Film oglądałem już dobre kilka miesięcy temu, nie zakładałem jednak tematu, bo oprócz oficjalnej kinowej dystrybucji w UK, na świecie dostępny był raczej jedynie na różnych festiwalach filmowych. Niedawno wydano go jednak na DVD/BR, więc wszyscy zainteresowani wiedzą co mogą zrobić (ja np. upolowałem BR za kilka funtów)... :)
„Ill Manor” jest debiutem pełnometrażowym brytyjskiego rapera występującego pod pseudonimem – Plan B zarabiającego na życie również aktorstwem, już pod własnym nazwiskiem - Ben Drew (m.in. „Harry Brown” i opisywany przeze mnie niedawno „The Sweeney”). Historia ma miejsce w ostatnio chętnie eksploatowanym przestępczym światku wschodniego Londynu. Jakiś czas temu pisałem tutaj o świetnym „Wild Billu”, podkreślając jego odrębność od gangsterskich historii Guy’a Ritchiego. Poetyka radosnej przemocy jest obca również reżyserowi „Ill Manor”, który stawia raczej na dość szorstką, brutalną i pesymistyczną wizję współczesnych szemranych zakamarków Londynu.
Konstrukcja fabularna jest epizodyczna, krąży wokół przeplatających się historii kilku postaci, mieszając przy tym w chronologii wydarzeń. Przywoływać to może lekkie skojarzenia z Tarantino, sam zresztą reżyser przyznaje się do fascynacji jego twórczością, ale jego film jest bliższy produkcjom festiwalowym. Szorstki, nie popadający w galop fabularny i ekwilibrystkę słowną, dialogi są takie jak przedstawiony świat, wulgarne, dosadne i trafiające w sedno. Nie festiwalowa jest natomiast warstwa techniczna - świetne ujęcia i zabawy formalne.
Osobne zdanie należy się stronie muzycznej. Zaskoczeniem nie będzie, że film hiphopem stoi. Plan B napisał osiem utworów dedykowanych poszczególnym bohaterom, opowiadających ich mniej lub bardziej dramatyczne losy, zobrazowane montażową sklejką. Nadaje to całości formy swoistego miejskiego musicalu. Film ma swoje minusy, fabuła nie jest przesadnie oryginalna, a postacie dość płytko zarysowane. Wynika to z nadmiaru poruszonych wątków, przez co nie poświęcono wystarczająco miejsca bohaterom, ale jeśli mam być szczery, zupełnie mi to nie przeszkadzało. Film broni się na innych polach, niewątpliwie ma swój unikalny ton, jest chwilami zaskakujący, gdy wydaje się, że wszystko zostało już powiedziane, rozpoczyna się zupełnie nowy wątek, który sporo namiesza w życiu niektórych postaci. Reasumując, jedno z moich przyjemniejszych kinowych odkryć tego roku.
I tak jeszcze uzupełniająco, kilka utworów z soundtracku, który w formie „Deluxe Version” jest dostępny w alternatywnych środkach dystrybucji. Tak jak generalnie hip-hop w dużych dawkach mnie nuży, tak od „Ill Manors” od miesiąca nie mogę się oderwać.
„Ill Manor” jest debiutem pełnometrażowym brytyjskiego rapera występującego pod pseudonimem – Plan B zarabiającego na życie również aktorstwem, już pod własnym nazwiskiem - Ben Drew (m.in. „Harry Brown” i opisywany przeze mnie niedawno „The Sweeney”). Historia ma miejsce w ostatnio chętnie eksploatowanym przestępczym światku wschodniego Londynu. Jakiś czas temu pisałem tutaj o świetnym „Wild Billu”, podkreślając jego odrębność od gangsterskich historii Guy’a Ritchiego. Poetyka radosnej przemocy jest obca również reżyserowi „Ill Manor”, który stawia raczej na dość szorstką, brutalną i pesymistyczną wizję współczesnych szemranych zakamarków Londynu.
Konstrukcja fabularna jest epizodyczna, krąży wokół przeplatających się historii kilku postaci, mieszając przy tym w chronologii wydarzeń. Przywoływać to może lekkie skojarzenia z Tarantino, sam zresztą reżyser przyznaje się do fascynacji jego twórczością, ale jego film jest bliższy produkcjom festiwalowym. Szorstki, nie popadający w galop fabularny i ekwilibrystkę słowną, dialogi są takie jak przedstawiony świat, wulgarne, dosadne i trafiające w sedno. Nie festiwalowa jest natomiast warstwa techniczna - świetne ujęcia i zabawy formalne.
Osobne zdanie należy się stronie muzycznej. Zaskoczeniem nie będzie, że film hiphopem stoi. Plan B napisał osiem utworów dedykowanych poszczególnym bohaterom, opowiadających ich mniej lub bardziej dramatyczne losy, zobrazowane montażową sklejką. Nadaje to całości formy swoistego miejskiego musicalu. Film ma swoje minusy, fabuła nie jest przesadnie oryginalna, a postacie dość płytko zarysowane. Wynika to z nadmiaru poruszonych wątków, przez co nie poświęcono wystarczająco miejsca bohaterom, ale jeśli mam być szczery, zupełnie mi to nie przeszkadzało. Film broni się na innych polach, niewątpliwie ma swój unikalny ton, jest chwilami zaskakujący, gdy wydaje się, że wszystko zostało już powiedziane, rozpoczyna się zupełnie nowy wątek, który sporo namiesza w życiu niektórych postaci. Reasumując, jedno z moich przyjemniejszych kinowych odkryć tego roku.
I tak jeszcze uzupełniająco, kilka utworów z soundtracku, który w formie „Deluxe Version” jest dostępny w alternatywnych środkach dystrybucji. Tak jak generalnie hip-hop w dużych dawkach mnie nuży, tak od „Ill Manors” od miesiąca nie mogę się oderwać.
Kinofilia - blog filmowy
PAMIĘĆ ABSOLUTNA, czyli...
TOTAL RECALL 2, czyli dlaczego Paul Verhoeven nie nakręcił kontynuacji.
PAMIĘĆ ABSOLUTNA, czyli...
TOTAL RECALL 2, czyli dlaczego Paul Verhoeven nie nakręcił kontynuacji.
22-10-2012, 22:01







