Parę lat temu wziąłem się za Expanse i po kilku odcinkach odpadłem. Nie wiem, czemu, bo pamiętam, że ogólnie mi się podobało. Coś nie pykło - być może natłok postaci, wątków lub miejscami przytłaczające tło historyczno-polityczne. Wszystko to przeszkadza mocno w klasycznym oglądaniu po jednym odcinku, gdyż ta seria jest zaprojektowana do bindżowania, najlepiej po sezonie na raz.
W każdym razie, jakiś czas temu wznowiłem oglądanie od momentu, w którym przerwałem parę lat temu i… zupełnie nie pamiętałem o co chodzi, kto jest kim i gdzie idą. A mimo to oglądałem dalej z rosnącym zaciekawieniem i sympatią do bohaterów. Po czym totalnie wsiąkłem. Ale to tak totalnie dosłownie. Myślałem, że wyrosłem już z autentycznego emocjonowania się przygodami ludków na ekranie, rozkminiania intrygi razem z nimi czy krzyczenia w telewizor, kiedy coś idzie nie tak w świecie serialu.
Najlepsze, że czasem żonka zerkała co tam oglądam sobie i też była ciekawa, dopytując się o co mniej-więcej biega, żeby zrozumieć kontekst danej sceny. Najlepsze, bo gdy skończyłem całość, postanowiłem niespodziewanie przerwać naszą wspólną powtórkę The Wire i zacząć Expanse od początku. I znowu wsiąkłem. Powala, ile detali czy pozornie nieważnych postaci w tle potem ewoluuje do bardzo ważnych wątków całej intrygi. Wszystko ma znaczenie i w szkołach filmowych powinni powinni uczyć budowania fikcyjnego świata właśnie na przykładzie Expanse. I postaci, które wywołują autentyczne emocje podczas obcowania z nimi. Niezależnie, czy to sympatia do nich czy sympatia do nienawidzenia ich. Każdy ludek jest jakiś i ma własne ciekawe questy poboczne.
Jeśli już o postaciach mowa to nie będzie zaskoczeniem chyba dla nikogo, że moimi faworytami są:
Miller, grany przez arcywybitnego Toma Jane’a (grałby we wszystkich moich filmach, wszystkie role), który jest zabawnym typowym detektywem z klasycznych kryminałów, tylko w kosmosie i z bardzo złą fryzurą.
Oraz Amos, który bardzo szybko wskoczył na szczyt rankingu moich ulubionych ultra-badassów w historii kinematografii. Na początku wydaje się obsadowym niewypałem, bo misiu o gładkiej buzi średnio pasuje do skurwiela z Baltimore wychowanego wśród tamtejszej dziczy, ale jak wszystko w serialu i to ma swoje przełożenie na budowanie świata oraz postaci. Bez spojlowania, Amos to kultowy twardziel, kopalnia kultowych tekstów i miła niespodzianka, jeśli chodzi o konsekwentne kreowanie postaci.
Zwykle popularni twardziele w serialach z czasem się zmieniają w szlachetnych bohaterów o gołębich sercach. Nie dotyczy to Amosa. Oczywiście to nie jest tak, że jego postać stoi w miejscu. Wręcz przeciwnie, wyrasta na najbardziej złożonego członka załogi jak i całego serialu, po prostu twórcy ani przez chwilę nie zapominają, że Amos to certyfikowany kultowiec, który musi taki pozostać, żeby wiarygodne było, że reszta wokół niego przeżyła tak długo jak przeżyła.
Expanse ma jeden minus. Mega-chamskie cliffhangery na koniec każdego odcinka.
OK, ma dwa minusy. Cliffhangery i to że w końcu się kończy. Kończy się wspaniała przygoda z załogą Rocinante (który jest legalnym odzyskiem!) i rozdrapuje rany po Firefly, bo zostawia dokładnie taką samą pustkę na koniec. A po drodze do tego końca nie zapomina, tak jak Firefly, zabić jedną z kluczowych postaci w tak samo chamski sposób. Tak jakby twórcy wiedzieli, że kochasz Firefly z całego serca i chcieli, żebyś kochał Expanse tak samo. A może nawet bardziej.
Kocham.
12/10
W każdym razie, jakiś czas temu wznowiłem oglądanie od momentu, w którym przerwałem parę lat temu i… zupełnie nie pamiętałem o co chodzi, kto jest kim i gdzie idą. A mimo to oglądałem dalej z rosnącym zaciekawieniem i sympatią do bohaterów. Po czym totalnie wsiąkłem. Ale to tak totalnie dosłownie. Myślałem, że wyrosłem już z autentycznego emocjonowania się przygodami ludków na ekranie, rozkminiania intrygi razem z nimi czy krzyczenia w telewizor, kiedy coś idzie nie tak w świecie serialu.
Najlepsze, że czasem żonka zerkała co tam oglądam sobie i też była ciekawa, dopytując się o co mniej-więcej biega, żeby zrozumieć kontekst danej sceny. Najlepsze, bo gdy skończyłem całość, postanowiłem niespodziewanie przerwać naszą wspólną powtórkę The Wire i zacząć Expanse od początku. I znowu wsiąkłem. Powala, ile detali czy pozornie nieważnych postaci w tle potem ewoluuje do bardzo ważnych wątków całej intrygi. Wszystko ma znaczenie i w szkołach filmowych powinni powinni uczyć budowania fikcyjnego świata właśnie na przykładzie Expanse. I postaci, które wywołują autentyczne emocje podczas obcowania z nimi. Niezależnie, czy to sympatia do nich czy sympatia do nienawidzenia ich. Każdy ludek jest jakiś i ma własne ciekawe questy poboczne.
Jeśli już o postaciach mowa to nie będzie zaskoczeniem chyba dla nikogo, że moimi faworytami są:
Miller, grany przez arcywybitnego Toma Jane’a (grałby we wszystkich moich filmach, wszystkie role), który jest zabawnym typowym detektywem z klasycznych kryminałów, tylko w kosmosie i z bardzo złą fryzurą.
Oraz Amos, który bardzo szybko wskoczył na szczyt rankingu moich ulubionych ultra-badassów w historii kinematografii. Na początku wydaje się obsadowym niewypałem, bo misiu o gładkiej buzi średnio pasuje do skurwiela z Baltimore wychowanego wśród tamtejszej dziczy, ale jak wszystko w serialu i to ma swoje przełożenie na budowanie świata oraz postaci. Bez spojlowania, Amos to kultowy twardziel, kopalnia kultowych tekstów i miła niespodzianka, jeśli chodzi o konsekwentne kreowanie postaci.
Zwykle popularni twardziele w serialach z czasem się zmieniają w szlachetnych bohaterów o gołębich sercach. Nie dotyczy to Amosa. Oczywiście to nie jest tak, że jego postać stoi w miejscu. Wręcz przeciwnie, wyrasta na najbardziej złożonego członka załogi jak i całego serialu, po prostu twórcy ani przez chwilę nie zapominają, że Amos to certyfikowany kultowiec, który musi taki pozostać, żeby wiarygodne było, że reszta wokół niego przeżyła tak długo jak przeżyła.
Expanse ma jeden minus. Mega-chamskie cliffhangery na koniec każdego odcinka.
OK, ma dwa minusy. Cliffhangery i to że w końcu się kończy. Kończy się wspaniała przygoda z załogą Rocinante (który jest legalnym odzyskiem!) i rozdrapuje rany po Firefly, bo zostawia dokładnie taką samą pustkę na koniec. A po drodze do tego końca nie zapomina, tak jak Firefly, zabić jedną z kluczowych postaci w tak samo chamski sposób. Tak jakby twórcy wiedzieli, że kochasz Firefly z całego serca i chcieli, żebyś kochał Expanse tak samo. A może nawet bardziej.
Kocham.
12/10
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi
-- Laozi
05-10-2023, 06:15 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-10-2023, 07:16 przez Hitch.)
![[Obrazek: legion_wspomnien_duze.jpg]](https://mag.com.pl/wp-content/uploads/2022/05/legion_wspomnien_duze.jpg)







