Chyba najbardziej spontaniczny zakup jakiego dokonałem. Widzę okładkę DVD i mam w głowie tylko zachwyt dziecka nad zajebistością tego filmu. Oczywiście oglądanego w tajemnicy przed kimkolwiek. Tylko w stosunku do T2 i Guyvera miałem większy sentyment.
Dla niewtajemniczonych - film opowiada o wykidajle nazwiskiem Dalton (Patrick Swayze), który jest niemalże legendą wśród kumpli po fachu (i nie tylko), a który zdecydował się przemienić pewną mordownię w miejsce, do którego ludzie będą uderzać drzwiami i oknami w celu wprowadzenia do krwiobiegu jak największej liczby procentów, a następnie wytańczenia ich na parkiecie przy zacnej muzie. Na drodze stoi mu wpływowy koleś, któremu wydaje się, że miasteczko, razem ze spelunką, jest jego.
Wprowadzenie tego filmu ma w sobie coś magicznego. Zajebista muza, napisy początkowe w kolorze kiczowatego różu, klub pełen roztańczonych ludzi, no i oczywiście wejście protagonisty. Kamera obraca się wokół niego, gdy stojąc przy barze taksuje otoczenie w poszukiwaniu ewentualnej zadymy. Do takowej dochodzi, więc przydupasy Daltona zajmują się problemem. Ów Problem prosi by go puścić, i że już będzie grzeczny. Legenda się godzi, obrywając za swoją pobłażliwość nożem po ramieniu. Problem, ponownie nawiedzany przez łapy przydupasów, postanawia wyzwać Daltona na pojedynek. Dalton przez chwilę milczy, po czym dziarsko rzuca przeciwnikowi: "Na zewnątrz".
Myślę sobie: "O nie. Co ja wygrzebałem".
Problem gotowy do walki. Dalton staje przed nim, po czym uśmiecha się i wraca spokojnie do klubu, kryty przez ścianę przydupasów. Zrobił, co miał zrobić - wyniósł problem poza klub, dodatkowo nie ruszając nawet palcem. Wszyscy są zadowoleni, w tym najbardziej ja.
W końcu pewien właściciel klubu prosi go o pomoc (wyżej napisałem o co chodzi). Dalton wyrusza do miasteczka, obczaja klub, śmieje się pod nosem na widok tej raczkującej speluny i obmyśla plan. Gdy dochodzi do bójki, w której uczestniczą wszyscy bywalcy, przygląda się. Wydawałoby się, że jedyny ruch jaki wykona, to lekki unik przed lecącą w jego stronę butelką. I w sumie nie zobaczymy jak kopie dupę, aż do momentu, kiedy to dokładnie w 25 minucie i 59 sekundzie rozpieprza stół przy pomocy łba kolesia grożącego bramkarzowi nożem. Te pół godziny bez ruszania palcem komentuje za widza wykidajło-amator: âSo far he hadnât shown me shitâ. Świetna sprawa.
Teksty w filmie też niczego sobie. Kiedy Dalton tłumaczy swoim podwładnym jak powinni się zachowywać wykonując zawód "bouncera", zdradza, że główna zasada to być miłym, nie brać niczego do siebie. Wtedy jeden ze słuchaczy pyta: "Czyli mam nie brać do siebie tego, że ktoś nazwie moją matkę dziwką?". Wtedy Dalton odpowiada pytaniem: "A jest nią?". Coś pięknego. Albo tekst, którym męczą go wszyscy dookoła (zasłużenie): "Myślałem/am, że będziesz większy". Kurde le bele, było tego więcej, ale nie mogę sobie teraz przypomnieć.
No i jeszcze jedna postać - Wade Garrett w wykonaniu Sama Elliotta. Na początku jedynie się o nim wspomina. Widz poznając go w mniej więcej połowie filmu wie tylko tyle, że to kumpel Daltona. Wade samą swoją obecnością sprawił, że polubiłem skurczybyka. Jest luzacki, doświadczony jak cholera i trzyma niezłą formę jak na kulejącego dziadka. Postać z prawdziwą iskrą.
Film nie jest arcydziełem, ale to bardzo dobre kino ociekające klimatem akcyjniaków końca lat 80-tych z absolutnie kapitalną muzyką. Polecam.
P.S. Jodie Foster w tym filmie to prawdziwa szprycha. Jej taniec na scenie w klubie to coś niesamowitego.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church
Mialem odnosnie tego filmu wspaniale wspomnienia, ale po wakacyjnym seansie pogardzilem tym obrazem. Swayze niestety fajterem jest zerowym a w filmie udaje samego Jeta Li. Choreografia starc jest idiotyczna i naiwna, teksty wymuszone, a calosc tania i glupkowata.
Road House sprawdza sie lepiej jako wspominka niestety. Bdzieiwasty film i tyle.
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi
Z tym udawaniem Jeta Li to się nie zgodzę. Fakt, walki mogłyby być lepsze, nie ma co ukrywać, ale z drugiej strony to nie jest wschód (choć Swayze treningiem pokazuje, że może być inaczej). Tutaj jest południe Ameryki, ludzie uczyli się walczyć w spelunach takich jak Double Deuce. Facet robi salto wybijając się w powietrze przy pomocy kija bilardowego i rządzi wsią ;).
Ten film traci tylko w końcówce, po drodze to świetne, bezstresowe kino z fajną muzą. I nawet coś tak nieprawdopodobnego jak filozof-pół-karateka na jakimś zadupiu południa nie jest w stanie zepsuć mi zabawy ;). W sumie jak się nad tym zastanowię, to podoba mi się pomysł na takiego kolesia.
Przypomniała mi się jedna ważna i jakże świetna scena. SPOILER Moment, w którym Dallas wyciąga ostrze spod żebra Wade'a jest kapitalna. Wali od niej czystym wkurwieniem, nieskrępowaną złością. Lepszego wyjmowania noża z trzewi kumpla chyba nie widziałem. KONIEC SPOILERA.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church
Nie zrozumiales mnie. Swayze stara sie robic za kogos wyszkolonego w sztukach walki, ale jego technika poraza zupelnym brakiem owego wyszkolenia. Porywa sie na kopniecia, ktorych po prostu nie potrafi wykonac i wyglada to idiotycznie na filmie.
A te jego wygibasy pod domem to szczyt tandeciarstwa z lat '80.
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi
Kurde le bele, przecież to właśnie to całe tandeciarstwo jest piękne! :) Jasne, Swayze nie umie walczyć. Z tym że ja nie oglądam tego filmu dla walk. Od tego mam chociażby sequel "Pijanego Mistrza". Ja mam frajdę z oglądania jak jeden człowiek sprawia (z małą pomocą), że miejsce którego wystrzega się sam szatan przemienia się w klub na wysokim poziomie. Widzi, że na tym poprzestać nie może, więc idzie do głównego bossa i rozprawia się z nim. Ten bezkompromisowy absurd jest absolutnie w pytkę. Jako zjawisko i ciekawostka sprawdza się ten obraz znakomicie. A w swojej klasie, moim zdaniem, wybija się (w pozytywnym znaczeniu).
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church
"Przydrożny bar" to był przecież klasyk dzikiego okresu VHS i zawsze będzie dylemat czy ten kotlet odgrzewać czy zostawić go wspomnieniem z lat młodości :)
Po raz pierwszy obejrzałem w 2009 roku. Obok takiego Showdown in Little Tokyo jeden z bardziej absurdalnych i przegiętych filmów ery VHS do których chętnie wracam choć nie widziałem ich w tamtych czasach. No i ma świetny soundtrack (mam tu na myśli głównie piosenki).
Ta wiadomość o rimejku przypomniała mi o oryginale. Widziałem film raz i to z 15 lat temu - NIC nie pamiętam, poza tym, że rolę główną grał Patrick. Może jeszcze w tym roku sobie powtórzę.
Ten film ma jeden niezaprzeczalny plus - Sama Elliotta, który jest jak zawsze zajebisty.
Śmierć jego postaci to przygnębiające wydarzenie i wtedy dopiero zaczynasz kibicować Swyzakowi żeby zabił wszystkich.
"Wracaj pląsąć po parkiecie synu, do mordobicia trzeba mieć styl i fantazję." ;)
Co to jest „FIUT”? FIUT to jest skrót moich zainteresowań „Film I Uwentualnie Telewizja”
バリバリ グシャグシャ バキバキ ゴクン
#OfficialJames Francis CameronandChristopher Johnathan James NolanHejter# :D
25-11-2013, 22:30 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-11-2013, 22:31 przez SonnyCrockett.)
(25-11-2013, 09:35)Juby napisał(a): Ta wiadomość o rimejku przypomniała mi o oryginale. Widziałem film raz i to z 15 lat temu - NIC nie pamiętam, poza tym, że rolę główną grał Patrick. Może jeszcze w tym roku sobie powtórzę.
Powinienem wsadzić Cie w "ignorowanych". Darowane by mi było czytać tak bezsensowne posty.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
Wczoraj sobie przypomniałem po raz pierwszy od bardzo dawna i ... matko, ale ta produkcja jest radośnie beztroska. Tzn. wiadomo, traktuje o poważnych sprawach, rozterkach głównego bohatera, jest też śmierć, ale wszystko jest tak naiwne, że głowa mała. Oczywiście nie jest to wada, tylko w takim okresie jak lata 80 możemy dostać scenę w której główny zły zostaje poszatkowany strzelbami przez mieszkańców miasteczka, przyjeżdża policja i kiedy pytają się co się stało, pomagier złego mówi:
-"Ja nic nie wiem, mnie przygniótł niedźwiedź."
a reszta radośnie śmieje się z niego i całej sytuacji :D
Poza tym cała masa cycków, fajnej muzyki i Swayze który bić się nie umie, ale jest zajebiście wyżyłowany i po prostu mu się kibicuje, bo źli muszą być oczywiście szpetni i wręcz groteskowi :)