Public Enemies (2009)
W ogóle wszystkie sceny z Dillingerem i Billie są kapitalne i z wielką chęcią zobaczyłbym ich więcej, dokumentnie rozwalił mnie zwierzenie Billie "prędzej czy później i tak skończę podając płaszcze".

Zapomniałem o jednym mistrzowskim ujęciu - zbliżenie na obraz pędzącego konia nad łózkiem Dillingera, od tego momentu wiedziałem że zaraz wjeżdża najefektowniejsza(bo czy najlepsza to bym się wahał) scena filmu

Odpowiedz
dialogi w PE były bardzo... nie wiem, jakiego słowa użyć: były bardzo szczere, płynęły prosto z człowieka. krótkie, proste zdania, niosące olbrzymi ładunek emocjonalny.

Odpowiedz
Na mnie olbrzymie wrażenie zrobiła scena gdy Billie zostaje złapana i wyprowadzona do samochodu, a Dillinger nie bacząc na to czy ktoś go zobaczy wysiada z auta i obserwują się przez tylną szybę. Kompletnym dopełnieniem tej sceny jest ujęcie płaczącego Dillingera gdy odjeżdża. I to właśnie w tym filmie uwielbiam - krótkie, niezwykle działające na emocje sekwencje.

Odpowiedz
Mental napisał(a):w Gorączce powiadasz? ciekawe, bo dla mnie wrogiwie są tak bardzo oddaleni od Heat jak to tylko możliwe.

Dla mnie nie aż tak mocno, chociażby podobne role kobiety w życiu Dillingera i Neila.

Mental napisał(a):tylko raz miałem bezpośrednie skojarzenie z Gorączką - kiedy depp uparcie powtarzał, że chciałby wyjechać. neil planował eskapadę na Fidżi, dillinger - dalej niż leży Kuba.

No, dlatego napisałem że ta scena skojarzyła mi się z Gorączką. Właśnie w niej John mówi Billie że mogliby stąd uciec, na Kubą albo dalej.
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.

Odpowiedz
w sumie racja. tyle że w Heat dialog tego typu pojawia się później - kiedy neil klęka (!) przed kobietą i prosi ją, by ta wyjechała z nim do Nowej Zelandii. niemniej skojarzenie słuszne, tyle że imo troszeczkę należałoby je przesunąć w czasieUśmiech

Odpowiedz
Kurna, to na balkonie Neil przecież opowiada swojej lasce o jakiśtam świecących rybach na Fidżi, no nie?
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.

Odpowiedz
tak, ale nie mówi wprost, że chce wyjechać/uciec na kraniec świata. na pytanie, czy był już na Fidżi, odpowiada w klimacie: "nie, ale będę". eady się uśmiecha i potakuje.

Odpowiedz
Glut napisał(a):Safiram napisał/a:
w obliczu klimatu podobnego do miażdżącego finału Zabójstwa Jesse'ego Jamesa miałem to absolutnie gdzieś :)


W sumie trafna uwaga, pamiętam że również to sobie skojarzyłem z Jessem Jamesem, strzał w tył głowy, legenda itd.

Im częściej o tym myślę, tym bardziej podobne wydają mi się te sceny.


PS Jeszcze taka ciekawostka:

[Obrazek: 143615.jpg]
[Obrazek: bradpittintheassassinatc.jpg]

Odpowiedz
Nawiązań do Gorączki jest całkiem sporo. Motyw ucieczki, dylemat o sens związku, itd. Gorączkę zobaczyłem sobie ponownie całkiem niedawno i wczoraj w trakcie seansu czułem jakbym miał Mannowską wizję "gangsterskiej gorączki" co własnie nie do końca przypadło mi do gustu. Poza tym rozumiem o co chodzi poprzednikom, dyskutującym o kostiumach, rekwizytach itp. Mnie też to drażniło i wydaje się ewidentnym efektem "cyfrówki".

Świetny Depp, średni Bale, świetna obsada drugiego planu, dobre dialogi, trochę sztuczek i prosta fabuła. Film solidny ale nie arcydzieło.
"Nawet bestia zna nieco litości, ale ja
jej nie znam, więc nie jestem bestią"

William Shakespeare
("Ryszard III")

Odpowiedz
simek napisał(a):Ja to chyba jestem dziwny, bo mi wszystko w początku pasowało wielce - ten ucieka, tamten kogoś goni, zwykłe przedstawienie bohaterów przez pokazanie co akurat robią
Dokładnie, aczkolwiek znowu nie ma tu typowego character developmentu. Początek filmu wprowadza bardziej w wydarzenia, w sytuację w jakiej są bohaterowie, a nie samych bohaterów. W ogóle omijając Dillingera i Billie o których wiemy najwięcej, oraz Purvisa o którym nie wiadomo nic ale rozszyfrowanie jego charakteru i motywacji nie jest trudne, reszta postaci traktowana jest tu niemal jak statyści. Członkowie gangu Dillingera, i nie tylko oni, pojawiają się i znikają, kamera po prostu ich pokazuje gdy akurat uczestniczą w wydarzeniach. I tyle.

W ten sam sposób Mann sportretował lata 30-te. Zauważcie że w zasadzie nie ma tu szerokich planów pozwalających dokładnie podziwiać architekturę, nie uświadczymy panoramy Chicago z lotu ptaka ani nic z tych rzeczy. Chicago nie jest tu wręcz osobnym bohaterem jak wcześniej LA czy Miami, ale w pełnym tego słowa znaczeniu tłem. Cyfra i ujęcia z ręki zdecydowanie pomogły, totalnie zanurzyłem się w ten świat.

Odpowiedz
Film okazał się jeszcze lepszy, niż oczekiwałem, a oczekiwałem istnej rewelacji. Mimo to nie dziwią mnie wcale krytyczne opinie sporej części recenzentów i widowni. Po prostu Mann po raz kolejny po MV zaserwował nam nie to, czego wszyscy oczekiwali. Dobrze ilustruje to recenzja Mossakowskiego w Wyborczej, który najwyraźniej spodziewał się Robin Hooda w realiach Wielkiego Kryzysu. We wszystkich zapowiedziach przecież rozpisywano sie o rewelacyjnych strzelaninach, które w samym filmie okazały się najmniej wazne. No i ten Depp w roli głownej, ostatnimi laty niezbyt szczęśliwie kojarzący się wyłącznie z postacią Jacka Sparrowa. Tymczasem jego Dillinger jak na złość okazał się dojrzałą i stonowaną kreacją, zamiast "wyluzowanej" i ironicznej.
Mogli by się ludzie pzyzwyczaić, że Mann nawet z Hanny Montany zrobilby mocne i męskie, a zarazem elegijne w nastroju kino.

Odpowiedz
kolejny debiutant! brawoUśmiech

Cytat:Po prostu Mann po raz kolejny po MV zaserwował nam nie to, czego wszyscy oczekiwali.

musze to powtórzyć: wrogowie publiczni, których zobaczyłem w kinie, nie mieli nic wspólnego ani z obydwoma trailerami (z drugim może trochę), ani z wypowiedziami producentów, że będzie wuchata akcji i że będziemy się dobrze bawić (sic!). ja nie bawiłem się dobrze. po obejrzeniu PE czuje się tak jak po pierwszym seansie there will be blood albo zaliczeniu przygód jassiego jamesa. bo w sumie te trzy filmy to chyba najbardziej nieamerykańskie podejście to amerykańskiej filozofii robienia kina, jakie można było ostatnio zobaczyć.

Odpowiedz
Akurat strzelania i akcji jest PE pod dostatkiem. Na tyle, że publiczność nastawiona na typową rozrywkę będzie zadowolona. Policzmy:

- ucieczka z więzienia nr 1
- obrabianie banku nr 1
- Purvis dopadający Floyda
- pułapka ekipy Purvisa w hotelu
- ucieczka z więzienia nr 2
- obrabianie banku nr 2
- strzelanina na ulicy przy banku
- długa sekwencja wymiany ognia w lesie, domku i podczas pościgu (dobre kilkanaście minut ostrej sieki)
- pewnie coś jeszcze ominąłem

To na pewno nie jest film, w którym brakuje scen akcjiUśmiech Problem w tym, że ludzie narzekają na cyfrę, która akurat w moim przypadku tak spotęgowała realizm i napięcie, że wizualnie jest to dla mnie top 5 filmów ever.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
Mierzwiak napisał(a):Zauważcie że w zasadzie nie ma tu szerokich planów pozwalających dokładnie podziwiać architekturę, nie uświadczymy panoramy Chicago z lotu ptaka ani nic z tych rzeczy.

<ok>

Snappik napisał(a):Akurat strzelania i akcji jest PE pod dostatkiem.

problemem większości tych scen jest to, że one nie są rozrywkowe w tym sensie, do jakiego przyzwyczaiło nas kino ze scenami akcji (choćby Heat czy Collateral). raz, że nakręcone cyfrą, co może niektórym utrudniać odbiór, dwa, że operator nie interesuje się zbytnio bohaterami, nie pokazuje ich twarzy, emocji, i wreszcie po trzecie, te sceny są... patrząc z dzisiejszej perspektywy wręcz śmieszne (mowa o treści, nie o wykonaniu). kolesie wchodzą do banku, wychodzą, uciekają. policja bezradna. dillinger robił sobie na poczekaniu atrapę pistoletu, która potem pomaga mu nawiać z paki. facet nawiał posługując się atrapą guna, a durni strażnicy na końcu stwierdzili, że "bron nie była prawdziwa"! w kontekście współczesności to jest żałość i nędza. to samo z działaniami federalnych, którzy nie potrafią obstawić ulicy, którzy nie potrafią zorganizować zasadzki, którzy wreszcie ustawiają wojsko przed więzieniem, a soldaty nawet nie wiedzą, jak wygląda dillinger z twarzy. patrzą mu prosto w oczy i puszczają wolno. kulminacje to oczywiście motyw spaceru po komisariacie.

Odpowiedz
Nikt nie twierdzi, że strzelanin brakuje. Po prostu nie stanowią one sedna filmu, który zapowiadany byl jako ostre kino akcji. Wprost przeciwnie, ich tam mogloby w większości tak naprawdę nie być, a film nie stracilby wiele ze swojej mocy. I nie zrozumcie mnie źle, mi się te sceny naprawdę podobały. Po prostu wydawały się jakby na doczepkę, żeby i dla amatorów ołowiu coś bylo.

Odpowiedz
kurna, mnie te sceny akcji nawet wkurzająUśmiech gdybym mógł wpłynąć telepatycznie na Manna, to chciałbym, żeby cały film był o relacjach dillinger - billie i dilllinger - red hamilton, a sensacyjna otoczka działa się poza kadrem (no wiecie - o rabunkach dowiadujemy się z radia/gazet/z ust bohaterów/widzimy rany etc). dlatego tak bardzo doskwiera mi brak tych dodatkowych 10-20 minut, podczas których bohaterowie mogliby sobie popatrzeć w oczy, uśmiechnąć się dyskretnie, przeliczyć raz jeszcze zrabowane pieniądze...

Odpowiedz
Mental napisał(a):no wiecie - o rabunkach dowiadujemy się z radia/gazet/z ust bohaterów/widzimy rany etc


Coś jak Wściekłe psy? :)

Mi absolutnie nie wydają się sceny akcji dodane na siłę i bez nich film wiele by stracił.
I pamiętajmy o tym, co napisał kolega poniżej.

Odpowiedz
Niestety, gdyby bylo tak, jak chce Mental, film nie miałby pewnie najmniejszych szans na zwrócenie się, wytwórnie ostatecznie odwróciłyby się od Manna i biedak musialby przerzucić sie z cyfrówek na styl Dogmy.

Odpowiedz
wiadomo. choć tradycyjnie w przypadku wrogów publicznych, druga część strzelaniny (kiedy eka rozdziela się i uciekają każdy w swoja stronę) działa znacznie mocniej niż strzelanina właściwa. to już chyba reguła u Manna: najpierw kręcimy oschle i bez emocji, by w drugiej połówce dowalić z kopyta. na podobnym schemacie jedzie Miami Vice.

Odpowiedz
Jeszcze co do strzelanin, a zwłaszcza tak wielbionej sekwencji leśnej: ja tam wolałbym zeby mniej było u Manna nieprzerwanego prucia ołowiem, a więcej zwięzłej, konkretnej akcji. W takim Miami Vice scena szturmu na siedzibę nazistów (kto nie pamięta policjantki unieszkodliwiającej faceta z bombą?) zrobiła znacznie potężniejsze wrażenie niż wszystkie (niezliczone) kule wystrzelone w finale. Lepszy 1 strzał - 1 trup niż 100 strzalow i wszyscy na nogach.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Public Enemies (2009) Mental 661 90,786 17-07-2009, 00:29
Ostatni post: Glut



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości