Książki
Dla mnie chyba momentem szczytowym była właśnie Biała Gorączka. Prócz tego, że narracja nie jest tu dzielona między kilku bohaterów to dla mnie wzorcowa powieść Ellroya, a Klein to zdecydowanie jego najlepszy bohater. Finałowa deklaracja to czysta poezja.

Odpowiedz
Mógłbym się zgodzić, ale jednak ciut wyżej stawiam Amerykański spisek, być może dlatego, że mam słabość do tematu JFK i teorii wokół tego zabójstwa. Ale White Jazz to perfekcyjne zwieńczenie pierwszego kwartetu i najlepsza jego część.

Odpowiedz
Screaming Mimi, Fredric Brown
Dużo się tu ostatnio opowiadało kocopołów na temat literatury kryminalnej i różnych za przeproszeniem Stiegów Larssonów. Postanowiłem więc nadrobić klasyka nie lada. Powieść Browna (u nas bardziej znanego jako autor sf) jest jedną ze słynnych książek w żółtych okładkach, które stanowiły inspirację dla filmów giallo. W przypadku tego konkretnego tytułu inspirację bardzo mocną, bo Dario Argento na wczesnym etapie kariery (Trylogia Zwierzęca) zżynał z Browna na potęgę. Ptak o Kryształowym Upierzeniu to praktycznie luźna adaptacja Mimi. Niestety jeśli ktoś widział film, nie czeka go tu wiele niespodzianek. Ja widziałem a i tak uważam książkę za wartą przeczytania, bo Brown zrobił to wszystko lepiej.
Tytułowa Mimi to posążek wrzeszczącej nagiej kobiety (u Argento był obraz) stanowiący klucz do wyjaśnienia serii morderstw popełnionych przez sprawcę jakże oryginalnie nazwanego Rozpruwaczem, który terroryzuje Chicago. Śledztwo prowadzi zapijaczony dziennikarz Sweeney w chlubnym celu zaimponowania niedoszłej ofierze mordercy, z którą chciałby się przespać.
Urocza książka. Lekka, dowcipna, z narratorem wdzięcznie pukającym od czasu do czasu w czwarta ścianę i galerią wyrazistych postaci (ale nie karykatur jak u Dario). Powieść pochodzi z 1949 i zawarte w niej chwyty już dawno się przetarły, ale wyjątkowo sprawne pióro Browna nadaje im aurę pewnej świeżości. Na szczególne wyróżnienie zasługuje radośnie absurdalny finał, przy którym trudno nie rechotać z satysfakcją. Ma tu na myśli nie rozwiązanie zagadki (które względnie trzyma się kupy) tylko naturę ostatecznej konfrontacji z Rozpruwaczem.
Jest też oficjalna adaptacja z lat 50, ale jeszcze jej nie obejrzałem. Fakt, że promowano ją głownie cycochami Anity Ekberg nie nastraja optymistycznie.
Tak czy siak 9/10.

Odpowiedz
Łyknąłem w dwa wieczory polecanych ostatnio Skorumpowanych. Przez cały czas miałem mocne flashbacki z The Shield - podobnie pokazany dramat grupy policjantów z przekraczaniem kolejnych wydawałoby się nieprzekraczalnych granic, korupcją jak gangrena pożerającą miasto i rozkładem relacji "ekipy braci". Dobra i bardzo gęsta lektura. Na bank zapoznam się z resztą dorobku Winslowa, dzięki.

Odpowiedz
Przed Tobą szczytowe osiągnięcie Winslowa: cykl The Power of the Dog, The Cartel, The Border (choć tego ostatniego tomu akurat jeszcze nie czytałem). Savages można sobie odpuścić, Satori należy wręcz aktywnie unikać.

Odpowiedz
Fajnie :) Rozumiem że najlepiej czytać to w kolejności?

Odpowiedz
Tak, w kolejności. Wszystkie trzy książki mają centralną postać Arta Kellera, jego historia rozwija się chronologicznie z tomu na tom.

Odpowiedz
[Obrazek: Piekielny-dom-HH.png]


„Piekielny dom” Richarda Mathesona z 1971 r. to jedna z najsłynniejszych powieści o nawiedzonym domu, która dopiero niedawno została wydana w Polsce.
Doktor Lionell Barret, znany badacz zjawisk paranormalnych, zostaje wynajęty przez będącego u kresy życia milionera – Rolpha Rudolpha Deutscha  by zbadał przypadek nawiedzenia położonego na uboczu w stanie Maine, nawiedzonego domu. Ma on spędzić w nim tydzień wraz z dwójką innych ludzi – spirytualistką Florence Tanner oraz Benjaminem Franklinem Fisherem, jedynym ocalałym z podjętej w 1940 r. próby zbadania domu, podczas której osiem osób poniosło śmierć bądź straciło zmysły. Ich zadaniem jest potwierdzenie bądź całkowite obalenie tezy o nawiedzeniu, w domyśle zaś o życiu pozagrobowym. Deutsch dobrze płaci – sto tysięcy dolarów dla każdego z uczestników nie jest sumą wobec, której można przejść obojętnie. Barret dosyć łatwo zgadza się to, przekonany, że właśnie w tym miejscu będzie mógł udowodnić swoje teorie naukowe dotyczące duchów i nawiedzeń. To byłoby idealne ukoronowanie jego kariery. Jego żona Edith, również jest podekscytowana przedsięwzięciem, jak również obawia się tygodniowej rozłąki z mężem i postanawia mu towarzyszyć. Początkowo niechętny Barret zgadza się by mu towarzyszyła.

20 grudnia nasza czwórka dociera do Piekielnego Domu. Budynek został wzniesiony przez dziedzica zbrojeniowej fortuny Emerica Belasco w 1919 r. jako luksusowa rezydencja, gdzie z dala od ludzkich oczu, razem ze swoimi gośćmi mógł on się zabawiać w najbardziej wyszukany i zdeprawowany sposób. Emericowi zależało przede wszystkim na władzy nad jednostkami, przekraczaniu kolejnych granic w ich deprawacji, by sprawdzić na ile może sobie pozwolić w upodleniu innych.  Z czasem jego ambicje zaczęły wykraczać poza granice życia i śmierci… Goście jego domu, posłużyli mu za udane obiekty eksperymentu związanego z życiem pozagrobowym. Eksperymentu, który o zgrozo trwał również po jego śmierci (?) w 1929 r.
Osławiony dom dosyć szybko zyskał łatkę nawiedzonego, z którą to opinią dwa razy przyszło się już zmierzyć uczonym – w 1931 i 1940 r. Z tej ostatniej próby ocalał tylko Benjamin Franklin Fisher, wówczas nastolatek i obiecujące medium, który został znaleziony nagi i poobijany na werandzie domu. Od tamtej pory rezydencja stała pusta, jakby czekając na kolejnych śmiałków…

Od momentu przybycia domu, coś zdaje się wisieć w powietrzu. Bartnett nie traci jednak ducha i kontynuuje swoje badania, pomimo tego, że wraz z kolejnymi emanacjami tajemniczej obecności, pozostali bohaterowie zaczynają wątpić w jego metody. Dom zdaje się powoli sączyć w przebywające w nim osoby toksyczne fluidy, wydobywając z nich najmroczniejsze strony i wykorzystując tkwiące w gościach słabości, tak jak za życia zdawał się robić to Emeric Belasco. Tylko Tanner zdaje się być nastawiona pozytywnie do tego, czego doświadczają, wierzy bowiem, że znalazła rozwiązanie zagadki – dom jest nawiedzony, ale przez syna Emerica – Daniela, którego ten zamordował w okrutny sposób. Od razu wpada przez to w konflikt z Barnettem, który hołduje jedynie nauce. Czy obydwoje mogę mieć w tej sytuacji rację?

„Piekielny dom” to zasadniczo „Nawiedzony dom na wzgórzu” na sterydach. Matheson nie boi i nie wstydzi się bardziej „mięsistej” historii, nie pozostawiając miejsca na domysły. Fabuła zmierza od miejsca A do Z, cały czas chwytając uwagę czytelnika, złaknionego rozwiązania zagadki. O ile Shirley Jackson grała na subtelnościach, tak tutaj zostają one zredukowane do minimum. Nie oznacza to, że powieść jest z zła – wręcz przeciwnie, stanowi autonomiczne, stojące o własnych siłach dzieło. Autor w zgrabny sposób buduje suspens i daje satysfakcjonujący koniec. Gdy 25 grudnia ostatni goście opuszczają dom, ma się świadomość, że śledziliśmy wspaniałą historię.
Postacie stworzone przez Mathesona, nie potrzebują kingowskiej opasłej podbudowy, bardziej, niż przez wzmianki o przeszłości poznajemy ich przez działanie. Barnett, Edith, Ben i Florence to cztery rożne, niepozbawione wad, a przez to bardzo ludzkie charaktery, które na swój sposób budzą sympatię.
Klasyka, którą warto znać.

Powieść została zekranizowana w 1973 r. pod tytułem „Legenda piekielnego domu”. Scenariusz napisał sam Matheson, tonując nieco przemoc i seksualne podteksty by obraz był bardziej przyswajalny dla zwykłego widza. W ostateczności nie przełożyło się to jednak na sukces kasowy, chociaż sam film cieszył się później sporą popularnością na rynku VHS. 

Powieść została u nas wydana w omnibusie razem z "Jestem legendą" oraz "Człowiekiem, który nieprawdopodobnie się zmniejszał" przez wydawnictwo MAG.

[Obrazek: 777993-352x500.jpg]

Odpowiedz
Lubię "Piekielny dom", ale wolę "Człowieka..." i "Jestem legendą". Ekranizacja Hougha z 1973, choc dosyć wierna, nie oddaje książce sprawiedliwości. Przede wszystkim kladzie zbyt mały nacisk na sfere seksu, co dość zaskakujące, bo powstawała w latach, kiedy można było już sobie pozwolic na wiecej w tych kwestiach, tymczasem twórcy wybrali raczej bezpieczniejszą, pozbawioną niuansów ścieżke.

A ten zbiór generalnie polecam wszystkim, którzy chcą kompleksowo zaznajomić się z twórczością Mathesona, wszystkie najlepsze kawałki w jednym tomie.

Odpowiedz
Ponadto oprócz powieści jest 9 opowiadań, z których takiej jak "Koszmar na wysokości 20 000 stóp", "Guzik, guzik" czy zekranizowany przez Stevena Spielberga "Pojedynek" zapisały się w historii popkultury.

Odpowiedz
Oj tak, film zawalił kwestię seksu i przemocy, co przecież jest kluczowe w książce. Za to pełną moc zachowało histerycznie śmieszne zakończenie w którym Fischer (doskonała rola McDowalla)
#SłowaRaniąNaCałeŻycie

Odpowiedz
Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli - jeśli pisać baśnie dla dorosłych, to tylko tak. Wspaniały styl, pierwszorzędny klimat, doskonałe połączenie mitu z historią, doprawione solidną dawką galicyjskich legend, świetnie skonstruowana, dychotomiczna narracja, idealnie wpisująca się w niejednoznaczną historycznie postać Szeli, dodająca tragizmu postaciom i targających nimi konfliktom. Wszelkie nagrody w pełni zasłużone, fantastyczna robota, nawet jeżeli pojedyncze fragmenty bywają odrobine przeciągnięte.

Co do planowanej ekranizacji - oj nie, tutaj by trzeba było kogoś z OGROMNYM talentem i sporych nakładów finansowych. W najlepszym razie zrobią z tego poprawny dramat historyczny, bo wątpię, żeby umieli wpleść baśniowe elementy w odpowiedniej dawce, nie popadając przy tym w kicz i przesadę.

Odpowiedz
Blake Crouch „Trylogia Wayward Pines”: „Szum”, „Bunt”, „Krzyk”.

[Obrazek: waywardpines.jpg?w=663]

Ethan Burke budzi się bez wspomnień, mocno poturbowany nieopodal miasteczka Wayward Pines w stanie Idaho. Okazuje się, że jest on agentem Secret Service z Seattle. Jego pierwotnym zadaniem było zbadanie zaginięcia dwójki innych agentów Secret Service, którzy zajmowali się sprawą finansowych machlojek i nadużyć miliardera Davida Pilchera. Problem w tym, że całe miasteczko jest jakieś dziwne i panuje w nim niedookreślona atmosfera nieufności i paranoi. Burke odnajduje jednego z zaginionych – agentkę, z którą jak się okazuje, niegdyś łączył go romans. To ta sama osoba, a jednak udaje kogoś kim nie jest i nie przyznaje się, że znała wcześniej naszego protagonistę. Wkrótce okazuje się, że całe „idealne życie” na tym skrawku ziemi to jedna wielka blaga.

Z każdą stroną zagłębiamy się dalej w sieć tajemnic i dziwnych powiązań, które sprawiają, że z miasteczka nie sposób się wydostać. Ethan zaczyna popadać w coraz większą paranoję a sprawy nie ułatwia jego przymusowy „areszt”. Gdy jego była kochanka ginie w makabrycznych okolicznościach Ethan podejmuje ostateczną próbę wyrwania się z matni. Próbę, które przyniesie mu odpowiedź co do prawdziwej natury miasteczka oraz samego Davida Pilchera, bowiem rozwikłanie tajemnicy Wayward Pines to dopiero początek…

Całkiem udane i krótkie książki, które łącznie mają mniej stron niż niejedna z powieści Stephena Kinga. Literacko trylogia nie jest arcydziełem, niemniej jako czytadło potrafi naprawdę wciągnąć. Atmosfera pierwszego tomu – dezorientacja protagonisty, poznawanie nowego otoczenia i dziwacznych zasad, które rządzą miasteczkiem to zdecydowanie najlepsze części z całej trylogii. Niektórzy mogą być nieco rozczarowani końcówką pierwszego tomu z uwagi na dosyć szybkie poznanie tajemnicy Wayward Pines, przez co może obniżyć się ich zainteresowanie kolejnymi częściami. Przyznam osobiście, że mi też bardziej pasowałaby, gdyby autor nie zdradził tak wiele w tomie pierwszym. Najwidoczniej jednak Blake Crouch miał nieco inne priorytety. Co jednak ważne poza tym zgrzytem historia jest dosyć spójna a jej poznanie jest warte poznania.

BTW Burke jest niczym Bruce Willis w „Szklanej pułapce”: po wypadku, pobiciu, bez rekonwalescencji nadal kopie tyłki, wspina się po skałach bez zabezpieczenia itp. Urocze w swym przerysowaniu.

W r. 2015 trylogia doczekała się ekranizacji w postaci serialu z Kevinem Dillonem w roli głównej. Reklamowany jako następca „Miasteczka Twin Peaks” i pomyślany w formie miniserii obraz doczekał się drugiego sezonu. Ten jednak z książkami miał bardzo mało wspólnego i stanowił bardziej fanfic niż autoryzowaną kontynuację wydarzeń z trylogii.

Intro serialu:


Odpowiedz
Postanowiłem w tym roku przeczytać więcej książek niż zwykle, styczeń zakończyłem z wynikiem siedmiu pozycji, nie wiem czy to dużo, czy to mało, ale czasowo był to duży koszt, nie wiem czy mi się uda powtórzyć wynik w lutym, bo teraz czytałem głównie w pracy.

Nie lubię pisać recenzji, więc poniżej takie wersje instant wrażeń z każdego tytułu:

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle, Stuart Turton

Nie kupiła mnie ta powieść. Miks Dnia Świstaka z Agathą Christie wydaje się intrygujący, ale realizacja jest trochę kulawa. Czegoś zabrakło, a czegoś było za dużo, głównie Anny, Anny... no i chuj z tą Anną? Autor każe się nią przejmować, ale nie daje powodów żeby to zrobić. Może konstrukcja powieści narzuca taki galimatias, że ciężko się czasem połapać w tym co się akurat dzieje, ale jakoś specjalnie nie kibicowałem głównemu bohaterowi w rozwiązaniu zagadki i na dobrą sprawę wszystkie postacie były mi obojętne.

*

Na wodach północy, Ian McGuire

Dobra, mocna i brutalna powieść marynistyczna, tak jak pisałem wcześniej podobało mi się dużo bardziej niż Terror Simmonsa, może dlatego, że akcja jest dosyć wartka, a opisy tylko niezbędne.

*

Dowódca Sophie,
Kapitan,
HMS Surprise,

Patrick O'Brian

Nie ma sensu recenzować każdej z osobna. Historia Russella Crow (niestety po obejrzeniu Master & Commander cztery razy facjata Australijczyka wypaliła mi się w pamięci tak mocno, że nie potrafię sobie inaczej wyobrazić Jacka), który dość karkołomnie pnie się po szczeblach kariery Royal Navy. Powiedzmy sobie szczerze, to seria niszowa, dla entuzjastów starych żaglowców. Tak jak pisał Zdzichon: oprócz Aubreya i Maturina, to właśnie okręty są tutaj głównymi "bohaterami", i dobrze, tego właśnie potrzebowałem i to dostałem. Na początku obawiałem się jak O'Brian poradzi sobie z zarysowaniem postaci i fabułą poza szkieletem marynistycznym, ale jest na tyle dobrze, że nie przeszkadza chłonąć klimatu życia na statku.

*

Czarna bandera, Jacek Komuda

Spokojnie Bibliomisiek, wiem, że to nie ten tytuł który polecałeś ;)
Strasznie grafomańskie to i o kilka poziomów niżej niż pozostałe pozycje, taka tam piracka literatura dla młodzieży napisana przez średniego rzemieślnika.

*

My, dzieci z dworca ZOO, Christiane F.

Ani oglądanie filmików gore z egzekucji przeprowadzanych przez kartele, ani powieść obozowa taka jak 5 lat kacetu nie przygnębiły mnie tak bardzo jak lektura tej legendarnej książki. Na prawdę można złapać doła.
Polski już nie ma.

Odpowiedz
Ktoś tu gdzieś wspomniał, że nie lubi Korzeniowskiego i że Lord Jim go znudził. No i nie dziwię się, właśnie skończyłem zmagania z tym „klasykiem światowej literatury” (w ramach nadrabiania staroci z mojej piwnicy) i mogę powiedzieć tylko jedno: o matko, co za niestrawny snuj. Męczyłem tę bułę przez ponad dwa tygodnie i przeważnie nie wiedziałem, o czym właściwie czytam, raz po raz zaglądałem do streszczenia w Wikipedii, żeby się zorientować, co się tam w danej chwili dzieje. Zawiła i mętna narracja, bezkształtność i niełatwa lektura, do tego dzieło modernistyczne, ze względu na „tendencję do przełamywania ówczesnych konwencji narracyjnych” – i wszystko jasne, dziękuję bardzo. Lubię czasem się odchamić i sięgnąć po coś ambitniejszego, ale są pewne granice. Cholernie trudno się w tej narracji połapać, a od natłoku dygresji można skisnąć, to nie jest powieść przygodowa, tylko jakiś traktat, moralitet czy uj wie co. Absolutnie nie polecam. PS W moim starym wydaniu jest notka, że to lektura uzupełniająca dla III klas liceum. No, jeśli to dotrwało do dziś, to współczuję aktualnym licealistom.

Odpowiedz
Heh, właśnie w licealnych czasach to czytałem (z własnej nieprzymuszonej woli chciałem odhaczyć też lektury uzupełniające), rzeczywiście twardy kawał książki do zgryzienia. Nic z niej nie pamiętam i to chyba nie tylko dlatego, że minęło 15 lat.

Odpowiedz
Skończyłem biografię Beatlesów pióra Huntera Daviesa. Dobra, a zarazem rozczarowująca książka. Blisko 600 stron zapełnionych historią obiektywnie (;)) najlepszego zespołu wszech czasów, a temat wydaje się ledwie liźnięty. Dużo uwagi poświęca się tutaj rodzinie i znajomym czwórki z Liverpoolu i byłoby to spoko, gdybyśmy mieli do czynienia z kilkoma potężnymi tomami, a nie materiałem zajmującym blisko 1/3 książki. Wyjątkowo brakuje pazura - autor w zamian za wgląd w życie (i twórczość, bo był świadkiem sesji nagraniowych do Sierżanta Pieprza) Bitli zgodził się stępić nieco pióro i zaprezentować czytelnikom relatywnie ładną, ugrzecznioną wersję chłopaczków. Szkoda podwójna, bo taki na przykład Lennon był kawałem podłego ciula i chętnie poczytałbym o jego odjazdach w stylu szykanowania żony czy rzucania cegłą w dom Paula (żaden z tych motywów nie trafił do książki). Główny zarzut - najbardziej interesujący aspekt, czyli fragmenty dotyczące komponowania, dumania nad wersami i dźwiękami, koncepcjami odnośnie motywów przewodnich czy aranżacją zajmują tutaj ledwie 15-20 stron. Dwóch (albo i trzech) wybitnych songrajterów i tak mało o ich procesie twórczym.

Przeczytałbym lepszą biografię The Beatles. Znacie coś?

Odpowiedz
(31-01-2021, 19:46)Norton napisał(a): Przeczytałbym lepszą biografię The Beatles. Znacie coś?

Może coś z tych propozycji?

https://www.rollingstone.com/culture/culture-lists/10-best-beatles-books-73116/

Odpowiedz
Nurt - Tim Johnston swą kolejną powieścią udowadnia, że jest obecnie czołowym twórcą amerykańskiego kryminału. Dojmująca, stylowa opowieść, z pełnokrwistymi bohaterami, po brzegi wypchana smutkiem, pulsująca napięciem, z intrygą jako przyczynkiem do opowiedzenia o traumach, naprawianiu błędów przeszłości, szukaniu w sobie odwagi i radzeniu sobie z emocjonalną pustką. W wielu budzi skojarzenia z "Rzeką tajemnic", niebezpodstawnie. Na tle komercyjnej papki, która masowo zalewa rynek - powieść wybitna. Choć odrobinę słabsza od "W dół". Ale nie ma mowy o rozczarowaniu.

Wciąż czekam, aż jakiś utalentowany reżyser odkryje książki Johnstona. Ale jeszcze bardziej czekam na jego kolejną powieść. Jestem pewien, że za parę lat bedzie stawiany w jednym rzędzie z najlepszymi.

Odpowiedz
  John Langan (ur. 1969) to jeden z ciekawszych współczesnych autorów grozy w Stanach Zjednoczonych.  W swych utworach często nawiązuje do bogatej tradycji amerykańskiej (i nie tylko) weird fiction, wzbogacając go swoim gawędziarskim stylem i literackim językiem. Nominowany w 2008 r. do Nagrody Brama Stokera za najlepszy zbiór opowiadań, ostatecznie zdobył upragnioną nagrodę (w kategorii powieści)  za „The Fisherman” w 2016 r. 

[Obrazek: 29901930.jpg]

 „The Fisherman” opowiada równolegle dwie historie złączone ze sobą miejscem – tajemniczym Dutchman’s Creek, położonym w dorzeczu rzeki Hudson w stanie Nowy Jork.

  Abraham Samuelson jest świeżym wdowcem. Jego żona Marie, krótko po ślubie dowiedziała się, że ma raka, który powoli i systematycznie doprowadził do jej śmierci. Abe dźwiga ze sobą ciężar straty, który usiłuje przezwyciężyć poświęcając się wędkarstwu. Pewnego szarego i samotnego poranka wewnętrzny głos powiedział mu po prostu „idź łowić ryby” i od tego momentu poświęca on każdą wolną chwilę na wędkowanie. Powoli, krok po kroku zdaje się mu to pomagać. Jakiś czas po tym gdy żona i dzieci jego kolegi z pracy – Dana Dreshera giną w tragicznym wypadku samochodowym, Abe postanawia pomóc mu poradzić sobie ze stratą i nieśmiało zaprasza go na ryby. Dan nie mając nic do stracenia zgadza się. W trakcie kolejnych wypadów na wędkowanie, ze zwykłego koleżeństwa rodzi się prawdziwa przyjaźń dwóch naznaczonych tragedią mężczyzn.
  Gdy pewnego razu Dan proponuje nowe miejsca łowienia –  Dutchman’s Creek,  coś zdaje się wisieć w powietrzu. Miejsce cieszy się złą opinią wśród miejscowych, jednak Dan i Abe są zdeterminowani by tam dotrzeć. Podczas podróży nad jezioro zatrzymują się w lokalnej restauracji. Deszczowy poranek  psuje nieco ich plany, dodatkowo, gdy kierownik restauracji o imieniu Howard dowiaduje się o tym gdzie zmierzają, postanawia opowiedzieć im pewną historię związaną z jeziorem. Historię. którą wcześniej opowiedział mu stary pastor, który postanowił zbadać tajemnicę Dutchman’s Creek…

  Opowieść ta sięga korzeniami lat czterdziestych XIX wieku. Cornelius Dort to miejscowy bogacz, surowy i uparty jegomość, którego szczęściem jest młoda żona Beatrice. Niestety dochodzi do wypadku – narowisty koń zrzuca z siebie Beatrice, która jest w ciąży. Dochodzi do poronienia, a sama Bea znajduje się w stanie agonalnym. Cornelius w desperacji sprowadza kolejnych medyków, którzy nie potrafią jednak pomóc. Wtedy przybywa do niego on – tajemniczy gość, czy też raczej Gość, jako, że nikt nie poznał jego prawdziwego imienia i nazwiska. Odziany w czerń mężczyzna o dziwnym spojrzeniu spędza w posiadłości Dorta jakiś czas usiłując pomóc jego żonie. Niestety okazuje się to bezskuteczne, Bea umiera. Jednak Gość nadal pozostaje w domu Corneliusa…  Sam Dort ulega dziwnej przemianie i izoluje się bardziej niż zwykle od ludzi. W istocie rzeczy coś niepokojącego dzieje się w granicach jego posiadłości, niektórzy widują z oddali kobiecą postać w czerni.
Mijają lata i okolice mają zostać przeznaczone pod zbiornik wody dla miasta Nowy Jork. Mimo sprzeciwów ponadstuletniego Dorta, nic nie jest w stanie powstrzymać budowy. Gdy Cornelius umiera okazuję się, że przepisał swoją posiadłość na tajemniczego Gościa. Wkrótce potem okolica zapełnia się robotnikami przygotowującymi grunt pod zbiornik i budującymi tamę, po jakiś czasie dochodzi do mrożących w żyłach zdarzeń, które na trwale odcisną piętno na ich uczestnikach.
 Jednym z robotników jest pochodzący z Niemiec Reiner Schmidt. W starym kraju utalentowany młody naukowiec, którego metody i temat zainteresowań badawczych ściągnęły na niego naukowy i społeczny ostracyzm. Tu w Ameryce ma zamiar rozpocząć nowe życie razem z żoną Clarą oraz córkami Lottą, Gretchen i Christiną. Nie wszystko jednak idzie tak jak chciałby Reiner. W obozie robotniczym zostaje stratowana przez zaprzęgnięty w muły powóz jedna z robotnic – węgierka Helen. Okazuję się jednak, że nie był to wypadek a samobójstwo, popełnione przez kobietę gdy dowiedziała się o zdradzie jej Męża. Ten jest zrozpaczony i oscyluje na granicy szaleństwa. Po kilku dniach od pogrzebu zjawia się z powrotem w obozie z… Helen, a może czymś co tylko ją przypomina. Dochodzi do skandalu. Ludzie wiedzą, że coś jest nie tak, przecież jej ciało zostało dosłownie stratowane. A jednak jest tutaj, nieco zniekształcona przez złamania, ale nie da się zaprzeczyć, że to Helen. Kto lub co przywróciło ją do życia, albo raczej przyprawiającej o dreszcze egzystencji?  
  Gdy wypadki w obozie przybierają coraz bardziej makabryczny obrót a niebezpieczeństwo grozi córce Reinera – Lottcie, musi on stawić czoła tajemniczej sile, która stoi za niedawnymi wypadkami.
  Jak się okazuje gość Corneliusa Dorta, nie odszedł, a zaciszne wnętrze pustego domu jest znacznie większe, niż możnaby się spodziewać…

  Po usłyszeniu tej historii Abe i Dan są nieco skołowani, ale nie rezygnują ze swej wyprawy. Abe’a dręczy jednak dziwne przeczucie i świadomość tego, że Dan nie powiedział mu całej prawdy o jak dowiedział się o Dutchman’s Creek. Jak się okazuje jezioro wciąż skrywa w sobie tajemnice, które zdeterminują los obojga mężczyzn.

  „The Fisherman” to świetna powieść, która powstawała przez blisko trzynaście lat. Langan wychował się i mieszka w dolinie rzeki Hudson i w pierwszorzędny sposób udało mu się ją odwzorować na kartach swojego utworu. Sama historia, a raczej historie, w doskonały sposób uzupełniają się nawzajem, a rozsiane na kolejnych stronach elementy dotyczące tytułowego rybaka, po ich złożeniu w całość sprawiają wiele czytelniczej satysfakcji. Jego dzieje sięgają XV wiecznych Węgier, a on sam na wierzch wypływa niemal sto lat później jako wierny uczeń Heinricha Khunratha – słynnego niemieckiego alchemika. Zasadniczo można powiedzieć, że w opowieści o rybaku Langan szerokimi garściami czerpał min. z E. T. A. Hoffmanna (1776 – 1822) czy M. R. Jamesa (1843 – 1916). Warstwa współczesna zaś to taki lepszy, nieprzegadany King. W konstrukcji fabuły widać niezmierną precyzję i dbałość o zachowanie płynnej narracji, co przy formie powieści szkatułkowej jest dosyć trudne. Tutaj jednak autor całkowicie panuje nad materiałem i czuć pewność jego ręki w trakcie pisania. Mam tylko małe zastrzeżenie co do końcówki, która nie odpowiedziała na kilka kwestii. Niemniej w świetle wewnętrznej logiki powieści, pewne rzeczy musiały pozostać niedopowiedziane.
  Ogólnie tematyką powieści jest strata. Niemal każdy z jej bohaterów strącił kogoś lub coś i pomimo podejmowanych starań nie może sobie z tym poradzić. Abe i Dan to bohaterowie tragiczni, skazani niejako na cierpienie, odmalowani w dosyć realistyczny i wiarygodny sposób przez Langana. Nie sposób nie przejąć się ich stratą i losem, w czy duża zasługa autora, który nie poszedł tutaj na skróty, a dał prawdziwy obraz rozpaczy. Mimo tych ponurych aspektów, książka niemal w magnetyczny sposób przyciąga uwagę w trakcie i po czytaniu.
  Powieść zostało ostatnio zapowiedziana przez wydawnictwo Vesper, więc niedługo pewnie będzie dostępna w polskim przekładzie.

[Obrazek: 6-puget-sound-on-the-pacific-coast-albert-bierstadt.jpg]

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Szukam książki military 81 21,510 30-01-2021, 20:27
Ostatni post: Paszczak
  Star Wars - książki military 90 22,095 25-11-2017, 21:23
Ostatni post: Kuba
  Ekranizacja książki Raul7 5 3,529 05-06-2017, 12:34
Ostatni post: Snuffer
  Baza adaptacji na portalu książki aniakonda 12 6,988 22-11-2014, 17:34
Ostatni post: aniakonda



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
3 gości