(23-03-2014, 19:21)Bogdan napisał(a): Z muzyki to cudne jest też "Girls" zespołu Death in Vegas...
Właśnie słucham soundtracku i jestem przy tym kawałku. Też dobry. Słuchając byłem pewien, że to jeden z kawałków Shieldsa, bo brzmi niemal identycznie, jak właśnie City Girl. Ogólnie spoko zestaw.
Albo mam wyjątkowy sentyment do tego filmu, połączenia obrazu z muzyką albo to jest naprawdę mega dobre.
O! Phoenix za to słabo pasuje. Nie pamiętam kiedy kawałek pojawia się w filmie, ale w ogóle nie kojarzy mi się z filmem.
8/10. Oglądałem lata temu i już mniej go pamiętam. Świetny Murray, bardzo sympatyczny, nienachalny humor i bardziej "sundance'owy" klimat niż w filmach które ostatnimi laty robią furorę na tym festiwalu. Chyba nie muszę dodawać, że zakończenie jest po prostu piękne.
Dobra, jak już mówimy o soundtracku, to też lubię, głównie ze względu na scenę, w której był użyty. Scarlett, na boso, siedząca na parapecie, wpatrzona w panoramę Tokio... Magia, panie, magia. To jest zresztą moje zdjęcie w tle na fejsie:
Aż nabieram ochoty na powtórkę tego filmu jeszcze dziś.
Eh, ok. Nie chcę mi się kopiować mojego postu z krótkiej piłki, więc: cudowny film, który mocny daje po uczuciach, a specyficzna atmosfera sprawia, że całość się chłonie jak ciepły, ambientowy utwór. Idealny do kisielu i kocyka. Świetne zdjęcia. Ja się nie pierdzielę i daję 10/10. :P
No i powtórzyłem, i jednak podwyższam ocenę do pełnej dychy, bo pomimo tego, że to już któryś raz jak widziałem ten film, to zachwyca mnie wciąż tak samo i nie nuży w żadnym stopniu - nawet sceny spacerów Scarlett. W ogóle chyba nie ma jednego, pojedynczego słowa, którym można by określić atmosferę tego filmu. Powtórzę się, że absolutnie uwielbiam główny duet, zarówno postacie, jak i aktorów, a ich relacja to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie widziałem w filmach w ogóle. Przy okazji bardzo prawdziwa, bo przecież zdarza się tak, że spotykamy osobę, o której czujemy, jakbyśmy się znali przez całe życie, a dodać do tego okoliczności, w których się poznali, to w ogóle zero w tym fałszu. Poza tym trzeba po prostu zwrócić uwagę na cudne zdjęcia (nocne Tokio!) i fantastycznie zgranie muzyki z obrazem. Końcówka działa niezmiennie tak samo - potężna gula w gardle. Ja w ogóle nienawidzę pożegnań, a jeszcze jak widzę Scarlett na granicy płaczu, ten ich przytulasek na środku ulicy, a potem odchodzącego Murray'a z uśmiechem pt. "będzie dobrze", to zamieniam się w miękką faję :) I chcę wierzyć, że Bob i Charlotte jeszcze kiedyś się spotkali.
Piękny film to jest. Pomyśleć, że osoba za niego odpowiedzialna wypuściła na świat także Bling Ring...
Edit: Dorzucam parę kadrów, które mi się podobają. Nie dlatego, że są jakieś wypasione pod względem wizualnym, ale ładnie się komponują z opowiadaną historią/zwyczajnie ładnie wyglądają.
No i powtórzyłem jakiś tydzień temu, dalej kołacze mi ten film w głowie i mam ochotę zapuścić sobie jeszcze raz: 101 minut perfekcji. Kiedyś nudziłem się na scenach z karaoke, troszkę narzekałem na kolejne, nic nie wprowadzające do fabuły spacery Scarlett, teraz wprost rozpływałem się z uwielbienia i zachwytu nad każdą sekundą seansu. Końcowa sekwencja, czyli od wyjścia Scarlett z windy do ostatniego dźwięku z napisów końcowych to arcydzieło. Mina Murray'a w hotelowym lobby, gdy wydaje mu się, że już nigdy nie zobaczy Charlotte, a nie pożegnali się odpowiednio - najlepsze kilkanaście sekund w jego karierze.
Oczywiście 10/10 i miejsce w moim TOP10, kocham ten film. Gdzie jest mój Blu-Ray?
02-04-2014, 09:20 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-04-2014, 09:21 przez simek.)
O rany, ja chyba nie jestem stworzony do oglądania filmów o uczuciach ludzi bogatych. Najpierw Her, teraz to.
Ona: zapatrzona w siebie pusta idiotka, która chce być centrum wszechświata i po prostu nie może znieść wakacji w jednym z lepszych japońskich hoteli, gdzie wszędzie jest mile widziana, może korzystać z różnych atrakcji i ma dookoła przyjaciół. Płacze po kątach, bo mąż, który przyjechał tu pracować, nie poświęca jej pełnej uwagi. Och, straszny los, łączę się w bólu: nie ma to jak niezadowolona z życia srająca kasą bezrobotna świeżo upieczona absolwentka uniwerku, która zrobiła dyplom z dupy i nie wie, co chce w życiu robić.
On: gwiazdor, który musi aż przez TYDZIEŃ pracować na planie reklamy. Ma chujowego tłumacza i nie rozumie wskazówek reżysera - problem nie do przeskoczenia za żadne pieniądze świata, nie, psze pana, nic się nie da zrobić. Do tego proszą go, aby w ramach tej tygodniowej pracy, za którą zgarnia DWA MILIIONY DOLARÓW, został o jeden dzień dłużej. Straszne. Nie do przeżycia. Ci ludzie mówią łamanym angielskim i mają inną gestykulację. Horror. No i to życie osobiste: żona, która chce z tobą wybrać wystrój domu, dziecko... Nie, to jakiś koszmar, skończcie z tym! W tym czasie, jak sam facet mówi, "mógłby kręcić jakiś film". Oczywiście - bo tydzień na zrobienie reklamy to jest niepowetowana strata, trzy blockbustery w tym czasie by trzasnął, po prostu scheduling conflicts które kładą karierę.
I ta dwójka debili spotyka się, pije drogie alkohole, gada o pierdołach i w końcu dobrze się bawi.
Cytat:O rany, ja chyba nie jestem stworzony do oglądania filmów o uczuciach ludzi bogatych.
Ja ostatnio zauważyłem u siebie, że totalnie nie umiem oglądać filmów o problemach bogatych - nie tylko emocjonalnych. "Ballers" to może nie jest najlepszy przykład, bo to głupawa komedia z aspiracjami, ale taki już ultra poważny remake "Gamblera" z Wahlbergiem? Biały chłoptaś, dziecko jednej z najbogatszych rodzin w CA, postanawia się zbuntować i rzucić w wir hazardu. I te jego problemy halo? Serio, 1000x łatwiej utożsamiam się ze średniowiecznym zabijaką, który myje dupe w rzece, niż ze współczesnym białasem z magnackiej rodziny.
24-08-2015, 21:04 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24-08-2015, 21:05 przez Mental.)
(24-08-2015, 20:41)military napisał(a): O rany, ja chyba nie jestem stworzony do oglądania filmów o uczuciach ludzi bogatych
Tutaj nawet nie chodzi o samą kasę, bo zakładam, że rozumiesz, że ludzie nią srający wcale nie są z automatu szczęśliwi, ale ogólnie o empatię w stosunku do osób, które nie czują tak jak Ty. Ludzie, a więc i filmy, prezentują pełne spektrum zachowań, poglądów, uczuć i odczuć, to normalka, że sporo jest Ci obcych, ale chyba trochę przesadzasz z krytyką, gdy kogoś nie rozumiesz - nie starasz się zrozumieć, tylko od razu mówisz "przecież to pojebane, jak tak można?", z takim podejściem jakie masz, to pewnie nad sporym odsetkiem samobójców mógłbyś się pochylić, popatrzeć na ich życie i skrytykować, że chuja mieli, a nie problem, więc nie ogarniasz po co się zabijali i wystawiasz 0/10 ich decyzji ;)
Ja od ostatniego posta miałem okazję jeszcze raz obejrzeć dzieło Coppoli i ocena oczywiście pozostaje w stratosferze.
(24-08-2015, 20:41)military napisał(a): Ona: zapatrzona w siebie pusta idiotka, która chce być centrum wszechświata i po prostu nie może znieść wakacji w jednym z lepszych japońskich hoteli, gdzie wszędzie jest mile widziana, może korzystać z różnych atrakcji i ma dookoła przyjaciół. Płacze po kątach, bo mąż, który przyjechał tu pracować, nie poświęca jej pełnej uwagi. Och, straszny los, łączę się w bólu: nie ma to jak niezadowolona z życia srająca kasą bezrobotna świeżo upieczona absolwentka uniwerku, która zrobiła dyplom z dupy i nie wie, co chce w życiu robić.
Heh, może nie ująłbym tego tak drastycznie, ale dość dobrze oddaje moje przemyślenia na temat bohaterki Scarlett.
Dziwna sprawa: W tym samym roku były w kinach dwa pełne melancholii filmy o spotkaniu białego gościa w średnim wieku z młodą białą dziewczyną w azjatyckiej metropolii: Między słowami i Kodeks 46. Ten pierwszy jest powszechnie uwielbiany, a po mnie spłynął, strasznie mulił(i to nie jest "mulenie" w pozytywnym znaczeniu, jak np. w "Broken Flowers"), od całkowitego 'meh' ratuję go jedynie kilka scen, Murray, całe to "awkwardness" w scenach z Japończykami i finał. Ten drugi, mimo paru głupot, mnie zahipnotyzował, zmusił do egzystencjalnych rozkmin o milości, moralności i więziach międzyludzkich, czyli zrobił to, na co liczyłem przy "Lost in translation". Większość cywilizowanego świata uważa Code 46 za nudnawego średniaka :)
Widzicie, problem w tym, że rozumiem uczucia ludzi lepiej niż wy. Serio. A skąd to wiem? Bo wam wystarczy widok zapłakanej ScarJo, żeby powiedzieć: łojezujezu, co za bidulka, ale jej źleee - tymczasem ja pod tą fasadą widzę fatalnie napisaną postać.
Twórcy bardzo chcieli pokazać, że SJ jest "uwięziona w złotej klatce", ale sorry - NIE JEST. Nic na to nie wskazuje. Może robić co chce, jest otoczona przyjaciółmi których lubi i z którymi chętnie przebywa. Jeśli tak jej źle, może po prostu wrócić do Stanów. Bo niby czemu nie? Nie poruszyła tego tematu przy mężu. Kryje przed nim swoje niezadowolenie. Nie rozmawia z nim o uczuciach. Więc czego ona, curva, chce? Żeby czytał jej w myślach? Owszem, jest zaabsorbowany pracą - ale DLATEGO PRZYLECIELI DO JAPONII. To nie są wakacje, to nie jest normalna codzienna sytuacja. Oni tam nie mieszkają, to nie tak że gość na co dzień ją zlewa. Przyjechał tam na krótki czas żeby PRACOWAĆ, a księżniczka nie potrafi się z tym pogodzić i chce, żeby wracał po ośmiu godzinach do domu i poświęcał jej pełną uwagę.
O Murrayu nawet nie wspominacie, bo wiecie że mam rację. Łojezu, popracować tydzień za dwa miliony dolarów - ciężki los, cięęęężki los.
Do tego film jest w pytę nudny, przez pierwsze 40 minut powtarza sceny służące temu samemu.
Może słabo pamiętam, ale jacy przyjaciele, z którymi chętnie przebywa? Ta ekipa, z którą jedzą jakąś kolację czy siedzą w barze? Co tam wskazuje na to, że ich lubi? To, że z nudów nawiązuje kontakt z Murrayem?
No i jasne, może wrócić do Stanów, ale co z tego? Czuje się samotna. Tokyo wzmacnia to uczucie, ale przecież wszystko wskazuje na to, że nie jest problemem te kilka dni, tylko ogólne zagubienie laski. Jasne, również związane z tym, że nie wie, co ze sobą w życiu zrobić. Powiedzmy, że rozumiem, że taka postawa może irytować, ale dla mnie nie jest całkowicie niezrozumiała (laska przecież nie chce się zabić, po prostu ma doła), a już na pewno nie widzę tu nic nieautentycznego, fatalnie napisanej postaci.
(25-08-2015, 05:49)military napisał(a): Widzicie, problem w tym, że rozumiem uczucia ludzi lepiej niż wy. Serio. A skąd to wiem? Bo wam wystarczy widok zapłakanej ScarJo, żeby powiedzieć: łojezujezu, co za bidulka, ale jej źleee - tymczasem ja pod tą fasadą widzę fatalnie napisaną postać.
Twórcy bardzo chcieli pokazać, że SJ jest "uwięziona w złotej klatce", ale sorry - NIE JEST. Nic na to nie wskazuje. Może robić co chce, jest otoczona przyjaciółmi których lubi i z którymi chętnie przebywa. Jeśli tak jej źle, może po prostu wrócić do Stanów. Bo niby czemu nie? Nie poruszyła tego tematu przy mężu. Kryje przed nim swoje niezadowolenie. Nie rozmawia z nim o uczuciach. Więc czego ona, curva, chce? Żeby czytał jej w myślach? Owszem, jest zaabsorbowany pracą - ale DLATEGO PRZYLECIELI DO JAPONII. To nie są wakacje, to nie jest normalna codzienna sytuacja. Oni tam nie mieszkają, to nie tak że gość na co dzień ją zlewa. Przyjechał tam na krótki czas żeby PRACOWAĆ, a księżniczka nie potrafi się z tym pogodzić i chce, żeby wracał po ośmiu godzinach do domu i poświęcał jej pełną uwagę.
O Murrayu nawet nie wspominacie, bo wiecie że mam rację. Łojezu, popracować tydzień za dwa miliony dolarów - ciężki los, cięęęężki los.
Do tego film jest w pytę nudny, przez pierwsze 40 minut powtarza sceny służące temu samemu.
Co do nudy nie będę dyskutować, natomiast opiszę jak ja to widzę (ostatni seans 3 miesiące temu):
Ona nie jest zagubiona - ona właśnie się gubi w życiu. Poślubiła wymarzonego faceta, który jest zapracowany - ale praca, jak pokazuje strona Boba (czyli wchodząca w życie kobieta i jej doświadczenie vs doświadczenie Boba, kończącego wszystkie ważne etapy właśnie w tym miejscu, gdzie Ona miała nadzieję je rozpocząć), to tylko wymówka aby zrzucić na siebie odpowiedzialność za związek, życie drugiej osoby, wspólny czas. Służą temu dwie sceny: pierwsza to spotkanie w holu z Aktorką (jest nią zafascynowany, rozmawiają, wymieniając więcej zdań niż z Nią przez, zapewne, kilka dni, w ciągu zaledwie jednego spotkania. Druga scena to spotkanie w barze z grupą "znajomych". Świat Fotografa nie jest jej, nie jest jego częścią. Gdzieś została zgubiona przez gościa. I stąd czuje zagubienie. Pojawia się Bob, czyli facet który ma za sobą wiele doświadczeń, rozmawia z Nią, ale nie dlatego, że akurat wpadła mu w oko, tylko wie ile w życiu trzeba brać od drugiej osoby, a ile dać. Tutaj konflikt z żoną (w sumie z własnym życiem) jest zarysowany dość wyraźnie przez krótkie dialogi via telefon - Żona skupia się tylko na tym co trzeba zrobić/ jak to zrobić, on chce porozmawiać, a kiedy rozwija coś związanego ze swoim życiem (chce opowiedzieć scenę, jaką przeżył) ona mówi że jest zmęczona, przy czym nie szanuje zmęczenia męża i kiedy ma ochotę porozmawiać o kolorach na ścianę, robi to bez namysłu. To jest zagubienie się w życiu. Jego, Jej, Żony, Fotografa.
Charlotte absolutnie nie jest pustą laską - jest idealistką zderzającą się z rutyną, której chciała uniknąć, dlatego wraz z obcowaniem z Bobem widzi, jak ten facet przełamuję rutynę: od ubrania fikuśnej koszulki, do naturalnego zachowania przed wyjściem, aż do śpiewania czy spania z przypadkowo napotkaną osobą, bo tak. On wówczas się nie tłumaczy (!) to Charlotte próbuje go wytłumaczyć, mówiąc "Jest młodsza". Ale ona właśnie akceptuje zachowanie takie - na pozór nieodpowiedzialne 0 a kryjące za sobą cały bagaż przykrych doświadczeń, które ona powoli odkrywa.
Zagubienie Charlotte wychodzi w miejscu, gdzie jest zdana na siebie i męża (całkowicie obce miasto, obca kultura, obcy ludzie), a on ją pozostawia - związki często przechodzą kryzys lub unaoczniają partnerom ich bezsensowność właśnie wtedy, gdy liczy się na drugą osobę i zostaje się pozostawionym na lodzie. To akurat w filmie jest wyeksponowane dość prosto. Natomiast drugim dnem jest zderzenie wizji Charlotte dotyczące jej związku, życia wg doświadczenia Boba i tego, co właśnie wprowadził w jej otoczenie - słuchał jej, przy nim nie była zagubiona.
Harris natomiast absolutnie nie jest bogaczem z problemami codziennymi: skupia się na pracy, akceptuje swoje wykluczenie w branży; wie, że to wszystko przemija, a jedyne co pozostaje w życiu to miłość, ale i ona go opuszcza bo żona jest - delikatnie mówiąc - złą babką. Symbolem akceptacji i dystansu do własnej kariery jest wystąpienie w jakimś popapranym japońskim programie, pójście na imprezę dla małolatów i manie w dupie własny wizerunek. Bo to dla Boba jest nie ważne - ważny jest kontakt, rozmowa, zrozumienie. Dlatego dogaduje się z Charlotte, bo i dla niej to jest istotne w życiu.
A jeszcze odnośnie uwag: Harrisa pracuje dla żony, nie dla siebie (patrz: ona decyduje o życiu i wydatkach a on nie kupił sobie nawet Porsche - dla niego kasa nie jest istotna, bo gdyby była ubierałby się przyzwoicie a nie jak ostatni flejtuch). I dla Charlotte kasa nie jest istotna, bo wolałaby mieć faceta obok siebie, a tak nie jest.