Safiram napisał(a):A czy ktoś w ogóle zauważył taki dopisek "..., ale w sumie co to zmienia?" ?
Trochę zmienia.
22-07-2009, 11:30
|
Public Enemies (2009)
|
Safiram napisał(a):A czy ktoś w ogóle zauważył taki dopisek "..., ale w sumie co to zmienia?" ? Trochę zmienia.
22-07-2009, 11:30 Solo napisał(a):Niewielki, ale my mówiliśmy o "Public Enemies". ciesze się, że mówicie o PE, ale tak się składa, że o PE nie da się rozmawiać w oderwaniu od Heat i Thiefa. cała trójka stanowi rdzeń światopoglądu Manna i prędzej czy później trzeba będzie przywołać jeden z tych filmów. facet u Manna to facet. w pewnym sensie monolit. kobiety potrzebuje, ale nie po to, żeby się zmienić. tu sie nie wygłasza rzewnych tekstów z cyklu: "dla ciebie się zmienię". u Manna słychać: "ostatni skok i kończę z tym". 22-07-2009, 11:31
Być może, ale jednak mowa jest o PE i trochę o czym innym. Chodzi mi o to, że rola Billie nie jest "za mała", bo jest w sam raz: po to by bohater coś zyskał i stracił, coś co nadało pozornie sens jego życiu, coś czego strata kosztowała go - pośrednio - być może życie. Gdyby postać Billie była równa postaci Johna w kinie, wyszedłby melodramat, a tak proporcje zostały zachowane dla potrzeb gatunku dramatu.
22-07-2009, 11:37
zgoda. ale ja odpowiadam na zarzut Safirama, jakoby brak wpływu billie na rozwój akcji (podkreślam: na przebieg wydarzeń) był czymś negatywnym, czymś, co przeczy dotychczasowej tendencji w twórczości Manna.
Solo napisał(a):Gdyby postać Billie była równa postaci Johna to się nigdy nie stanie. a jeżeli się stanie, to znak, że w kinematografii doszło do najradykalniejszego zwrotu od czasów obywatela kane'a
22-07-2009, 11:43 Mental napisał(a):ale ja odpowiadam na zarzut Safirama, jakoby brak wpływu billie na rozwój akcji (podkreślam: na przebieg wydarzeń) był czymś negatywnym, czymś, co przeczy dotychczasowej tendencji w twórczości Manna. A Safiran pisał o PE, a nie twórczości Manna. Ale ok, rozszerzyłeś pole, czemu nie. Mental napisał(a):to się nigdy nie stanie. Zakładasz, że Mann-reżyser przestał się rozwijać. Oby nie. 22-07-2009, 11:46
Ale ja się zgadzam, że jej rola jest w sam raz. Zaliczyłem do wad jej mały wpływ na rozwój akcji, ale przypomnę, iż z dopiskiem. I powiedzmy, że w pewnym sensie mnie przekonaliście :)
Solo napisał(a):A Safiran pisał o PE, a nie twórczości Manna No właśnie, przeciętnie u mnie z twórczością Manna, ale nie bójcie się - nadrobię :) 22-07-2009, 11:48 Solo napisał(a):A Safiran pisał o PE, a nie twórczości Manna. jezu, solo.... znowu to samo. wiem, o czym pisał Safiran i chciałem mu tylko przypomnieć, że taki sam zarzut można wystosować pod adresem Heat, Thiefa i Miami Vice. a tak w ogóle to billie jest imo najlepszą postacią kobiecą, jaką Mann wymyślił. spora w tym zasługa cotillard, która idealnie zagrała uroczo-naiwną szarą myszkę sprzed epoki emancypacji. Safiran napisał(a):Zaliczyłem do wad jej mały wpływ na rozwój akcji, ale przypomnę, iż z dopiskiem. I powiedzmy, że w pewnym sensie mnie przekonaliście spoko. ja tylko wyjaśniam solo pewne rzeczy, bo znowu zaistniały problem w komunikacji. 22-07-2009, 11:50
dobra chłopcy, dajcie sobie po mordach i idźcie na piwo 8) posty powyżej idą do wykasowania, chyba że sami je wykasujecie, ok?
22-07-2009, 12:15
http://www.esensja.pl/film/recenzje/tekst.html?id=7893
recka podoba mi się. Jeżeli grzechem Michaela Manna jest sięganie po pewne szablony funkcjonujące w kinie sensacyjnym (i często stworzone przez samego reżysera â vide âGorączkaâ i âMiami Viceâ) tylko po to, by móc opowiedzieć za każdym razem inną historię, to ja proszę, by twórca grzeszył jak najwięcej. Recenzentom, dla których dzieła Manna â tak naprawdę niewiele się różniące ze względu na sposób ich tworzenia od tego, co robił za życia Kubrick â życzę o wiele więcej uwagi i wnikliwości. 22-07-2009, 15:00 Safiram napisał(a):Może mam obsesję, ale Public Enemies według mnie sprawia wrażenie ukłonu w stronę Cienkiej Czerwonej Linii i Zabójstwa Jesseâego Jamesa. Szkoda tylko, że mimo wszystko daleko mu do nich. To nie jest żaden ukłon - to niestety potężny policzek w twarz; sam utwór jest co prawda świetny i pasuje do sytuacji, ale kurna, to jest Goldenthal, jeden z najbardziej oryginalnych kompozytorów, a odwalił plagiat, jak jakiś Bates czy inna cholera. Ogromny minus za to.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 22-07-2009, 15:22 Mental napisał(a):Recenzentom, dla których dzieła Manna â tak naprawdę niewiele się różniące ze względu na sposób ich tworzenia od tego, co robił za życia Kubrick â życzę o wiele więcej uwagi i wnikliwości. Tu chyba czegoś zabrakło. Właśnie uwagi i wnikliwości
fb.com/bart.poznaniak
22-07-2009, 15:24
Padło porównanie sceny zabójstwa Dillingera do sceny zabójstwa Jessiego Jemesa. Moim zdaniem scena z Wrogów Publicznych, a dokładnie sam moment strzału w tył głowy to jeden z najsłabszych elementów filmu. O ile slow motion w momencie kiedy agenci biegną do Johnnego, a jego samego widzimy jak idzie w tłumie (i chyba się uśmiecha), jak najbardziej pasuje, o tyle w samym momencie strzału wygląda to trochę zbyt efekciarsko i kiczowato. Sam strzał można było zrobić już w tempie normalnym. Boom i po krzyku. Coś na wzór wcześniej wspomnianego zabójstwa Jessiego Jamesa.
22-07-2009, 15:45 Mefisto napisał(a):To nie jest żaden ukłon - to niestety potężny policzek w twarz; sam utwór jest co prawda świetny i pasuje do sytuacji, ale kurna, to jest Goldenthal, jeden z najbardziej oryginalnych kompozytorów, a odwalił plagiat, jak jakiś Bates czy inna cholera. Ogromny minus za to. Nie powiedziałbym, że to plagiat, a jedynie "mocna inspiracja". I porównanie do Batesa - jego plagiatów często się nie da słuchać, a utwór "JD Dies" jest jak najbardziej świetny. Ale fakt faktem - pachnie to Cienką Czerwoną Linią bardzo mocno. A co do "ukłonu" to chodziło mi głównie o podobny klimat :) 22-07-2009, 21:24
nie zmienia to faktu, że pod tym względem Goldenthal mnie zawiódł - mógł wymyślić wszystko, a zrobił taki psikus :|
anyway...już po drugim seansie - właściwie nic się nie zmieniło, jedynie więcej rzeczy rażących raziło jeszcze bardziej, jak za pierwszym razem. Te pierwsze 30 minut jest naprawdę bardzo średnie. No ale, film wciąż bardzo dobry.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 23-07-2009, 00:02
Czytam sobie forum filmwebu i włos mi się jeży na głowie. Główne zarzuty stawiane przeciwko filmowi przez naszych rodaków to:
a) nudny b) kiepski scenariusz c) nudny d) kiepski aktorsko e) nudny Tu pozwolę sobie zacytować jedną opinię - prowokacja czy nie, i tak chce mi się wyć jak takie coś czytam: "4/10 to max co moge dac. Film nudny , malo strzelania , dużo głupiej paplaniny , Transformersy sa o wiele lepsze." Znalazł się nawet temat/zabawa - wymienianie żenujących scen. Ktoś dał jako przykład scenę "What else do you wanna know?" Czasem się zdarzy jakaś pozytywna opinia. Muszę się odciąć od tego portalu :mrgreen: 23-07-2009, 15:19
Nie wdając się w niepotrzebne dyskusje - tak było "od zawsze", nie tylko dzisiaj. Nie ma co się martwić, ani narzekać. Tak było, jest i będzie.
23-07-2009, 15:25
Obejrzałem. Po recenzjach FilmWebu byłem nastawiony dwojako - albo będzie dobrze albo wybitnie. Było wybitnie. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie narzekali na nudę; przecież dialogi właściwie ograniczały się do minimum i te 130 minut minęło jak przysłowiowe 90. Obawiałem się Deppa, ale zaskoczył mnie niebywale; jego Dillinger był niesamowity - albo dowcipniś albo kawał sukinsyna i przy tym kozak (jak zresztą sam film).
Chwilami miałem wrażenie, że oglądam Gorączkę a niektóre ujęcia były wręcz żywcem z niej wyrwane. Poza tym - styl zdjęć i technika HD - mistrzostwo. Z początku filmu jest wiele rwanych sekwencji, bardzo chaotycznie poprowadzonych, jakby Spinottii ustawiał ujęcia po pijaku, ale mnie to się cholernie podobało - wyraźnie widać, że tutaj Mann nie bawił się cyfrą dla zabawy, ale korzystał z tej techniki tworząc jakby zupełnie nowy rodzaj prowadzenia historii. Nie wiem, jak to dobrze określić, ale całość rozsadza zmysły. Finalna sekwencja masakruje - te zwolnione ujęcia wprowadziły takie napięcie, że rozsadzało ekran. Jak wspomniał Mierzwiak - jedno z najlepszych zakończeń w historii. Cotillard... jej postać była nieco naiwna i wydaje mi się, że tutaj Mann potraktował postać żeńską w najbardziej instrumentalny sposób w swojej całej karierze. Scena miłosna? Jej zimna kolorystyka jakby mi podpowiedziała, że to taka miłość nie z uczuć a czegoś, jak życie widział Dilinger - nie myślmy o przyszłości. Jest teraz i to wystarcza. Jeszcze nie mogę otrząsnąć się seansie - całość sprawiła, że nie wiem, jak właściwie do tego podejść. Wszystko było... INNE. Miażdżąco zimnie, poważne, realistyczne. I za to Manna uwielbiam - facet korzysta z środków wyciągając z nich to, co najważniejsze, podczas, kiedy reszta zatopiłaby wszystko w nadmiarze formy. Aktorstwo świetne. Zarówno pierwszy jak i drugi plan pierwsza klasa. Jedyny minus do chyba postrzał CGI; rzuciło się w oczy, bo miałem wrażenie, że widzę latający keczup. Zdaje mi się, że najbardziej spodobało mi się brak jakiejkolwiek próby faworyzowania postaci. Wszystkie emocje wychodziły nie z postaci a relacji między nimi - to zimne spojrzenia, krótkie dialogi. Ogólnie; 10/10. Miazga. Najlepszy wg mnie film Manna obok Gorączki i chyba jego pierwszy taki, na którym się mocno pośmiałem - scena, w której Dilinger chodzi po komisariacie. Uświadomiła mi to, jak bliskie temu jest poczucia świadomości dzisiejszego społeczeństwa - najczęściej śmieją się ci, którzy srają na system. Nic się nie zmieniło. A Mann pokazał to bez słów. Kosmos. 23-07-2009, 17:09 Mental napisał(a):generalnie po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że Mann nakręcił sceny akcji jakby z konieczności. jasne, były momentami znakomite, ale kurde na maxa podrzędne wobec całej reszty. A mnie strzelanina w lesie wgniotla w fotel. Zaryzykuje nawet twierdzenie, ze posiada ona takiego samego powera, co okrzyczana strzelanina z Heat. Swoja droga najlepsze dwa ujecia tej strzelaniny naleza do Baby Face Nelsona: pierwsze to to, kiedy kumpel podaje mu karabin, a ten zaczyna pruc z niego jak oszalaly, zas my obserwujemy to tuz zza jego plecow (moment ten mozna bylo zobaczyc juz w spocie), a o drugiej nie napisze, bo musialbym zaspoilerowac. ![]() Cytat:po takim ojcu chrzestnym, scarface czy innych filmach człowiek ma ochotę zasiąść na tronie i rządzić miastem, a tutaj nędza, brak kasy, kompani ubywają w zastraszającym tempie, z ukochaną kobietą spędzasz noc siedząc na piasku gdzieś na jakimś zadupiu, na niebie nie ma gwiazd, zero wożenia się limuzynami, zero gangsterskiego lansu, kasy ciągle mało... Bez przesady, akurat ten aspekt wyglada tutaj podobnie jak w gangsterskich filmach Scorsese czy De Palmy - najpierw mamy wielkie sukcesy i high life kryminalistow (wykwintne restauracje, drogie garnitury, panienki, super bryczki, wyscigi konne w Miami), ktory dosc szybko i tragicznie sie konczy, jak to zazwyczaj bywa w kinie gangsterskim. W PE Johhny co prawda spedza rownoczesnie duzo czasu w pierdlu, ale zycie za kratkami nie wyglada tutaj zle, mozna wrecz powiedziec, iz jawi sie niemalze sielankowo, skoro mozna z wieznia z taka latwoscia sie wydostac. Cytat:najlepsza kwestia to oczywiście Lengella i tekst o Shirley Temple. Lang, do ciula wafla. Swoja droga gosciu morduje swoja aparycja i spojrzeniem. Czadowa postac.
23-07-2009, 22:31 |
| Podobne wątki | |||||
| Wątek: | Autor | Odpowiedzi: | Wyświetleń: | Ostatni post | |
| Public Enemies (2009) | Mental | 661 | 90,786 |
17-07-2009, 00:29 Ostatni post: Glut |
|
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 1 gości |