Revolutionary Road
#1
[Obrazek: 120241.1456.jpg]
Sielanka, nie? Nie.

"Zapaśnik" nie wytrzymał długo na moim grudniowym topie. O filmie powiem tyle, że bezpośrednio po seansie czułem się rozłożony, a to mimo wszystko u mnie nieczęste (emocjonalnie wybrakowany Negrin, right). Film bolesny, prawdziwy, bez "dobra" i "zła". Szarpie za emocje. Good stuff. Zdecydowanie. No i Kate i Leo... Jakże oni są totalnie inną parą aktorską niż te 10 lat temu na pewnej dużej łódce. Nie wiem, czy któreś z nich dostanie nagrodę, ale spisali się. Poza tym duży szacun dla Mendesa za świetne skrojenie tej historii. I dla Newmana za muzykę, bez której film były co najmniej o oczko gorszy.

Poniewam zakładam temat pod dyktando Jakuzziego, to już z góry się zastanawiam, gdzie mogłaby leżeć ta jedyna wtopa Mendesa. No i nie wiem. Może to jest kwestia kupienia oglądanej historii, ale ja ją kupiłem całkowicie, pomimo początkowej niechęci do anachronicznej i "łatwej" otoczki amerykańskich przedmieść lat 50. (no bo co może być bardziej stereotypowym środowiskiem dla dramatu o piekiełku zadowolonej z miałkiego życia klasy średniej niż własnie to miejsce i ten czas?). Największą zaletą jest właśnie to, że ani bohater Leo, ani bohaterka Kate, nie są ani idealni, ani nie budzą zdecydowanej niechęci. Oboje czasem postępują źle, choć oboje na swój sposób chcą dobrze. Oboje są od siebie różni, choć widać, co ich połączyło. Oboje na swój sposób ranią to drugie i cierpią przez to drugie. Oboje są na swój sposób egoistyczni, choć ciężko ich potępiać. Opis wyszedł mi strasznie emo ;), ale rzecz w tym, że to bardzo wielowymiarowe postacie, które zdecydowanie ciężko jednoznacznie ocenić. Sympatia widza skacze między nimi, a do tego -- jak przypuszczam -- będzie ona także zależeć od widza i jego nastawienia... a kto wie (moje bezpodstawne jak na razie przypuszczenie) że także od płci.

Tyle mojego jak na razie. W każdym razie ja zdecydowanie polecam.
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie

Odpowiedz
#2
Negrin napisał(a):I dla Newmana za muzykę, bez której film były co najmniej o oczko gorszy.

wiedziałem! :D bo na albumie tak słuchałem i słuchałem i bez filmu to mimo wszystko lekki zawód, więc tym bardziej muszę obejrzeć
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#3
Mendes w Revolutionary Road wygarnia ludziom i wygarnia trafnie. Wiekszosc ludzi nigdy bowiem nie jest z siebie zadowolona. Ludzie uwazaja, ze sa wyjatkowi, dlatego przecietna rzeczywistosc, w ktorej zazwyczaj egzystuja, uwiera ich jak kaftan, (aczkolwiek wciaz nie jestem pewien czy tworcy gardza pomyslem wyjazdu do Paryza, jako dziecinnym i naiwnym, czy odstapieniem od niego, jako przejawem braku jaj i w efekcie ugrzeznieciem w bezpiecznej, uporzadkowanej i komfortowej zwyczajnosci).

Problem w tym, ze film jest niesamowicie sztuczny. Mendes ma, jak wiadomo, korzenie teatralne, ale do tej pory nie mozna tego bylo wyczuc w zadnym z jego trzech filmow. Revolutionary Road smierdzi wrecz teatralnoscia. Jest upozowany, nienaturalny. Bohaterowie nie sa zywymi ludzmi, ale figurami. Figurami podporzadkowanymi przewodniej refleksji filmu. Negrin pisze, ze sa wielowymiarowi, ale sa jednowymiarowi: on chce tego, a ona tego. Duzo wiecej o nich powiedziec praktycznie nie mozemy.

Na koniec minus najwiekszy (aczkolwiek tez najbardziej subiektywny, zdaje sobie z tego sprawe): brakuje tu emocji. Mendes mial ambicje na mocny, obnazajacy prawdziwe ludzkie oblicza, bezkompromisowy dramat obyczajowy a'la Little Children. Ale dramatyczna, i to przesadnie, jest tutaj tylko muzyka Newmana. Nie wyszlo. Pierwszy niewypal Mendesa. Zaluje jak cholera, bo jest to jeden z moich ulubionych rezyserow.

Odpowiedz
#4
Jakuzzi napisał(a):(aczkolwiek wciaz nie jestem pewien czy tworcy gardza pomyslem wyjazdu do Paryza, jako dziecinnym i naiwnym, czy odstapieniem od niego, jako przejawem braku jaj i w efekcie ugrzeznieciem w bezpiecznej, uporzadkowanej i komfortowej zwyczajnosci).
A wiesz, co ja myślę? Że po trochu jedno i drugie. To również mi się w tym filmie podoba. Że nawet pod tym względem nie jest czarno-biały.

Jakuzzi napisał(a):Problem w tym, ze film jest niesamowicie sztuczny. Mendes ma, jak wiadomo, korzenie teatralne, ale do tej pory nie mozna tego bylo wyczuc w zadnym z jego trzech filmow. Revolutionary Road smierdzi wrecz teatralnoscia.
Co ja mam teraz powiedzieć? Co poza: tak, masz rację. Oglądając, myślałem trochę o "Kto się boi Virginii Woolf?", myślałem o "Closer". Przy czym naturalnie tamte dzieła przyszły z właśnie z desek teatru, to -- z kart książki. Niemniej są takie filmy, które teatralność z powodzeniem absorbują. Zaabsorbowały ją dwa, oddzielone czterdziestoma laty, filmy Nicholsa, zaabsorbował też nowy Mendes, choć tym razem to teatr dwojga, a nie czworga aktorów. A właściwie dwojga aktorów i jednego błazna.

Jakuzzi napisał(a):Bohaterowie nie sa zywymi ludzmi, ale figurami. Figurami podporzadkowanymi przewodniej refleksji filmu. Negrin pisze, ze sa wielowymiarowi, ale sa jednowymiarowi: on chce tego, a ona tego. Duzo wiecej o nich powiedziec praktycznie nie mozemy.
Nie mogę się bardziej nie zgodzić. Zaczynając od tego, że ja nie wiem, jaka jest ta przewodnia refleksja filmu, której rzekomo wszystko jest podporządkowane. Nie widzę jej. W zależności od nastroju i nastawienia mógłbym wyciągnąć co najmniej kilka różnych wniosków. A kończąc na tym, że długo można by mówić o bohaterach Di Caprio i Winslet. Nie chcę tutaj pisać elaboratów (bo to pewnie i tak wyniknie w toku dyskusji, o ile takowa się dalej potoczy), ani przesadnie rozpływać nad filmem, ale ja dawno podobnie wielowymiarowych i niejednoznacznych postaci na ekranie nie widziałem.

Jakuzzi napisał(a):Na koniec minus najwiekszy (aczkolwiek tez najbardziej subiektywny, zdaje sobie z tego sprawe): brakuje tu emocji.
Oj bardzo, oj bardzo subiektywny. Popatrz: po sąsiedzku wytykasz mi (nawet jeśli półżartem) nieczułość wobec historii Slumdoga. Tymczasem tutaj mamy do czynienia z zupełnie innymi emocjami i nagle się okazuje, że Ty film oskarżasz o ich brak, podczas gdy od tych emocji (uwaga, będzie wyświechtane słowo) aż kipi. Owszem, są one mocno teatralne, już to przyznałem i nie zamierzam zaprzeczać. Ale teatr (w kinie) to nie zawsze "Quo Vadis" Kawalerowicza ;) To również wielkie dramaty na małej przestrzeni. Tak jak w "Revolutionary Road". Przy czym mam wrażenie, że cholernie ciężko tu będzie o długą dyskusję, bo może jeśli chodzi ten film (a może tę stylistykę? kto to wie), nadajemy na całkiem innych falach.

Btw, Mefisto, przypuszczam, że w oderwaniu od filmu muzyka rzeczywiście może być takase. Bo nie przypominam sobie porywających kompozycji. Pamiętam natomiast ścieżkę, która komentuje (nie zawsze dosłownie) obraz. I naprawdę nie wiem, czy jest aby aż taka megadramatyczna, jak twierdzi Jakuzzi. Czasem to nawet wręcz przeciwnie. Ale z pewnością powrócę do niej bez warstwy wideo, to sobie wyrobię zdanie :)
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie

Odpowiedz
#5
Negrin napisał(a):Oglądając, myślałem trochę o "Kto się boi Virginii Woolf?", myślałem o "Closer". Przy czym naturalnie tamte dzieła przyszły z właśnie z desek teatru, to -- z kart książki. Niemniej są takie filmy, które teatralność z powodzeniem absorbują.

Prawda jest, ze i w wysmienitym Closer czuc wspomniana teatralnosc, dlatego tez probowalem zastanowic sie i znalezc powod, dlaczego Revolutionary Road, mimo iz estetycznie podobny, mi nie podszedl. Wydaje mi sie, ze glowna przyczyna takiego stanu rzeczy (oprocz tego, ze Closer opowiedziany jest w sposob bardziej interesujacy i wciagajacy) jest pompatyczna i precyzyjna na maksa rezyseria Mendesa, ktora niszczy realizm i oslabia mozliwosc emocjonalnego zaangazowania. Potencjalnie emocjonujacych sytuacji jest tutaj sporo, prawda, ale calosc jest tak wystudiowana, ze ja tego nie kupuje.


Cytat:choć tym razem to teatr dwojga, a nie czworga aktorów. A właściwie dwojga aktorów i jednego błazna.

No wlasnie, postac Johna, (bo wnosze, ze to jego miales na mysli?). Nie uwazasz, ze jest niesamowicie sztuczna i pretekstowa? Jawi sie tutaj niczym jakas enigmatyczna i symboliczna persona o nadprzyrodzonych zdolnosciach, ktora dziwnym trafem potrafi przejrzec Wheelerow na wskros, zadaje tylko celne, trafiajace w sedno pytania, stopniowo obnazajac ich hipokryzje. Co to do licha jest? ;)

Odpowiedz
#6
Jakuzzi napisał(a):
Cytat:choć tym razem to teatr dwojga, a nie czworga aktorów. A właściwie dwojga aktorów i jednego błazna.
No wlasnie, postac Johna, (bo wnosze, ze to jego miales na mysli?). Nie uwazasz, ze jest niesamowicie sztuczna i pretekstowa? Jawi sie tutaj niczym jakas enigmatyczna i symboliczna persona o nadprzyrodzonych zdolnosciach, ktora dziwnym trafem potrafi przejrzec Wheelerow na wskros, zadaje tylko celne, trafiajace w sedno pytania, stopniowo obnazajac ich hipokryzje. Co to do licha jest? ;)
Ponownie wręcz nie mogę się z Tobą nie zgodzić. Tyle że znów: wychodzi na to, że strasznie dużo zależy od tego, co się "kupuje" lub nie, i w zasadzie nie sposób tego rzeczowo uzasadnić. Zresztą jeśli dobrze widzę, to i Ty (mimo ogólnych zarzutów o wystudiowanie itd.) generalnie chyba sam nie do końca wiesz, dlaczego Ci się nie podobało. W podobny sposób ja nie do końca umiem wyjaśnić, dlaczego mnie się podobało. To znaczy nie, nie chodzi o to, że "nie powinno, a jednak". Uważam po prostu, że wszystko jest na miejscu (łącznie z precyzyjną reżyserią Mendesa, które mnie się z kolei cholernie podobała), tyle że nie umiem argumentem strącić Twojej krytyki. W sumie jakoś tam boli mnie ten fakt, bo nie kończyć rozważań nad tego typu filmami, przecież nie reprezentującymi żadnej specyficznej, "kontrowersyjnej" stylistyki, kończyć pustym "de gustibus".

Hm, więc może ugryzę to tak: jeśli zgadzamy się (bo jakże tu się nie zgodzić), że "Revolutionary Road" jest mocno teatralne, to musimy się również zgodzić, że dramat w teatrze to jest coś takiego, co jednocześnie jest i nie jest realistyczne. I ja to widzę w RR, i mi to odpowiada. Realistyczny jest problem, realistyczne są motywacje, uczucia i wielowarstwowość (upieram się! :P) bohaterów. Z kolei wystudiowany jest pod wieloma względami sposób ich pokazania, zaaranżowania dialogów, wreszcie sposób wprowadzenia wariata, który potrafi przejrzeć na wskroś parę bohaterów. Wystudiowany... ale jak sam powiedziałeś, cholernie precyzyjny. Może właśnie dlatego byłem pod takim wrażeniem. Bo precyzyjnie wyreżyserowana sztuka, mimo (pardon my French) inherentnej nieautentyczności, we właściwym momencie uderza w odpowiednie struny i przez to tak czy inaczej porusza autentyczne tematy i wywołuje w widzu autentyczną reakcję. Tak RR postrzegałem ja.
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie

Odpowiedz
#7
Negrin napisał(a):Zresztą jeśli dobrze widzę, to i Ty (mimo ogólnych zarzutów o wystudiowanie itd.) generalnie chyba sam nie do końca wiesz, dlaczego Ci się nie podobało. W podobny sposób ja nie do końca umiem wyjaśnić, dlaczego mnie się podobało. To znaczy nie, nie chodzi o to, że "nie powinno, a jednak". Uważam po prostu, że wszystko jest na miejscu (łącznie z precyzyjną reżyserią Mendesa, które mnie się z kolei cholernie podobała), tyle że nie umiem argumentem strącić Twojej krytyki.

Moze powinnismy zaczekac, az wypowiedza sie osoby bardziej lebskie i przenikliwe, i wowczas najzwyzej podpisac sie pod ich slowami? :)

Odpowiedz
#8
Bo wiesz co? Pamiętasz, jak w wątku o "Slumdogu" napisałem, że mimo całego wrażenia, jakie zrobiło na mnie RR, troszeczkę kręciłem nosem, czując, że to przecież jednak bezczelny Oscar bait. Ale tylko troszeczkę, bo to wciąż jest dobre i celne kino. Ale tak sobie przypuszczam, że Ciebie poniekąd właśnie to może uwierać. Możliwe, że w zależności od widza, pewne cechy filmu, które krzyczą: "Dajcież nam Oscary!", mogą bardziej lub mniej przeszkadzać w odbiorze :)
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie

Odpowiedz
#9
Nie, to nie to. Mnie akurat fakt czy film jest, czy nie jest oscar baitem kompletnie zwisa. ;)

Odpowiedz
#10
Ale mam raczej na myśli fakt, że to się w pewnym sensie przekłada na pewne cechy filmu.
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie

Odpowiedz
#11
Mocny film. Zgadzam się z Jakkiem, że bardzo teatralny, ale jednak kopie po jajach, końcówka szczególnie. Aktorsko jest wymuskany do granic, choć najlepsze wrażenie zrobił na mnie Michael Shannon, z którego ust wylewa się najwięcej prawdy, i który - jako postrzegany za postrzeleńca - może sobie na nią, jako jedyny właściwie, pozwolić. Kate i Leo także grają świetnie, ale to właśnie Michael mnie miło zaskoczył. Muzyka mnie natomiast nieco rozczarowała - owszem, podwyższa rangę filmu, ale trochę niepotrzebnie Newman ciśnie wciąż jedną i tą samą melodię. Pasuje to do filmu i nie powiem, żeby w jakikolwiek sposób przeszkadzało, ale jednak można było chyba pójść inną drogą. Tak czy siak wspomniany jeden temat jest na tyle mocny i świetnie napisany, że hipnotyzuje, szczególnie w świetnej końcówce. Generalnie film mi się bardzo podobał i podobnie, jak Negrina poruszył, choć może w mniejszym nieco stopniu. I choć można mu wytknąć mniejsze lub większe błędy (parę scen niepotrzebnych, parę dopowiedzeń niedopowiedzianego także), to nie ma to większego sensu, bo film broni się sam.

PS. Przy okazji jest to kolejny tytuł, który stanowi wyraźny dowód o wyższości kina amerykańskiego nad polskim, oraz kolejny argument na Plac Zbawiciela. :twisted:
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#12
W końcu coś innego niż strzelaniny czy dramaty polityczne :) kawał dobrego kina. Widać, że Leo i Kate to światowa czołówka. Te film trzeba było ZAGRAĆ to już nie katastroficzny film kostiumowy z efektami za X mln dolarów :)) Wszystko to wyglądało prawie tak jak na deskach teatru. Dwoje ludzi i emocje między nimi :) co do postaci Johna to jest ona sędzią naszych bohaterów i odkrywa przed nimi ich własne myśli. Nie jest realistyczna ale nie o realizm zawsze musi chodzić.

Odpowiedz
#13
emalia napisał(a):Te film trzeba było ZAGRAĆ to już nie katastroficzny film kostiumowy z efektami za X mln dolarów

Dobrze wiedziec. ;)

Odpowiedz
#14
american beauty jest dla mnie od dzis filmem bardziej alana balla niz sama mendesa. a raczej: juz wczesniej byl, ale teraz jestem juz tego pewna.

revolutionary road to film, w ktorym za duzo sie mowi. zagrany znakomicie - chociaz ja stawiam bardziej na winslet niz di caprio. moze dlatego, ze latwiej mi na te opowiesc patrzyc z punktu widzenia april: bo to jest w duzej mierze historia odbicia sie od emancypacji, niemoznosci wyjscia poza oczekiwania (a frank ma wiele oczekiwan). ale to nie jest film, ktory mi cos otworzyl albo chociaz zaklul, pogryzl, wkurzyl. a newman cichy jakis. dobre kino, ale - tylko dobre. wracac nie bede. wole te fruwajace reklamowki ricky'ego.
DON'T BLINK AND TURN LEFT.

Odpowiedz
#15
Zgadzam się z przedmówcami, że to film który powala na łopatki. Cholera, lubię takie filmy. Bez wszechobecnego patosu, banału i hollywoodzkiego zadęcia.
Za to opierający się na świetnej grze aktorskiej.

Natomiast jedno słówko w sprawie muzyki Newmana. Jest dobra, ale nie wiem, czy ktoś zauważył, że to kalka jego ścieżki dźwiękowej z filmu "Biały Oleander" sprzed 7 lat. Temat przewodni nuta w nutę identyczny, tylko inne klawisze Newman naciskał. I tak samo jak w tamtym filmie ten jeden temat przewodni przewijał się przez cały film.

Tak więc, choć muzyka dobra i dobrze się komponuje z filmem, to wtórna jest niestety. Chociaż dobrze, że "zerżnął" od samego siebie, a nie od kogoś innego.
Quite an experience to live in fear, isn't it?
That's what it is to be a slave.

Odpowiedz
#16
to nie jest kalka, jako kalka, jakie np Horner odstawia - owszem, elementy wspólne są, ale jednak jest to nieco inny temat ;)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#17
Bardzo dobre kino. Historia mnie przekonała, chwilami postraszyła, choć mocno wyczuwalna teatralność dialogów zbudowała pewien rodzaj dystansu do bohaterów i świata, w którym żyją. To było emocjonalnie przekonywujące, bo jakiś rodzaj empatii zawsze mi się włącza podczas seansów tego typu, niemniej reakcje bohaterów były... nienaturalne? To chyba złe słowo jednak. Były takie umowne, zainscenizowane. Poruszające, lecz nie pozostające gdzieś w głębi mnie samego.

Albo nie. Przepraszam, to pieprzenie. Co ja gadam.

Myślę o tym filmie. Myślę o potrzebach bohaterów, ich motywacjach i demotywacjach. To było poruszające i jednak prawdziwe. Wheelerzy byli prawdziwi, bo ich emocje były autentyczne. Nawet jeśli oni sami są figurami, nośnikami jakichś nadrzędnych idei. Chrzanię to. Najważniejsze - ich postawy koreluję z moją postawą. No niestety. Nawet teatralizacja nie jest w stanie zakłócić natłoku myśli, skojarzeń i to pomimo raczej odmiennej sytuacji osobistej. Tak już mam, że kino przyglądające się zjawiskom codziennym, jest moim ulubionym. Bystrość obserwacji Mendes ma opanowaną idealnie.

I powiem też tak: RR to film bardzo wartościowy pod względem socjologicznym, tu szczególnie w kwestii wspomnianej przez Artemis emancypacji i w ogóle ról społecznych kobiet i mężczyzn. Tutaj Mendes dostarczył mi odpowiedniej ilości wrażeń, bo to wizja bardzo konsekwentna, zbudowana na niuansach i niedopowiedzeniach - i o niej można mówić długo, nawet jeśli tło - lata 50. - jest dość zgraną kliszą. Tutaj upatruję najwięcej zalet.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Road House/Wykidajło Wawrzyniec 106 12,448 14-05-2024, 17:14
Ostatni post: slepy51
  Arlington Road [1999, reż. Mark Pellington] Snuffer 9 3,942 30-05-2021, 22:10
Ostatni post: Debryk
  The Road (reż. John Hillcoat) Mental 377 63,741 10-01-2014, 21:06
Ostatni post: Proteus



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości