Zakładam po sugestiach niektórych forumowiczów.
Mówiąc szczerze, wahałem się, bo w sumie animacja to jednak medium, a nie gatunek i po co rozdrabniać. No i dobija ta świadomość, że mógł być założony co najmniej 10 lat temu. Ewentualnie można przejrzeć całą krótką piłkę i przenieść do tematu. Ale po posłuchaniu się sugestii, to nie jest taki głupi pomysł.
No i więc zacznę dwiema pozycjami, które teraz obejrzałem.
Koty nie tańczą - jak wcześniej mówiłem, robię prelekcję o podróbach Disneya na Śląskie Dni Fantastyki, więc oglądam/powtarzam, by wiedzieć o czym gadać. I korzystając z tego, że część z nich ma polski dubbing i teraz przyjechała siostra z jej rodziną na święta, to zamierzam wykorzystać siostrzeńca do wspólnych seansów (bo wtedy nie muszę, jak to ja, przerywać seansu jakimiś zabijaczami czasu). I na pierwszy ogień poszedł film, który ja i jego matka widzieliśmy w dzieciństwie (dokładnie na wypożyczonym VHSie z dubbingiem).
Co pierwsze uderza, to jak energiczny jest ten film. Co chwila się coś rusza, piosenka jedna za drugą, dość szybkie dialogi. Więc tempo odpowie obecnym dzieciakom. W każdym razie mój siostrzeniec powiedział, że fajny film. I kiwał głową w rytm pierwszej piosenki - ja tak samo, bo piosenki i oprawa muzyczna są naprawdę dobre. Ja z kolei już jako starszy pan dostrzegłem wiele odniesień i smaczków związanych ze Złotą Erą Hollywood. I z zaskoczeniem odkryłem, że pracował tu Gene Kelly.
W sumie korzysta z formuł Disneya, ale w ten dobry sposób i dając też od siebie. Chociażby styl graficzny przywodzący na myśl karykatury z lat 40. Fabuła może odgrzewana i to kolejna alegoria nt. segregacji rasowej, ale podana w bardzo dobrym sosie. Danny trochę jest cymbałem i naiwniakiem, a w zasadzie to jedyny poważniejszy minus, a i tak wypada znośnie,d. Dzieciak to postać, a nie jakiś avatar dla utożsamiania się z dzieckiem (i też nie krzyczy "Ajm kjut!") . Darla Dimple to jeden z najlepszych animowanych nie-disneyowskich złoczyńców. Głównie przez swą nietypowość - to po prostu słodka różowiutka dziewczynka (będąca jednocześnie diabłem wcielonym). Dzięki temu kontrastowi wyróżnia się wśród czarnych charakterów, a także była fajną satyrą na dziecięcych celebrytów, którym się w tyłkach przewraca. No i to całkiem komiczna postać. Zabawny był też jej pięciometrowy zakapior.
Oprócz muzyki także animacja okazała się znakomita - zwłaszcza, kreatywna czołówka. I te kolory! Zwłaszcza, że jak czytałem na TV Tropes film miał niski budżet, więc tym bardziej oklaski i wielka szkoda, że Turner po nim nie zrobił więcej animowanych pełnometrażówek. No i Warner skrzywdził film na rzecz Magicznego miecza i celowo zawalił promocję prowadząc do flopa (Dziwi mnie to? Niestety nie).
A jak dubbing? Oczywiście, że dobra obsada. Normalnie jestem za tym, żeby dzieci dubbingowały dzieci i w oryginale Darlę dubbinguje mała dziewczynka, ale tu przymknę oczy, ponieważ Beata Wyrąbkiewicz okazała się idealna plus znakomicie emuluje dziecięcy głos (lata grania Margolci się opłaciły). Z kolei momentami miałem problem ze zrozumieniem wokali czy czasem dialogów, choć nie wiem czy to kwestia dźwięku/kopii wziętej pewnie z VHSów (bo na cda wersja jest jakości z BDripa, ale w Polsce taki nie pojawił się).
9/10
Strach na Wróble (2000) - tym razem bez siostrzeńca, bo nie ma dubbingu czy lektora (a nie wiem czy jest wersja z niemieckim dubem). Za młodu widziałem tylko VHSa w koszu w realu, sądząc że to prequel ozowego Stracha (bo w TV widziałem takowy o Tchórzliwym Lwu). A potem dowiedziałem, że to na podst. jakiegoś opowiadania, i że robił to Richard Rich, ten od Księżniczki łabędzi. I dopiero teraz mam okazję w ramach przygotowań do ŚDF. przede wszystkim w szoku jestem, jak zajebiście wyszła animacja. Mówimy tu o filmie na rynek domowy, a wiadomo jak one wyglądały. Także 2D-sequele Księżniczki łabędzi, też kręcone przez Richa, miały słabszą jakość. A w Strachu… mam płynne ruchy postaci, kolorowe obrysy postaci, stosowanie rotoscopingu, dbanie o szczegóły jak odbicie w wypolerowanej podłodze. Strach na wróble chociażby ma jedną rękę normalną, a druga to plątanina patyków. Nie zdziwiłbym się, gdyby miało pójść jako kinówka. ale plany przeszkodziła klapa animowanego Król i ja.
Można jeszcze przymknąć oko na fakt, że bohaterowie tańczą układy, które zostaną wymyślone w XX wieku, tak nowoczesna muzyka gryząca się z czasami kolonialnej Ameryki. Strach bardziej zachowuje jak nastolatek z lat 90. i generalnie jest dietetycznym Aladynem z Disneya. I choć ma odpowiednik latającego dywana, to zamiast Abu jego zwierzęcym sidekickiem jest Iago, czyli zrzędliwa mysz grana przez Coreya Feldmana (BTW sądziłem, że gra go ktoś starszy). W sumie jakbym miałbym porównać, jak Księżniczka łabędzi była fabularnym rip-offem Śpiącej królewny, tak Strach na wróble to rip-off Aladyna.
Wróżka potrafi być zabawna i jednocześnie irytująca. Co innego złole – główny zły zachowujący się jak męska wersja Darli Dimple z w/w Koty nie tańczą (a gość jest w wieku mojej starszej siostry) i z wkurzającym głosem. Oraz Janusz Biznesu, u którego pracuje love interest, który ma jakiś nierozpoznany rak żołądka, bo bebzon ma jak dynia i żyjący własnym życiem. Ale pochwalę, że Janusz jest inteligentny, bo od razu łączy fakty, że Feathertop to magiczny strach na wróble. Plus fabuła nie jest jakaś fatalna i nieźle się to ogląda, a jest tam jakaś chemia między głównymi bohaterami. I trzeci akt dość poprowadzony po łebkach, ale przyznaję, że fejkowa śmierć jeszcze ma jakieś uzasadnienie, bo postać miała przesłanki, by zginąć.
Przeciętniaczek, ale zjadliwy.
6/10
Mówiąc szczerze, wahałem się, bo w sumie animacja to jednak medium, a nie gatunek i po co rozdrabniać. No i dobija ta świadomość, że mógł być założony co najmniej 10 lat temu. Ewentualnie można przejrzeć całą krótką piłkę i przenieść do tematu. Ale po posłuchaniu się sugestii, to nie jest taki głupi pomysł.
No i więc zacznę dwiema pozycjami, które teraz obejrzałem.
Koty nie tańczą - jak wcześniej mówiłem, robię prelekcję o podróbach Disneya na Śląskie Dni Fantastyki, więc oglądam/powtarzam, by wiedzieć o czym gadać. I korzystając z tego, że część z nich ma polski dubbing i teraz przyjechała siostra z jej rodziną na święta, to zamierzam wykorzystać siostrzeńca do wspólnych seansów (bo wtedy nie muszę, jak to ja, przerywać seansu jakimiś zabijaczami czasu). I na pierwszy ogień poszedł film, który ja i jego matka widzieliśmy w dzieciństwie (dokładnie na wypożyczonym VHSie z dubbingiem).
Co pierwsze uderza, to jak energiczny jest ten film. Co chwila się coś rusza, piosenka jedna za drugą, dość szybkie dialogi. Więc tempo odpowie obecnym dzieciakom. W każdym razie mój siostrzeniec powiedział, że fajny film. I kiwał głową w rytm pierwszej piosenki - ja tak samo, bo piosenki i oprawa muzyczna są naprawdę dobre. Ja z kolei już jako starszy pan dostrzegłem wiele odniesień i smaczków związanych ze Złotą Erą Hollywood. I z zaskoczeniem odkryłem, że pracował tu Gene Kelly.
W sumie korzysta z formuł Disneya, ale w ten dobry sposób i dając też od siebie. Chociażby styl graficzny przywodzący na myśl karykatury z lat 40. Fabuła może odgrzewana i to kolejna alegoria nt. segregacji rasowej, ale podana w bardzo dobrym sosie. Danny trochę jest cymbałem i naiwniakiem, a w zasadzie to jedyny poważniejszy minus, a i tak wypada znośnie,d. Dzieciak to postać, a nie jakiś avatar dla utożsamiania się z dzieckiem (i też nie krzyczy "Ajm kjut!") . Darla Dimple to jeden z najlepszych animowanych nie-disneyowskich złoczyńców. Głównie przez swą nietypowość - to po prostu słodka różowiutka dziewczynka (będąca jednocześnie diabłem wcielonym). Dzięki temu kontrastowi wyróżnia się wśród czarnych charakterów, a także była fajną satyrą na dziecięcych celebrytów, którym się w tyłkach przewraca. No i to całkiem komiczna postać. Zabawny był też jej pięciometrowy zakapior.
Oprócz muzyki także animacja okazała się znakomita - zwłaszcza, kreatywna czołówka. I te kolory! Zwłaszcza, że jak czytałem na TV Tropes film miał niski budżet, więc tym bardziej oklaski i wielka szkoda, że Turner po nim nie zrobił więcej animowanych pełnometrażówek. No i Warner skrzywdził film na rzecz Magicznego miecza i celowo zawalił promocję prowadząc do flopa (Dziwi mnie to? Niestety nie).
A jak dubbing? Oczywiście, że dobra obsada. Normalnie jestem za tym, żeby dzieci dubbingowały dzieci i w oryginale Darlę dubbinguje mała dziewczynka, ale tu przymknę oczy, ponieważ Beata Wyrąbkiewicz okazała się idealna plus znakomicie emuluje dziecięcy głos (lata grania Margolci się opłaciły). Z kolei momentami miałem problem ze zrozumieniem wokali czy czasem dialogów, choć nie wiem czy to kwestia dźwięku/kopii wziętej pewnie z VHSów (bo na cda wersja jest jakości z BDripa, ale w Polsce taki nie pojawił się).
9/10
Strach na Wróble (2000) - tym razem bez siostrzeńca, bo nie ma dubbingu czy lektora (a nie wiem czy jest wersja z niemieckim dubem). Za młodu widziałem tylko VHSa w koszu w realu, sądząc że to prequel ozowego Stracha (bo w TV widziałem takowy o Tchórzliwym Lwu). A potem dowiedziałem, że to na podst. jakiegoś opowiadania, i że robił to Richard Rich, ten od Księżniczki łabędzi. I dopiero teraz mam okazję w ramach przygotowań do ŚDF. przede wszystkim w szoku jestem, jak zajebiście wyszła animacja. Mówimy tu o filmie na rynek domowy, a wiadomo jak one wyglądały. Także 2D-sequele Księżniczki łabędzi, też kręcone przez Richa, miały słabszą jakość. A w Strachu… mam płynne ruchy postaci, kolorowe obrysy postaci, stosowanie rotoscopingu, dbanie o szczegóły jak odbicie w wypolerowanej podłodze. Strach na wróble chociażby ma jedną rękę normalną, a druga to plątanina patyków. Nie zdziwiłbym się, gdyby miało pójść jako kinówka. ale plany przeszkodziła klapa animowanego Król i ja.
Można jeszcze przymknąć oko na fakt, że bohaterowie tańczą układy, które zostaną wymyślone w XX wieku, tak nowoczesna muzyka gryząca się z czasami kolonialnej Ameryki. Strach bardziej zachowuje jak nastolatek z lat 90. i generalnie jest dietetycznym Aladynem z Disneya. I choć ma odpowiednik latającego dywana, to zamiast Abu jego zwierzęcym sidekickiem jest Iago, czyli zrzędliwa mysz grana przez Coreya Feldmana (BTW sądziłem, że gra go ktoś starszy). W sumie jakbym miałbym porównać, jak Księżniczka łabędzi była fabularnym rip-offem Śpiącej królewny, tak Strach na wróble to rip-off Aladyna.
Wróżka potrafi być zabawna i jednocześnie irytująca. Co innego złole – główny zły zachowujący się jak męska wersja Darli Dimple z w/w Koty nie tańczą (a gość jest w wieku mojej starszej siostry) i z wkurzającym głosem. Oraz Janusz Biznesu, u którego pracuje love interest, który ma jakiś nierozpoznany rak żołądka, bo bebzon ma jak dynia i żyjący własnym życiem. Ale pochwalę, że Janusz jest inteligentny, bo od razu łączy fakty, że Feathertop to magiczny strach na wróble. Plus fabuła nie jest jakaś fatalna i nieźle się to ogląda, a jest tam jakaś chemia między głównymi bohaterami. I trzeci akt dość poprowadzony po łebkach, ale przyznaję, że fejkowa śmierć jeszcze ma jakieś uzasadnienie, bo postać miała przesłanki, by zginąć.
Przeciętniaczek, ale zjadliwy.
6/10
06-04-2026, 16:59 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-04-2026, 17:00 przez OGPUEE.)
![[Obrazek: 57904c299f543dcb0669c492385e3aa8.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/57/90/4c/57904c299f543dcb0669c492385e3aa8.jpg)





