobnych wizualnie do siebie postaciach, na dodatek mamy jeszcze trzy linie czasowe.
Oglądałem ten serial głównie dla Antje Traue, która w ostateczności otrzymała jakieś 7 minut czasu ekranowego... :/ Ale mimo to serial mi się podobał. Zwłaszcza, że niemieckim serialom często zarzuca się szablonowość i brak wyrazu.
Tutaj klimat jest i ciekawie się to ogląda. Zakończenie, no bo ja wiem? :/
Ale ogólnie dobra rzecz i porównania ze stranger things można sobie darować.
Wreszcie udało się przysiąść i nadrobić całość.
Trzeba oddać Niemcom, że wyprodukowali naprawdę solidny serial. Częściowo mogę się zgodzić, że czuć trochę "podręcznik generycznych motywów", ale jest to podane w tak klimatycznej i wciągającej formie, że przymknąłem na to oko i dałem się wciągnąć perypetiom mieszkańców Winden. Zdecydowanie bliżej temu serialowi do Twin Peaks niż do Stranger Things, odejmując oczywiście jakiekolwiek humorystyczne motywy - jest deszczowo, depresyjnie, a po każdym odcinku przerwa na fajkę/drinka obowiązkowa.
Mój główny zarzut to w zasadzie oś całej historii tj.
podróże w czasie - temat na którym zawsze łatwo się ślizgać bo paradoksy, pętle, logika (dość płynna, co fabuła zresztą sama punktuje). Zdecydowanie bardziej podeszłaby mi całość, gdyby to była bardziej wydumana historyjka o seryjnych mordercach etc. Jak dla mnie to całe pierdololo z czasem to minus, mimo że podane ładnie.
Drugi minus - wolałbym to jednak jako zamkniętą historię. Niby jest, bo pętla zatoczyła cykl, ale wiadomo, że historia aż woła o dokończenie urwanych wątków.
Za to postaci przemyślane i zagrane naprawdę spoko, bo nie ma żadnej jednoznacznie pozytywnej i każda ma swoje za uszami. Ot, jak w życiu ;)
Kolejny sezon obowiązkowy :)
"Wake the fuck up, Samurai. We have a city to burn."
Chyba najlepszy serial od Netflixa. Od dawna czekałem na jakąś dobrze zrealizowaną produkcję, której motywem przewodnim byłaby pętla czasowa, paradoks predestynacji, przeznaczenie etc. No i się doczekałem :) To co patyczakowi w serialu się nie do końca podoba, dla mnie stanowi chyba największą zaletę ;)
niepotrzebnie tak przeciągnięto długo, bo to było akurat oczywiste od co najmniej pięciu odcinków wstecz.
A pod względem twistów, kto jest kim, to chyba czegoś takiego nie widziałem od czasów "Terminatora" :D
No i oczywiście soundtrack - jest rewelacyjny.
O dziwo chyba nikt tu nie wspomniał o castingu. Jestem pod wrażeniem jak świetnie podobierali aktorów do scen np. z '86. Naprawde większość młodszych wersji wygląda baaaardzo podobnie do swoich starszych odpowiedników (np Ulrich).
9/10 i czekam na drugi sezon.
"Y es que eso es y, creo, será siempre el cine: una manera maravillosa de soñar" J. Potau
Obejrzałem pierwszy sezon i mam dość mieszane uczucia. Ale zacznę od plusów:
+ świetna realizacja z dobrymi zdjęciami i kadrami opartymi na symetrii obrazu
+ bardzo dobra, gęsta, kryminalno-obyczajowa atmosfera pierwszych 5-6 odcinków. "Premise" tej opowieści był świetny, ale potem .. (patrz niżej)
+ obsada, zarówno na starsza jak i młodsza. Poza dziadkiem z wariatkowa, który gra standardowo.
+ sympatycznie się to ogląda. Może nie jednym ciurkiem, ale sezon wszedł w 3 dni.
+ w przeciwieństwie do Stranger Things jest tutaj coś takiego jak cycki, fucki, krew, przemoc, papierosy.
+ w przeciwieństwie do Stranger Things dzieciarnia nie jest "sztucznie wystylizowana" na swoją epokę, a zachowuje się naturalnie.
+ Ulrich - chyba najbardziej złożona i dramatyczna (w pozytywnym znaczeniu) postać w tym serialu.
No i teraz wjeżdżają minusy:
- ostatnie 3 epki napisał chyba Damon Lindelof, bo ilość bzdur oraz zerwanych wątków z kosmosu tam zawartych przypomina jego "najlepsze" dzieła
- kompletnie niewykorzystany motyw elektrowni, jestem potwornie na to wkur...y. Reżyser i scenarzyści wodzą widza przez 9 odcinków za nos, a potem sprzedają jako "no w sumie mamy to w d... bo chodziło o to.".
- jako, że całość i tak dotyczy
podróży w czasie między 1953, 1986 i 2019 rokiem w Winden
to liczyłem jednak na ciekawsze, bardziej mroczne i bezkompromisowe podejście, a dostałem przegadane dialogi księdza (KTO TO?) i starca w sklepie z zegarkami oraz zestaw zdartych schematów,
- bezlitosna dla uszu muzyka. Walenie ambientem w każdej scenie, nawet gdy nic się nie dzieje to sztuczne podbijanie zainteresowania, a nie budowanie atmosfery.
Jutro biorę się za sezon 2, bo jednak jest w tym coś rozrywkowego a i wykon serialu stoi na wysokim poziomie.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.