Public Enemies (2009)
theultimateqpa napisał(a):Oj, nie zgodzę się.

a ja się jednak zgodzę:) gangsterka w PE została pokazana w bardzo niefajny, nieefektowny sposób. raz, że brakuje tu tego uczucia, które towarzyszy mi podczas oglądania Heat, że super byłoby pracować z szajką neila, a dwa, reżyser już chyba na dobre odszedł od tradycyjnego sposobu prowadzenia narracji i przedstawiania bohaterów na rzecz niemal impresjonistycznego uwieczniania chwili, pojedynczych wydarzeń i przelotnych gestów (jak na przykład niesamowita scena zaraz po ucieczce z paki, kiedy kobieta z dzieckiem zatrzymują dillingera w drodze do auta i pytają się go, czy mógłby zabrać ich ze sobą - po co to? kim ona była? czemu chciała jechać z nim? wszystko pozostaje bez odpowiedzi, w sferze domysłów). normalnie jakby zależało reżyserowi na tym, aby niczego nie wyjaśniać. w ogóle potwierdza się to, co już niejednokrotnie pisano w przypadku filmów Manna - że one nie zabiegają o sympatie publiki, co w kontekście twórczości hollywoodzkiej jest ewenementem. podejrzewam wręcz, że Mann zmierza w kierunku jakiegoś maksymalnego zawężenia kręgu przypadkowych widzów, którzy idą na jego filmy jak na inne z tego samego gatunku. nazwisko ma królewskie, więc brak zainteresowania ze strony mega gwiazd mu raczej nie grozi. taki depp czy crowe czy inny farrell doskonale wiedzą, że otrzymują życiową szansę, wiedzą u kogo grają i co grają. następne projekty Manna wskazują, że nie zamierza on specjalnie zmieniać swojej filozofii: frankie machine (historia płatnego killera w wieku emerytalnym na bazie trudnej do adaptacji prozy) oraz the texas killing fields (z tego, co mówił dany boyle, ekstremalnie mroczny western). tak więc już teraz możesz sie przygotować, że za 3 lata znowu będzie cyfra i znowu będzie mało sympatycznie.

Mann pozostaje sobą i to jest najważniejsze. nigdy nie zawiodłem się na żadnym jego filmie, a jeżeli się zawiodłem, to jedynie w wyniku własnego zacofania:) idąc na wrogów miałem lekkie obawy, że słoneczko przygrzało Mannowi lekko w dynke, co w połączeniu z niedawnym wieszaniem psów na MV odbije się negatywnie na PE. obawy okazały sie bezpodstawne. wrogowie oddziałują na mnie znacznie silniej niż MV.

przed chwila znalazłem:

brak bohatera, z którym można się identyfikować (Dillinger jest przestępcą, który ma się za "lepszego" od reszty społeczeństwa i jest aroganckim bubkiem) ; w filmach takich jak np w Amerykański gangster, Chłopcy z ferajny, Casino, Wściekłe psy czy Bonnie i Clyde przestępcy budzą naszą sympatię (z tym się akurat nie zgodzę, bo dilinger w wykonaniu deppa budził sympatie, ale trochę na innym poziomie - mi go było zwyczajnie żal)

przestępca i policjanci - których nie dało się polubić

Odpowiedz
Solo napisał(a):
Snappik napisał(a):Bo według niektórych źródeł dostała od rządu 5000$ za wykapowanie Dillingera (a miała dostać 2 razy tyle). No i po eliminacji Dillingera i tak musiała opuścić USA.

Ale to wiadomo z historii, nie z filmu?

To już kwestia tego czy można podczepić historię pod film Manna. Bo w kilku przypadkach fakty Mann nagiął dla własnych potrzeb (choćby śmierć Floyda) i wyszło mu to zajebiście zgrabnie. Rozprawienie się z Floydem na samym początku świadczy o powolnym zmierzchu oprychów okradających banki, czego Dillinger nie chce zauważyć (dopiero z czasem zdaje sobie z tego sprawę). Wątek Sage jest okrojony do niezbędnego minimum. Wiemy, że kieruje burdelem, wiemy, że jest znajomą Dillingera. Dla mnie wystarczy. Co dalej, to już można wyczytać z faktów historycznych.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
Mental napisał(a):reżyser już chyba na dobre odszedł od tradycyjnego sposobu prowadzenia narracji i przedstawiania bohaterów na rzecz niemal impresjonistycznego uwieczniania chwili, pojedynczych wydarzeń i przelotnych gestów
Innymi słowy Mann idzie w kierunku kina bardzo autorskiego (myślę że wkroczył już na ten teren wraz z MV), tak jak piszesz w dalszej części postu przeznaczonego praktycznie wyłącznie dla widzów, którzy są świadomi tego na co się piszą. O ile zazwyczaj w przypadku znakomitego kina na wszelkie negatywne recenzje patrzę z niedowierzaniem, czasem pogardą, tak w przypadku PE zaczynam je rozumieć. To nie jest łatwe kino, jak widać zarówno w formie, jak i podejściu do treści.

Odpowiedz
"Umrzeć szybko, tak jak się żyło. Nie ma co przeciągać. Inaczej życie nie ma sensu"

Dzisiaj widziałem film. I jak dla mnie 9,5/10 . Świetny Depp. Po trailerze myślałem, że będzie cały czas odgrywał komika (bo do trailera tylko takie fragmenty zostały wybrane w większości), a jednak okazało się, że jego Dillinger jest bardziej złożony. Reszta aktorów też genialna. Akcja w lesie mistrzostwo. Muzyka to arcymistrzostwo.

Oczywiście film oparty na faktach w podobnym stopniu jak inny obraz z Deppem - "Marzyciel".
Jedyny zarzut co do "historyczności" filmu dotyczy zafałszowanego wizerunku FBI i samego Hoovera.
W "Public Enemies" FBI i Hoovera kreuje się na ostatnich obrońców sprawiedliwości - "Dzisiaj wypowiadamy, pierwszą w historii USA, wojnę przeciwko przestępczości." W rzeczywistości Hoover sam kreował legendy ludzi pokroju Dillingera aby odwrócić oczy społeczeństwa od przestępczości zorganizowanej czyli Mafii (fajnie, że pojawili się w filmie epizodycznie mafiozi tacy jak Frank Nitti*), z którą szef FBI nie zamierzał walczyć.

Teraz czekam na wydanie DVD. Jak już ktoś wcześniej zauważył w filmie nie było sceny, w której chyba Purvis mówi" "John Dillinger dał nam drugą szansę abyśmy mogli złapać Johna Dillingera"

*zresztą Nitti po odejściu Capone nie zajmował już żadnej znaczącej roli w mafii, był tylko figurantem, w przeciwieństwie do tego co widzieliśmy w filmie.

Odpowiedz
Bardzo dobry film. Nie arcydzieło, nie wybitna pozycja, ale zwyczajnie bardzo dobry film. Co prawda pierwsze pół godziny budziło u mnie mieszane uczucia - montaż był taki, jakby brakowało paru scen (przejścia nie były czyste, zresztą w trailerach widać sporo fajnych momentów, których w kinie nie widziałem - jak choćby ta, w której Dillinger i jego kumpel stają na aucie i odjeżdżają, celując w przeciwne strony), dźwięk pozostawiał wiele do życzenia (sporo kwestii i odgłosów było jakby przytłumionych i zwyczajnie za cichych, ale to może wina kopii), a sam Dillinger nie porywał. Także z pierwszym użyciem "Ten Million Slaves" Mann mnie nie przekonał (choć pozostała muzyka jest już dobrana świetnie, mimo iż nie jest to poziom Heat). Potem jednak było coraz lepiej - budowanie atmosfery, napięcia i uczuć (tak, tak - to nie MV, nie może być tu zarzutu o braki względem ludzkich zachowań) było mistrzowskie, choć też nie odbyło się bez wpadek (scena łóżkowa to jakiś żart). Tak czy siak z każdą kolejną sceną byłem coraz bardziej zafascynowany klimatem i światem przedstawionym, oraz samą opowieścią. A już sam finał w dwóch odsłonach (kino + cela) mnie rozwalił.

Obsada jest kapitalna - choć Bale wydaje się drętwy i chodzi z jedną miną, to jest cholernie wiarygodny i opanowany. Depp gra w typowy dla siebie, zmanierowany sposób, ale gościa trudno nie lubić. Cotillard zaś jest naprawdę urocza i wpasowuje się w całość bez problemu. Zdziwił mnie nieco drugi plan - Russo i Sobieski w mało znaczących, dwuminutowych rólkach mnie zaskoczyli, spodziewałem się kogoś mniej znanego. Z kolei Wenham, Dorff, Ribisi czy Graham byli świetni, ale zdecydowanie za mało ich na ekranie jak dla mnie.

Co do cyfry, to zwyczajnie jej się nie odczuwa. Co prawda widzowie nie pozwolili mi zapomnieć, że oglądam film o latach 30, a nie - tak jak chciał Mann - że jestem w latach 30, niemniej cyfra zupełnie nie drażni i nie odczuwa się jej w jakikolwiek negatywnym stopniu. Mało tego - parę scen po prostu żyje dzięki niej (jak np. scena na lotnisku czy jakakolwiek strzelanina - a tych jest sporo), a sam film staje się przez nią bardziej żwawy (choć i tak chętnie zobaczyłbym go także na tradycyjnej taśmie). Nie rozumiem więc zupełnie narzekania na zdjęcia cyfrowe - tu Mann wiedział dobrze co robi. W ogóle do strony technicznej (poza wspomnianym dźwiękiem) nie mogę się przyczepić.

Właściwie poza paroma scenami, które nie były specjalnie logiczne, ale jak znam Manna, to zdarzyły się naprawdę (aresztowanie Billie, John chadza sobie po komisariacie, kinowy list gończy - we wszystkich Dillinger pozostaje niezauważony, jakby miał czapkę niewidkę), oraz wspomnianym niedostatkiem czasowym bohaterów planu drugiego nie mam Mannowi nic do zarzucenia na dłuższą metę. Heat to to nie jest (być może z tego względu, że nie było tu sceny pokroju tej z kawą, czy mano a mano), ale bardzo dobry film, który trzeba zobaczyć. Bawiłem się cholernie dobrze, po prostu. I pewnie jeszcze pójdę do kina znowu, co zdarza mi się raczej rzadko.

Polecam. Ocenowo to takie 8/10.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Zgadzam się z Mefim co do tych kiepskawych scen - łóżkowa zupełnie niepotrzebna( gdyby Cottilard pokazała cycki to by była potrzeban;-)), bo teamt kontaktów intymnych tej pary wyczerpuje wg. mnie scena w łazience, gdy Billie bierze kąpiel i zaprasza do siebie Księcia Alberta i DillingeraDuży uśmiech Co do tego apelu w kinie to też mi się to wydawało troche dziwne, bo skoro WSZYSCY na sali oprócz Dillingera się oglądali to chyba nie dla jaj, tylko żeby sobie rzucić okiem, a nuż nie siedzi on koło mnie, pozatym jak dla mnie to gdyby ta scena była na maksa realistyczna to połowa ludzi w tym czasie siedziałaby grzecznie na miejscu i w dupie miała poszukiwanie gangstera na krzesełku obok.

Odpowiedz
obejrzeliby się, choćby odruchowo. tak jak na mszy, kiedy ksiądz mówi "i przekażcie sobie znak pokoju"Uśmiech pamiętaj, o jakich czasach mówimy - wtedy wizyta w kinie była wydarzeniem. a tak w ogóle to nie wiem, czego się policja spodziewała - że jak iksiński zobaczy obok siebie dillingera, to nagle wstanie i zacznie wrzeszczeć? wyjmie komórkę i zadzwoni pod 997?Uśmiech z dzisiejszej perspektywy takie wyświetlanie plansz i apelowanie o czujność mogą budzić uśmiech politowania, ale 80 lat temu to były normalne procedury, strasznie naiwne i nieskuteczne.

Odpowiedz
Mental napisał(a):
simek napisał(a):gdyby ta scena była na maksa realistyczna to połowa ludzi w tym czasie siedziałaby grzecznie na miejscu i w dupie miała poszukiwanie gangstera na krzesełku obok.

nie sądzę. każdy obejrzałby się, choćby odruchowo. tak jak na mszy, kiedy ksiądz mówi "i przekażcie sobie znak pokoju"Uśmiech

Nie wiem jak często bywasz w kościele, ale na mszach na ktore ja chodze to 50% osób kiwa do sąsiada głowami, 30% podaje im ręke, a reszta sobie siedzi w najlepsze, ba, nawet jak się trzeba przeżegnać to nie robią tego wszyscy, no ale już nie wnikajmy w szczegóły.

Co do poważniejszych rzeczy, czyli wątpliwości theultimateqpa w sprawie mojej racji to po pierwsze gangsterzy zaczęli mieć przekichane odkąd powstało FBI, przecież właśnie o tym jest film. Po drugie to ja oczywiście nie przeczę, że gangster ma pod jakimś względem fajne życie, chyba z jakiegoś powodu to najczęściej używana do filmowych potrzeb profesja, nie? Chodziło mi o to, że PE pokazuje jakie konsekwencje czyni podjęcie decyzji o zostaniu przestępcą - będziesz mógł wyrywać laski na teksty o tym jak robisz w buca poważną policję, ale niestety nie będzie ci dane cieszyć się z bycia z tą kobietą, bo prędzej czy później sprawiedliwość cie dopadnie. Złamałeś reguły gry - kiedyś za to zapłacisz, konsekwencje, konsekwencje, konsekwencje.
Czy tylko ja widzę w tym jakieś podobieństwo do trylogi Godfathera? Tak przy okazji, to domek w lesie przypominał mi ten z Ojca Chrzestnego II, tylko troche mniejszy był.

Odpowiedz
Cytat: Po drugie to ja oczywiście nie przeczę, że gangster ma pod jakimś względem fajne życie,

gangster miał na 100% fajne życie - kasy po czoło, dupy na skinienie i ogólnie żyć nie umierać. sek w tym, że u Manna tego nie widać. u Manna widać życie "na walizkach", schyłkowe i jakieś takie bez radości. nie wiem, może, jak obejrzę PE po raz trzeci, to coś mi się odmieni, ale na ten moment klimat tego filmu jest dla mnie mocno niewesoły i nieatrakcyjny, a życie gangstera nie ma za grosz magnetyzmu.

Odpowiedz
Krótko i na temat: film jest świetny, bardzo dobra muzyka, wspaniały klimat, dobre aktorstwo, świetne sceny strzelanin.9/10.I tyle ode mnie, piać z zachwytu nie zamierzam ani rozkładać filmu na czynniki pierwsze, nie chce mi się. :razz:

Odpowiedz
Mental, no nie jest aż tak źle, chodzi do drogich klubów, laske wyrwał bardzo łatwo, chodzi sobie na jakieś wyścigi, jeździ szybkimi samochodami, ma pare fajnych tekstów, no i najważniejsze - jest gwiazdą. Nie wiem co Mann miał więcej pokazać, żeby był magnetyzm, ale i żeby pasowało do filmu...

Odpowiedz
własnie. chodzi do klubów, choć nie umie tańczyć i ogólnie z tego, co pokazał Mann, bardziej w interesach niż celach rozrywkowych. wyrwał jedną kobietę zamiast uganiać się za stadem dziwek jak przystało na gościa, który po 9 latach opuścił więzienie. szybkimi samochodami jeździ, ale w większości kradzionymi, po czym porzuca je na drodze. przyjaciela ma zaledwie jednego - "Reda". jaki był dillinger naprawdę? może taki jak opisano poniżej?

Nie było w nim nic wskazującego na brutalność, żadnych dowodów zebranych przez uzbrojonych policjantów na to, że spędził okres dojrzewania w zakładzie karnym. Nie miał w sobie szyderstwa cechującego przestępców... Kiedy patrzyło się na niego po raz pierwszy... można go było uznać za najbardziej zdumiewający gatunek.

- raport Chicago Daily News z konferencji prasowej dotyczącej Dillingera, jaka odbyła się w więzieniu Lake County Jail, styczeń 1934

Odpowiedz
Właśnie wróciłem z kina. Pierwsze wrażenia? Mann kontynuuje zapoczątkowaną w ,,Collateral'' (,,Zakładnik'') i niespotykaną jak na filmy tego rozmiaru dokumentalną technikę kręcenia (nie wiem jak to nazwać, ale oba te filmy są pod tym względem podobne! Rodzaj taśmy/kamery?) Jednak gdy w przypadku ,,Zakładnika'', zabieg ten dodał wiele do filmu (scena, gdzie Cruise rozwala w jednej chwili oprychów, którzy chcieli go obrabować! Jakbym tam był!) tak w ,,Public Enemies'' bardziej to męczy niż bawi, a na pewno nie przybliża klimatu tamtych czasów.

Odpowiedz
oleQ napisał(a):Rodzaj taśmy/kamery?

Kamera cyfrowa.
www.filmweb.pl/user/Azgaroth_2

Odpowiedz
Jestem po drugim seansie, więc:

Na pewno Wrogowie Publiczni mają sporo wad:
- pocięcie 20 początkowych minut
- scena miłosna – kompletny niewypał
- miłosny wątek muzyczny – według mnie w ogóle nie pasuje do filmu
- mała rola Billie dla rozwoju akcji, ale w sumie co to zmienia?
- kilka drobnostek

Poza wspomnianym miłosnym wątkiem, muzyka jest naprawdę przednia i podoba mi się jeszcze bardziej, niż za pierwszym razem.
Aktorsko już trochę chłodniej mogę się wypowiedzieć o Bale’u, ale zagrał naprawdę dobrze i też złego słowa na niego nie znajdę. Depp bez zmian - świetny.
Z kolei zgadzam się, że drugi (trzeci?) plan rozwalił Stephen Lang; Cotillard to, co miała do zagrania, zrobiła dobrze.

Dalej moimi ulubionymi scenami zostają wybitny finał (jak już wspomniałem – niezwykle przypominający mi klimatem genialny finał Zabójstwa Jesse’ego Jamesa), perfekcyjna strzelanina w Wisconsin i przylot na lotnisko.
Technicznie podtrzymuję - mistrzostwo świata, w szczególności paradokumentalny styl i dźwięki wystrzałów.

I właściwie to mogę się czepiać i tak dalej, ale naprawdę po finałowych scenach wady Public Enemies mam po prostu gdzieś i wyczekuję director’s cut.
Inna sprawa, że dostałem zupełnie inny film, niż się spodziewałem. Nie do końca wszystko Mannowi wyszło, ale jednak zaskoczenie chyba pozytywne - Public Enemies to coś jakby nieoszlifowany do końca diament.

Bardzo trafnie Negrin ujął, że lepiej po seansie, niż w trakcie. Ale sam w końcu nie wiem, co z oceną. Wiem natomiast, że mam ochotę oglądnąć Public Enemies jeszcze raz.


PS A teraz ciekawostka:



(tylko ja widzę to podobieństwo?)

Może mam obsesję, ale Public Enemies według mnie sprawia wrażenie ukłonu w stronę Cienkiej Czerwonej Linii i Zabójstwa Jesse’ego Jamesa. Szkoda tylko, że mimo wszystko daleko mu do nich.

Odpowiedz
Safiram napisał(a):- mała rola Billie dla rozwoju akcji, ale w sumie co to zmienia?

I dobrze, bo to byłby wtedy melodramat pełną gębą, a tak to przecież ten wątek był jednym z definiujących postać bohatera i determinujących jego los. Więcej Billie to większe rozmydlenie fabuły.

Odpowiedz
Ale przecież ja nie napisałem, że Billie jest za mało. Chodzi mi o jej mały wkład w rozwój akcji.

Odpowiedz
a jaki jest wkład w rozwój akcji kobiet w Heat? w filmach Manna kobiety nie są po to, żeby zmieniać decyzje facetów albo popychać akcje na nowe tory. one katalizują/przyśpieszają pewne potrzebny (np. wyjazdu), ale nigdy nie zmieniają tego, co facet postanowił ani nie nie mają wpływu na jego charakter. krótko: obecność kobiety u Manna nie zmienia rzeczy zasadniczej: zasad, którymi facet się kieruje. to w ogóle temat na jakiś fajny tekst i może wkrótce go napiszę:)

Odpowiedz
Mental napisał(a):a jaki jest wkład w rozwój akcji kobiet w Heat?

Niewielki, ale my mówiliśmy o "Public Enemies". Tutaj jest znacznie większy, choć tez nieduży.

Odpowiedz
A czy ktoś w ogóle zauważył taki dopisek "..., ale w sumie co to zmienia?" ?

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Public Enemies (2009) Mental 661 90,982 17-07-2009, 00:29
Ostatni post: Glut



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości