Public Enemies (2009)
Jednak rozczarowanie. Coś mi tutaj nie gra, jak powinno, choć podskórnie czuję, że skreslić Wrogów nie mogę. Jest jakaś metoda rozgryzienia tego filmu, zrozumienia intencji twórcy, ale nie potrafię znaleźć klucza do tej opowieści. Bo niby może byc tak jak mówi w recenzji Mental - fragmentaryczna, urywająca się w najmniej oczekiwanych punktach narracja filmu, daleko odbiegająca od przekrojowego gawędziarstwa typowego dla kina z epickimi ambicjami, jest niczym innym jak odbiciem życia Dillingera, ewentualnie próbą poskładania do kupy kawałków jego roztrzaskanej metryki., a niby tak, jak mówi w recenzji Dobry - Cały film wygląda jak lizanie tematu, zamiast wgryzania się w środek.
Sytuacja jest dość niewygodna: wierzę, że Mann swoje dzieło przemyślał dokładnie i pod względem formy, jak i treści, z drugiej jednak strony wkurzalo mnie tak pozbawione emocji podejście do tej historii, w których jakiekolwiek uczucia (cały wątek romansowy) są podawane w formie zwykłych deklaracji, bez sensownego uzasadnienia. Tak naprawdę, tuż po seansie PE nie wiem nic o Dilllingerze, nic nie wiem o motywacji Purvisa. Wierzę, że może byc i tak, że (za Mentalem, dot. relacji między bohaterami) uczymy się ich na bieżąco, bo i tak za chwilę przeminą. Jesteśmy skazani na "zbieractwo" - podnosimy, sklejamy, dopowiadamy, ale tego typu budowanie dramaturgii zwyczajnie mnie nie przekonuje, nie emocjonuje, nie jestem w stanie złożyć do kupy tych puzzli. Tutaj tak naprawdę nie ma portretu wrogów publicznych - ot historyczny wyrywek z kroniki, z lakoniczną charakterystyką bohaterów, z przebłyskującym gdzieniegdzie tłem. Ani to ekscytuje, ani ciekawi, choć bawi na pewno, bo pod względem bardzo dużej rozrywkowości to jestem zaskoczony Wrogami - sporo strzelanin, ucieczki, pościgi i wszystko na tyle efektowne i dość dynamiczne, że nie nuży, a czas seansu - na pewno się nie dłuży. Ponadto Depp był ok, Bale ze dwie sceny miał dobre jak na glinę z kijem w dupie (ale to postać najbardziej niedopracowana), Marion przepiękna.

Innymi słowy - potencjał duży, acz efekt rozczarowujący. Z trzech recek na KMF mógłbym podpisać się pod tymi autorstwa Dobrego i BD-D, przy czym argumentacja Mentala nie wydaje mi się niesłuszna 8) Arcydzieło? Bez przesady. Ani to najlepszy film Manna, ani najlepszy film gangsterski, ani najlepszy dramat ni melodramat (nawet z tych szorstkich), ani wyjątkowo udany eksperyment formalny.
7

Odpowiedz
Recka BD :
http://dvdtimes.co.uk/content/id/71748/public-enemies.html
Obraz prezentuje się świetnie <ok>

Odpowiedz
co jest u Manna mega szczere i piękne zarazem, to to, że nigdy nie traci on z oczu prawdy, takiej mianowicie, że nie ma nic gorszego od wychwalania bezpieczeństwa kosztem wolności (a współcześnie niestety taka moda intelektualna i nieintelektualna panuje - wystarczy spojrzeć, ile firm ubezpieczeniowych wykwitło w przeciągu ostatnich kilku lat). chodzi o to, że Mann trochę jakby wyminął się z epoką, bo dzisiaj jego fabuły wydają się momentami po prostu zbyt romantyczne, a obsesyjne dążenie do wolności jawi się w nich jako etyka wyabstrahowana z rzeczywistości - absolutna i nieuznająca kompromisów. PE w drugiej połówce filmu serwuje dużo kluczowych, typowo "Mannowskich" rozkmin ideowych, ale sceną najlepiej ukazującą, o co biega, jest ta, w której, dillinger wpada do pokoju na piętrze i widzi bukmacherów trzepiących kapuchę na zakładach. podchodzi do niego dawny kumpel (teraz wróg) D'Andrea, zarządzający całym biznesem z ramienia mafii, i mówi:

Jesteś zagrożeniem dla interesu. Więc syndykat wydał nową polisę, dotyczącą ciebie, Karpisa, Nelsona, Campbella. Nie pierzemy już waszej forsy i nie wpłacamy kaucji. Nie macie wstępu do naszych burdeli. Żadnej broni, lekarzy, kryjówek, niczego... rozumiesz?

a dillinger milczy. zero gadki. patrzy kolesiowi głęboko w oczy i bez słowa wycofuje się z pokoju. wie, że już nie ma odwrotu. obecnie na świecie jest może w porywach dwóch reżyserów (kiedyś było ich więcej, ale już nie żyją - jeden zapił się na śmierć), którzy nakręciliby te scene dokladnie tak samo.

tak sobie dumałem wczoraj o tych sprawach, czytając biografie Benjamina Franklina, i doszedłem do w sumie mało odkrywczego wniosku, że filmy Manna bardziej nadawałyby się do pokazywania masom na przełomie lat 60/70, kiedy to na cześć wolności powstawały peany w klimatach Vanishing point niż do współczesności, kiedy to powolny proces tłumienia w ludziach wolnościowych odruchów dziwi może garstkę osób. z tego tez powodu słowa Franklina, że ci, którzy oddają podstawową wolność za cenę tymczasowego bezpieczeństwa, nie zasługują ani na wolność, ani na bezpieczeństwo uczyniłbym mottem wielu Mannowskich filmów. i w ogóle mega pokrętną formą nobilitowania wolności jest to, że najgorliwiej wyznają tę etykę złodzieje i płatni zabójcy - to oni w pierwszej kolejności gotowi są poświęcić dla niej życie. dla abstrakcyjnej zasady. bo wolność można mieć tylko za pewną cenę - i jak śpiewał Otis Taylor - Wish I could go down to a department store buy myself some freedom nie sprawdza się w realnym życiu.

genialny reżyser. możecie mi skoczyć na dyda, jeśli uważacie inaczejUśmiech

Odpowiedz
Twórczość Manna jako afirmacja wolności? Bardziej jako jej okrutna, ale przez to prawdziwa definicja. Czekam aż Wyrocznia weźmie się za ekranizację Księgi Rodzaju, gdzie mamy źródło wszystkich dylematów wolność vs. wygoda/szczęście/bezpieczeństwo ;-)

Odpowiedz
Cytat:wygoda/szczęście/bezpieczeństwo ;-)

i zycie wieczne, w którym wszystko zostało z góry zaplanowane przez bóstwo. i jeśli bóstwo zapragnie, może człowiekowi bez pytania wygodę/szczęście/bezpieczeństwo odebrać - bo to nie człowiek decyduje, czy będzie mu wygodnie tylko bóg.

Cytat:Twórczość Manna jako afirmacja wolności? Bardziej jako jej okrutna, ale przez to prawdziwa definicja.

wolność nie jest ani okrutna, ani nieokrutna tak samo jak krokodyl pożerający antylopę w bajorku na sawannie nie jest ani dobry, ani zły. wolność po prostu jest i to, czy będzie fajna czy nie, zależy wyłącznie od tego, kto nią dysponuje. z tego tez powodu Mann nigdy przenigdy nie wartościuje wyborów moralnych swoich bohaterów ani nie roztrząsa słuszności podejmowanych decyzji. cytując Costnera z open range: Man's gotta do what a man's gotta do:)

Odpowiedz
No, raczej okrutna, w sensie, że nie wybaczająca, bez litości, spierdoliłeś-zapłacisz za to, w życiu nie wystarczy jak w kościele wyznać grzeszki i uwolnić się od całych konsekwencji paroma zdrowaśkami. Mann owszem, nie ocenia, ale każdy przestępca u niego kończy źle. To oznacza, że dokonali złych wyborów? Chyba Michael nie pokazał nigdy rzezimieszka, który sobie uciekł w siną dal i tyle go widzieli?

Odpowiedz
simek napisał(a):Chyba Michael nie pokazał nigdy rzezimieszka, który sobie uciekł w siną dal i tyle go widzieli?
Isabella, Miami Vice, chociaż nie można tu mówić o ucieczce. Oczywiście możemy się spierać w jakim stopniu jest ona rzezimieszkiem, bo jeśli spojrzeć na nią przez pryzmat bycia czarnym charakterem to oczywiście nim nie jest, ale faktem pozostaje, że to przedstawicielka tej drugiej strony. Ale i ona została ukarana, w sposób gorszy niż śmierć: rozłąką z ukochanym mężczyzną.

Odpowiedz
Każdy przestępca sobie chyba myśli w którymś momencie "kariery" o tym, żeby zrobićostatni skok i zwiewać na Fidżi. Czemu u Manna nikomu się nie udaje? W Gorączce niewiele brakuje - gdyby Neil nie skręcił do hotelu, tylko prosto na lotnisko, to by odleciał wpizdu, zgubiła go żądza zemsty, Dillinger miał bardziej skomplikowanie, bo z każdym ruchem pętla wokół szyi zaciskała sięcoraz mocniej, reszty przypadków nie znam :/

Odpowiedz
W Gorączce się udało, tyle że Chrisowi. Fakt, kosztowało go to utratę kobiety życia, ale gliniarze łap na nim nie położyli.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church

Odpowiedz
Nie, nie, nie. Chodzi o pełny sukces, czyli bierzemy kasę, bierzemy kobietę i odlatujemy do kraju, gdzie nie ma ekstradycji do usa. Gdyby Neil nie skręcił to by to osiągnął.

Odpowiedz
No ale zaraz, a czy postępując inaczej niż Mannowscy przestępcy człowiek zawsze osiąga to, co chce? Na tym polega to okrucieństwo? Że czasem trzeba pójść na kompromis?
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church

Odpowiedz
Że niby nie ma bezkompromisowo szczęśliwych ludzi? Ja sie będę mógł wypowiedzieć jak skończę osiemdziesiątkę ;-)

Myślicie, że istnieje pewne podobieństwo pomiędzy trylogią Ojca Chrzestnego, twórczoscią Scorsese i Manna? Wszystkie te dzieła pokazują w jakimś stopniu dokonywanie wyboru pomiędzy bezpieczeństwem, byciem zwykłym obywatelem, nie ryzykowaniem, a skorzystaniem na maksa ze swojej wolności i zostania kimś(bo nie chodzi tylko o gangsterów - ich życie w jakimś sensie w Godfatherze zrównanie jest z politykami na wysokich strzeblach) bardziej narażonym na koleje losu.

Odpowiedz
Nawet jeśli są tacy ludzie, w co ciężko mi uwierzyć, to w żadnym razie nie nazwałbym tego okrucieństwem w pokazywaniu konsekwencji życia na krawędzi (przynajmniej nie w przypadku Chrisa). I najlepszego z okazji osiemnastych urodzin. Tak na zapas Oczko.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church

Odpowiedz
simek napisał(a):Mann owszem, nie ocenia, ale każdy przestępca u niego kończy źle. To oznacza, że dokonali złych wyborów? Chyba Michael nie pokazał nigdy rzezimieszka, który sobie uciekł w siną dal i tyle go widzieli?

to prawda, że każdy przestępca kończy u niego źle (w sensie: martwy), ale nie dlatego, że jest przestępcą. u Manna zawsze jest moment na zluzowanie i odejście. Scorsese powiedział kiedyś, że wybierając gangsterke jako sposób zarabiania na życie, skończysz albo w plastikowym worku, albo na liście programu ochrony świadków. nie ma trzeciej drogi.

Wawrzyniec napisał(a):W Gorączce się udało, tyle że Chrisowi. Fakt, kosztowało go to utratę kobiety życia, ale gliniarze łap na nim nie położyli.

Mann twierdzi, że Chris zdołał uniknąć śmierci/aresztowania, bo był facetem bez zasad.

Odpowiedz
Cytat:Mann twierdzi, że Chris zdołał uniknąć śmierci/aresztowania, bo był facetem bez zasad.

Fakt, teraz sobie przypominam. Już wiem, co dokładnie reżyser miał na myśli mówiąc, że Chris "posiadł zdolność adaptacji".
Nie wiedziałem, że dyskutujemy wyłącznie o przestępcach z zasadami.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church

Odpowiedz
Mam problem z Public Enemies. Drugi seans był, jakby to powiedzieć, nijaki. Chociaż to nie do końca właściwe określenie, bo trudno powiedzieć to o tym filmie, ale pojawił się dystans. Zniknął gdzieś zachwyt, momentami było nawet znużenie, zacząłem też dostrzegać poważne pęknięcia na tym, jak sądziłem po pierwszym seansie, diamencie.

Są tu trzy naprawdę wspaniałe sceny: przesłuchanie Billie, strzelanina w lesie i ostatnia scena. Trudno odmówić mi bardzo wysokiego poziomu całej reszcie, ale coś mi tym razem nie zagrało, zupełnie jakby - w przeciwieństwie do poprzednich dzieł Mistrza - nie był to film wielorazowego użytku.

Dziwnie się z tym czuję, no ale tak czuję. Ocena spada.

Odpowiedz
w uzupełnieniu do tego, co pisałem parę postów wyżej:

http://www.thehousenextdooronline.com/2009/07/zen-pulp-world-of-michael-mann-pt.html

pierwsze 2 minuty i wszystko jasne. tak marginesem, video-eseje Matta Zollera to najlepsze wypowiedzi w temacie "Michael Mann", jakie znam.

Odpowiedz
Ciekawa sprawa - jak dla mnie ten film to zbiór znakomitych, często wręcz rewelacyjnych pojedynczych scen i sekwencji, którymi delektowałem się praktycznie przez cały seans; problem w moim przypadku polega na tym, że nie potrafiłem po seansie powiedzieć "cóż za wspaniały film", ale za to przez następną godzinę przewijałem i oglądałem co lepsze sceny i robiłem sobie stopklatki. Sekwencje w kinie (obie), czekanie na światłach podczas ucieczki z więzienia, strzelaniny, spacerek po posterunku... Fajnie również, że Depp chociaż na chwilę wyszedł z tego burtonowsko - sparrowskiego aktorskiego dołka, w którym siedzi od dobrych dziesięciu lat.
7/10
Why are you firing wallnuts at me?

Odpowiedz
Seans PE za mną.

Nie wiem, jak wasze odczucia odnośnie kopii, ale moja do $%^&*&^% jest tak ciemna jak sławetny AVP:R i nie ma $%^&*^, żeby to zmienić. Oglądałem to w nocy, po ciemku, na ogromnej plazmie i widziałem twarze, czasem lampki i jakieś białe rąkawy - reszta to czerń.

Poczytałem dawno o PE tu, na forum i w innych miejscach - oczekiwałem czegoś wielkiego (co ciężko określić) ale film jest dwojaki:

Raz zachwyca scenami :
- uświadamianie Dillingera, że jego czas minął)
- Przesłuchanie babki
- Pościg i rozróba na farmie

czasem nuży i dziwnie to odebrałem.
- Motyw miłosny ani nic nie pokazuje ani nie budzi emocji
- Całość, historia, jest diabelnie szorstka
- kilka błędów w fimie razi po oczach

Ogólnie, coś czuję że będę musiał zaliczyć dwa-trzy seanse, aby wszystko wychwycić i ew. zrozumieć zamysł Manna. Jak na razie, filmowi daję 6/10
loading podpis...

Odpowiedz
Właśnie obejrzałem i krótko: najlepszy film Manna. Plusy:

- wszystko oprócz minusów

Minusy:

- zbyt nagłe zmiany sposobu filmowania. Raz tradycyjne kamery, za chwilę ujęcie z cyfrówki, z ręki, z większą liczbą klatek, potem znów poprzedni sposób.
- ostatnią scenę to mógł sobie Mann darować...

A tak w ogóle to gościu kręci takie strzelaniny, że czapki z głów.

9/10

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Public Enemies (2009) Mental 661 90,786 17-07-2009, 00:29
Ostatni post: Glut



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości