Filmy Disneya / Pixara
Zwiastun "Moany 2" (u nas to chyba będzie "Vaiana 2").


Odpowiedz
Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków (ta rigczowa) - ostatni raz widziałem, ja wiem? Gimbaza? Tym razem wersja angielska - w myśl zasady "Odkłamujemy Disneya z komuszych kłamstw" jaką stosowałem przy powtórkami innych animowanych klasyków (krótko - obsada OK, ale 1. polski dub lepszy). Jakbym miałbym wybrać jaki film byłby moim ulubionym albo najbardziej wpływowym w życiu - to byłaby Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. W dzieciństwie była katowana tyle samo co Pinokio i Piotruś Pan (też te rigczowe), dopóki VHS-owi z nagraną Śnieżką gdzieś się nie wcięło.

Oczywiście z dzisiejszej perspektywy całość jest dziecinna, że aż memiczna, bo Śnieżka jest słodka do bólu i zaprzyjaźnia się z zwierzątku z gatunku "te ułocze", gdy jej macosze towarzyszą obleśne sępy i kruk (który akurat jest neutralny i mam wrażenie, że macocha trzyma go jako królika doświadczalnego do jej chorych eksperymentów). Lecz sporo tu wyczuwalnego mroku, który dziś nie miałby szans pojawić się w kinie familijnym. Pierwsze ujęcie zamku o niepokojącej muzyce pokazuje, że Disney nie będzie głaskać po główce, a w pierwszej scenie to wprowadza królową - zimną i poważną, a magiczne zwierciadło to ponury duch. Niby pod zamkiem jest miasteczko, ale cały film jest niepokojąco opustoszały. I po spotkaniu z łowczym, Śnieżka zwiewa do najbardziej nawiedzonej puszczy jaka istniała. Z kolei scena jak macocha w przebraniu płynie przez rzekę też niepokojąca i za dziecka wzbudzała u mnie uczucie lęku (przy okazji kościotrup zagłodzonego więźnia też by dziś nie przeszedł). Królowa jest zła do szpiku kości i boi się jej nawet jej zakapior (którego pewnie wcześniej najmowała do brudnej roboty). I nie ma śmiesznego przydupasa, by rozładowywał napięcie z jej scenami. Dobra, ma w pracowni kruka, ale ten jest rysowany poważną kreską i nie ma jakichś komediowych scenek. A krasnoludki generalnie się nie patyczkują i widząc, że ktoś im robi z domu squat to wprost mówią, że zabiją intruza we śnie. I to kilofami i maczugami. I podoba mi się, że w finale karły miast bawić w przebaczania i "nie jestem taki jak ty" bez namysłu ścigają królowę, by ją zlinczować (a przypomnę królowa nie ma ze sobą żadnej broni do samoobrony, nawet kostura). Nawet wiecznie jowialny Wesołek ma wtedy minę "Zaraz cię zajebię suko!". I finał jest całkiem brutalny, gdyż królowa prócz tradycyjnego dla złoczyńcy upadku z wysokości zostaje zmiażdżona przez głaz, którym chciała zatłuc krasnoludki. Po czym sępy zlatują na posilenie świeżą padliną.

To tu pojawia się pierwszy raz fałszywa śmierć, zaraz po liar revealded najbardziej nadużywana klisza w kinie animowanym. Tylko znowu to wypada stokroć lepiej. "Śmierć" jest niespodziewana i dotykająca najbardziej empatycznej i delikatnej istotce (więk szok jest większy). W dodatku krasnoludki miały prawo myśleć, że królewna jest kaputt, bo mają przed sobą martwe ciało. Poza tym żałoba nad nią trwa dłużej niż 30 sekund i faktycznie widz spędza trochę czasu i wylewa gorzkie łzy. Aha, pierdolenie o pocałunku bez zgody to oczywisty XD, które może by pasowało do Śpiącej królewny, ale nie do Śnieżki. Szczególnie, jak to przedstawili w filmie - ano królewicz daje buzi Śnieżce, ponieważ logicznie sądził że ta jest martwa (a o odtrutce wiedziała tylko królowa), a zgodę o trupa nie musi się pytać i ów całus to było symboliczne pożegnanie. Jak już się czepiać tej sceny, to że promuje nekrofilię i całowanie zwłok to proszenie się o dżumę (nic dziwnego, że panowały epidemie). I przy okazji w filmie faktycznie jest jeden pocałunek bez czyjejś zgody - otóż Śnieżka cmoka protestującego Gburka. Ale jak widzę, działa to w jedną stronę.

Śnieżka nie jest taka słabowita, jak to progresy chcą wmawiać. Fakt, woli zajmować się kobiecymi pracami i raczej nie wzięłaby do ręki miecza. I też idiotka, bo Mędrek ostrzega ją, by nie wpuszczała nikogo, bo królowa (o której chodzą słuchy, że zna czary) grasuje, a ta przyjmuje jedzenie od oczywistej Baby Jagi. Jednak Śnieżka jak ucieka do puszczy, to po chwilowym płaczu i uświadomieniu, że nie ma do czego wracać, szybko bierze się w garść i idzie naprzód. Po czym uznaje, żeby ogarnąć sobie mieszkanie. Generalnie mam wrażenie, że gdyby Śnieżka znalazła się w wojennej zawierusze, to nie czekałaby na chłopa i wzięłaby się do budowania okopów i picia zupy z gwoździ. Albo gdyby była studentką też by podołała trudnym warunkom. A gdy się pojawiają krasnoludki, to ona je ustawia do pionu wprowadzając opresyjny matriarchat i już nie ma swobodnego piwska przed magiczną kulą i wędrownymi trubadurami. Plus zdolności przywódcze przejawia, gdy każe zwierzętom pomóc w sprzątaniu (co na to PETA?) I już strofuje jelenia, że zamiast włożyć do zlewu talerz, to go wylizuje, a wiewiórki za zamiatanie pod dywan. W ogóle Śnieżka podczas inspekcji zasyfiałej chatki krasnali zmienia się w moich rodziców :). I jawnie toczy bekę z Gburka przy pierwszym spotkaniu. I przynajmniej Śnieżka na widok ptasiego podlota nie uznaje automatycznie, że wypadł z gniazda tylko stwierdza, że jego rodzice są w pobliżu.

Faktycznie romans Śnieżki i królewicza jest z tyłka. Choć obecnie sobie dopowiadam, że to nie było pierwsze ich spotkanie i od jakiegoś czasu się znają (nie pomnę, że światek monarchów jest bardzo wąski). Sprecyzować to (jak w Śnieżce i Łowcy) w rimejku i już z głowy mamy rozwiązany jeden problem i faktycznie to byłaby poprawa. I co trzeba powiedzieć, wcale nie myśli o gachu i większośc filmu spędza na pracy czy rozkazywaniu niższym warstwom społecznym.

I panie Dinklage - jakie tu kurwa są stereotypy nt. niskorosłych? Jeśli coś można negatywnie powiedzieć o krasnoludkach, to fakt że są to sześciu Januszy i jeden Pioter. Plus jeden z nich to seksista i kryptogej (mówi, że nie wie co to kobiecy czar, ale wie że na pewno jest zły :D). A inny smaga po tyłku sarnę zaganiając ją wożenia ciężkich brylantów (no to już podpada pod znęcanie się nad zwierzętami, bo jeleniowate aż tak silne chyba nie są). I mam teorię, że krasnale te lewe brylanty opychają na bazarach jakimś głupim ludziom po zawyżonej cenie :). W dodatku na sprawdzenie, kim jest domowy intruz na przeszpiegi nasyłają najgłupszego ziomeczka, którego opuszczają w potrzebie. I decydują dać azyl Śnieżce tylko dlatego, żeby robiła im żarcie :D.

Animacja naprawdę trzyma się przez te lata. Tak, widać z dzisiejszej perspektywy parę niedoróbek, np. zamek królewicza to statyczny rysunek, momentami Królowa ma rozmazana animację, a czasem tła zdradzają rysunkowy rodowód, ale czuć tu głębię rysunków, ruch postaci nawet tych nie rotoskopowanych jest bardzo płynny i woda w studni została realistycznie oddana. I jeden szczegół dostrzegłem - gdy Gburek zamyka za sobą drzwi, znikają światła na murach chatki. Plus podczas żałoby nad Śnieżką stojące w deszczu zwierzęta mają przemoczoną sierść. Tym bardziej robi to wszystko wrażenie, gdy to pierwsza pełnometrażówka Walt Disney Productions. Wówczas małej niezależnej wytwórni od ubogiego producenta filmowego. Tła pełne różnych szczegółów – drewniane wyroby w krasnalej chatce są pełne zdobień i rzeźbień, w zamku i laboratorium zakamarki są zastawione jak u Hasa, nie mówiąc o ornamentach. Oczywiście świat to tradycyjne "historyk patrzył i płakał", bo epoki są dość pomieszane. Nie mówiąc o zgodności przyrodniczej, bo w Europie nie było szopów (wprowadzono je dopiero w XX wieku), europejskie przepiórki i jelenie wyglądają ciut inaczej i nie występują u nas błękitniki ;).

Plus piosenki są tu subtelnie i naturalnie wplecione, bo to nie musical i numery muzyczne pojawiają się wtedy, gdy są konieczne. Śnieżka w scenach ze studnią i sprzątaniem chatki śpiewa dla urozmaicenia/zabicia czasu (a piosenkę przy studni przerywa, gdy zjawia się królewicz), krasnoludki podobnie robią podczas swej pracy w kopalni (i też ją nagle przerywają), a Silly Song to odbywa się w ramach biesiadnej imprezy. Dzisiaj to nawet królowa miałaby przesadzony numer muzyczny.

Z luźnych myśli:
* podoba mi się fakt, że królowa MYŚLI i dba o szczegóły, bo upewnia się czy na zatrute jabłko nie ma lekarstwa. 
* zauważyłem, że krasnoludki mają długie damskie rzęsy, których nie mają nawet samice niektórych zwierzątek Śnieżki.
* Mędrek nadawałby się na rzecznika rządu podczas covida, bo poucza resztę kompanów do kąpieli, a sam nie moczy nawet łapsk :). I on jako kiero kopalni ogranicza ciężką pracę do wyceny brylantów. Śnieżka to chociaż razem z podwładnymi jej zwierzakami wspólnie sprząta chatę.
* prosi się, żeby głos ginącej królowej (zajebisty swoją drogą – pierwszy polski dub miał nosa, by go zostawić) zastąpić Goofy Holler.
* dziwne, że grymas królowej z cyklu „Boże! Co to się porobiło z tą dzisiejszą młodzieżą?” podczas serenady królewicza nie został memem, bo idealnie się nadaje.
* Śnieżka przed snem odmawia modlitwę. Już wiadomo, czego nie będzie w rimejku :P.

Swoją drogą zamiast remake'u to mogliby zrobić film u kulisach produkcji, która była istnym koszmarem, zaś tyran wujek Walt omal nie zwariował. Na Oscar-baita idealny :). Oczywiście ze wszelkimi pikantnymi szczegółami, jak konflikt Disneya z Babittem, anonimowy list byłego animatora w gazecie, który doprowadzał Disneya do szału, grożąca rozwodem żona, Disney dostający kurwicy, gdy David Hand udowodnił że racja jest po jego stronie czy jak animatorzy, którzy po skończeniu katorżniczej roboty na jakimś przyjęciu zrobili Kac Vegas. Aha, i Disney kurzący fajki jak smok.

9/10

PS. Oczywiście huj w dupę temu cwelowi, który zdecydował by zrobić w Polsce re-dubbing (jeżeli miał jakikolwiek powstać, to w PRL-u bo różnicy nie byłoby słychać - patrz Piotruś Pan i Pinokio).

Odpowiedz
Goofy na wakacjach - ktoś napisał o tym filmie w innym temacie i mi się przypomniał. I powiem tak. Ogólnie uważam, że bajka całkiem udana, a bo ważne przesłanie, relacja ojciec-syn bardzo ważna i film drogi, i humor itd. Ale mam z nim jeden zgrzyt.

Dla mnie to taka "sfałszowana" wersja z komiksów. Coś podobnego jak "Kacze opowieści". W świecie Myszki Miki, który znam nie istnieje Goofy ojciec, którego syn jest do niego mniej podobny niż Gilbert. A Gilbert to postać z komiksów, który jest siostrzeńcem Goofy'ego. Ponadto skoro Goofy jest ojcem, znaczy że musiał mieć kiedyś żonę. Co też w komiksach nigdy nie miało miejsca z tego co pamiętam.

Goofy, którego znam z komiksów to kawaler, który zawsze był przede wszystkim kompanem Mikiego. Razem rozwiązują zagadki kryminalne, niekiedy zwyczajnie pracują w jednej firmie. I tyle.

Wysłane z mojego CPH2481 przy użyciu Tapatalka
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
(10-06-2024, 22:34)Pitero napisał(a): Dla mnie to taka "sfałszowana" wersja z komiksów. Coś podobnego jak "Kacze opowieści". W świecie Myszki Miki, który znam nie istnieje Goofy ojciec, którego syn jest do niego mniej podobny niż Gilbert. A Gilbert to postać z komiksów, który jest siostrzeńcem Goofy'ego. Ponadto skoro Goofy jest ojcem, znaczy że musiał mieć kiedyś żonę. Co też w komiksach nigdy nie miało miejsca z tego co pamiętam.

Goofy, którego znam z komiksów to kawaler, który zawsze był przede wszystkim kompanem Mikiego. Razem rozwiązują zagadki kryminalne, niekiedy zwyczajnie pracują w jednej firmie. I tyle.
Cóż, z disneyowskimi komiksami jest ten szkopuł, że w nich nie ma czegoś jak kanon poza stałymi rzeczami (jak Donald i jego siostrzeńcy, jego wujek Sknerus, Miki właściciel Pluta i chłopak Minnie itd.). I dlatego w jednych komiksach np. Sknerus ma dwie siostry, gdy w innych (i z innego kraju) ma młodszego brata, a np. Goofy ma siostrzeńca, gdy w innych ma syna. Sam Carl Barks nie przywiązywał uwagi do ciągłości fabularnej i dziwił się, że ktoś może traktować jego komiksy kanonicznie (jak Don Rosa, który też się dziwi że ktoś bierze jego osobiste interpretacji za kanoniczne). Do lat 50. w disneyowskich komiksach było tak, że postacie z disneyowskich animowanych pełnometrażówek pojawiały regularnie jako mieszkańcy/bywalcy Kaczogrodu i Myszogrodu i na luzaku spotykały się z Mikim i Donaldem, a czasem bywały crossovery między filmami (np. Dumbo i Bambi wspólnie uciekają przed złą królową z Królewny Śnieżki). Co ostało się w postaci skandynawskich komiksów z Wiedźmą Mim, która żyje niedaleko współczesnego Kaczogrodu (i w jednym zaatakowała Braci Be., którzy przypadkowo dorwali się jej magicznej księgi)

I ciekawa rzecz - w klasycznych animowanych krótkometrażówkach Goofy ma syna i żonę, której twarzy nigdy nie pokazują. Tym samym Goofy jest jedynym oficjalnym członkiem The Sensational Six, który uprawiał seks (EDIT: przypomniałem, że Pluto w paru kreskówkach spłodził szczenięta):
[Obrazek: D3wo1l5UIAA9KFD.jpg:large]
I Goofy na wakacjach (i poprzedzający go Goofy i inni) bardziej nawiązuje do krótkometrażówek jako że w Stanach Zjednoczonych disneyowskie komiksy nie cieszą taką popularnością jak w Europie, gdzie ich powstaje lwia część (co zaskakuje Amerykanów).

EDIT:
I Max miał wyglądać jak syn Goofy'ego ze wspomianych krótkometrażówek:
[Obrazek: gooftroopdevelopmentart.jpg]

Odpowiedz
Ja wychowałem się na komiksach, dla mnie kanon to właśnie Barks i Rosa i cała reszta słynnych, często właśnie włoskich twórców jak Scarpa i Rota. Chociaż bardzo cenię też twórczość Vicara, chilijskiego twórcy. Skupiał się często na osadzeniu akcji w Kaczogrodzie co pozwalało lepiej wejść w to uniwersum.

W komiksach Donald to właściwie zupełnie inna postać niż w bajkach. Czytając jego kwestie myślimy o normalnej , niemal ludzkiej postaci a nie o tym sepleniącym furiacie z telewizji.

A Miki to już w ogóle postać poważna, który jest detektywem i walczy z całą galerią złoczyńców, tak bogatą niemal jak z uniwersum Spider-Mana. I Goofy to jego nieodłączny druh, razem stanowią idealny duet. A wspomagani są zawsze sztab policyjny na czele z komisarzem policji O'Harą i jego podwładnymi.

Wysłane z mojego CPH2481 przy użyciu Tapatalka
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
I moja druga prelekcja z Pyrkonu już opublikowana (niestety, jakość ekranu jest jaka jest). Jak mówiłem dotyczy Walta Disneya, a dokładnie progresywnych elementów w starych disneyowskich animacjach. Na początku w jednym momencie jest ucięcie montażowe, gdyż nastąpił chwilowy problem techniczny na pyrkonowym sprzęcie:


EDIT: Trzymając się tematu Pyrkonu i ostatniej tu dyskusji o Goofym na wakacjach, na Pyrkonie natknąłem się na cosplayerkę Maxa z owego filmu. Od razu komentuję, że przebrała się za Maxa i ona wyraża zadowolenie, że w końcu ktoś poprawnie rozpoznał jej postać (wszyscy brali za Goofy'ego). Ja po chwili komentuję, że byłem na tym w kinie jako dziecko, a ona z szokiem że przecież ten film ma z dwadzieścia lat (i myślała, że jest z 1999 roku). Na co stwierdzam, że już jestem taki stary :).

Odpowiedz
No dobra, ale co to robi w tym wątku?

Odpowiedz
Już wyjaśniam. 

Shrek naśmiewał z Disneya, a Farquaad miał twarz Michaela Eisnera, ówczesnego CEO The Walt Disney Company.

Odpowiedz
eh myślałem, że Disney tak wszystko przejmował to, że i DreamWorks przejął

ajm sorry!

Odpowiedz
Dlaczego nie zatrudnili TEJ kobiety, która jest bardzo podobna do tej Zegler ale ładniejsza i Biała?

[Obrazek: 42-Lucy-Hale-1200x834.jpg]
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Sam sobie odpowiedziałeś właśnie xD
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Zegler jest na fali, a poza tym zapewne będzie to musical a ona potrafi śpiewać.

Wysłane z mojego CPH2481 przy użyciu Tapatalka
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
Znoszącej fali, to będzie flop and everybody knows.
que sera sera
Leżę i robię pod siebie
Oozy nine millameedah.

Odpowiedz
Atlantyda: Zaginiony ląd

Widzę, że po latach ludzie w internetach często wymieniają ten film w jednym zdaniu z "Planetą skarbów", że swego czasu niesłusznie poniosły porażkę finansowa, a tak naprawdę to takie niedocenione arcydzieła. Stwierdzam jednak, że te filmy w ogóle nie są na choćby zbliżonym poziomie i o ile "Planeta skarbów" to rzeczywiście piękna rzecz i jeden z moich ulubionych filmów Disneya (na pewno w pierwszej piątce), tak "Atlantyda" jest po prostu... okej, ale bez szału.

W sumie po filmie w pamięci najbardziej pozostaje barwna ekipa postaci stanowiących drużynę odkrywców Atlantydy. Najlepsza jest wiecznie skwaszona Packard, która jara szlugi i plotkuje przez telefon w czasie, gdy wszyscy wokół walczą o życie. No ogólnie ekipa zapada w pamięć, bo są zabawni i bywa śmiesznie. Tylko że nie tego konkretnie bym oczekiwał od filmu o Atlantydzie - zabawni bohaterowie drugoplanowi to powinien być co najwyżej dodatek, a nie główna atrakcja. Wolałbym więcej przygody i niezwykłości.

Przygody - jak na taki film - jest dziwnie mało. Ze trzy razy można powiedzieć, że "coś się dzieje" (atak Lewiatana, płonące owady w obozie, no i finał). Ogólnie niewiele akcji w porównaniu do innych animowanych filmów w podobnych klimatach (jak wspomniana "Planeta skarbów" czy "Titan A.E."). To nie musi być zarzut, bo sama eksploracja Atlantydy, poznawanie tego tajemniczego świata też mogłoby być ciekawe. Ale nie jest, bo przedstawiona tu wizja nie jest szczególnie fantazyjna, tajemnice tego świata odkrywane przez bohaterów nie robią wrażenia - w ogóle scenariusz jest prosty, sztampowy i nie ma w nim zbyt wielu rzeczy, które by zaskakiwały czy działały na wyobraźnię. Brakuje też jakiejś głębszej warstwy emocjonalnej (jak choćby - znowu - w "Planecie skarbów").

W dodatku naiwne to i bez sensu, jakby film był tworzony z myślą o młodszych dzieciach, które wszystko łykną bez zadawania pytań.

Na przykład Atlanci (Atlantydzi?) posługują się językiem sprzed Wieży Babel, co według filmu oznacza... że mogą dowolnie przestawiać się na każdy ziemski język. I to - trzeba dodać - każdy współczesny język, choć od jakichś 10 000 lat nie mają kontaktu ze światem zewnętrznym. Pal licho, że nawet współcześni Brytyjczycy mają trudno zrozumieć średniowieczne teksty po angielsku - tak inny był wtedy ten język. Atlanci, siedząc od tysięcy lat pod oceanem, znają współczesną angielszczyznę i wszelkie inne języki. Sensu w tym za grosz i znalazło się to w filmie jedynie po to, żeby dialogi nie musiały toczyć się w całości po atlantydzku.

Albo na przykład ta bzdura, że Atlanci zatracili wiedzę o swojej technologii i nie potrafią już nawet czytać własnych starych tekstów. Kida wyjaśnia, że ta wiedza przepadła, gdy Atlantyda zatonęła. Ale właściwie dlaczego? Atlanci w tym filmie są długowieczni - żyją przez tysiące lat. Część z tych, których widzimy w filmie, żyła już podczas zatonięcia Atlantydy. Więc co, z chwilą, gdy ich ląd znalazł się pod wodą, nagle dostali zbiorowej amnezji? Zapomnieli, jak się obsługuje maszyny i czyta atlantydzkie pismo? Przecież mieli tę wiedzę w sobie i mogli ją przekazać następnym pokoleniom.

Dlaczego król Atlantydy nie nauczył swojej córki czytać? Miał jakieś 10 000 lat czasu, żeby ją nauczyć abecadła. Co się stało? Kiedy Atlantyda znalazła się pod wodą, nagle wszystkie litery wyleciały mu z głowy? Sorry, ale jedyne inne wyjaśnienie byłoby takie, że zawsze był analfabetą, ale trudno w to uwierzyć, gdy mówimy o koronowanej głowie.

I jeszcze jeden mam zarzut, ale to już nie pod adresem filmu, lecz polskiej wersji językowej, gdzie z Włocha Vincenzo zrobili jakiegoś Ruska Wołodię. I postać, która w oryginale mówi normalnie po angielsku (tyle że z silnym akcentem) w polskiej wersji szwargota po rusku. Po co? Dlaczego? Jak można pozwolić sobie na aż taką swobodę przekładu? Czy to w ogóle legalne? Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim, żeby polskie tłumaczenie polegało na zamianie angielskiego tekstu na rosyjski. Totalnie niedorzeczne.

Teraz to już przynajmniej rozumiem, co on gada, ale jak oglądałem po raz pierwszy te ponad dwie dekady temu, połowa jego kwestii była dla mnie niezrozumiała. A to przecież Disney, w zamyśle rozrywka familijna. Powinna być przystępna nie tylko dla takich starych zgredów jak ja, ale też dla dzieciaków. Dlaczego polska wersja językowa wymaga od dzieci znajomości rosyjskiego, żeby mogły zrozumieć dialogi? 2001 rok, kiedy to miała miejsce premiera filmu, to już nie były czasy PRL-u i rosyjski nie był już obowiązkowym przedmiotem w polskich szkołach.

W ogóle, jak już się bawić, to po co się ograniczać - mogli pójść na całość i każdej z postaci dać w "polskiej" wersji językowej kwestie w innym języku, a dzieciaki niech się domyślają, co mówią postacie.

Odpowiedz
(20-07-2024, 12:23)al_jarid napisał(a): Dlaczego? Jak można pozwolić sobie na aż taką swobodę przekładu? Czy to w ogóle legalne?
Jak widać legalne, skoro za polski (i każdy inny zagraniczny) dubbing odpowiada Disney Character Voices International, które wszystko zatwierdza (i potrafi być upierdliwe).

Zresztą Polska nie jest wyjątkiem, bo w rosyjskim dubbingu Atlantydy Vincenzo jest Gruzinem o gruzińskim imieniu i nazwisku oraz mówi gruzińskim akcentem.

Ja tłumaczę zmianę tym, że trzeba było kogoś z akcentem, a że Polska przez lata była monoetniczna i imitacja włoskiego akcentu wyszedłby katastrofalnie. A facio od dynamitów i tak jest pobocznym comic reliefem i przemyca stereotypy swej nacji (którą można obśmiać bez płaczów), więc Polacy wybrali Rosjanów (a ci Gruzinów). 

I takie podmianki w dubbingach są normalne, bo w niemieckim dubbingu 12 gniewnych ludzi ławnik-imigrant mówi szwajcarskim akcentem. A w rosyjskim dubie Dawno temu w trawie niemiecka gąsienica Hans jest Polakiem (i ponownie dubbingował go Tomasz Grochoczyński).

I sam jestem za tym, żeby w tłumaczeniach/dubbingach zastępować akcenty/gwary tutejszymi odpowiednikami, skoro amerykańskie postacie i tak mówią czystą polszczyzną. Np. Adam Bahdaj np. tłumaczył ballady Seklerów (węgierski odpowiednik Górali) na polską góralszczyznę. Oczywiście trzeba robić to z głową, bo np. mowa mieszkańców amerykańskiego Południa to kiepski kandydat na zastąpienie jej w polskiej translacji etnolektem śląskim (co kilka razy się spotykałem z takimi propozycjami), gdy amerykańscy rednecy jak opowiadał mój ojciec i przyrodni brat to bardziej odpowiednik mieszkańców Podlasia (z czym i ja się zgadzam).

(20-07-2024, 12:23)al_jarid napisał(a): Widzę, że po latach ludzie w internetach często wymieniają ten film w jednym zdaniu z "Planetą skarbów", że swego czasu niesłusznie poniosły porażkę finansowa, a tak naprawdę to takie niedocenione arcydzieła.
Zapomniałeś dodać, że oba te filmy są wymieniane jako dobry kandydat na live-action remake (Brońcie Panie Boże!).

Odpowiedz
No też nie wiem, o co ludziom chodzi z tymi marzeniami o rimejku filmów, które im się podobno podobały. Skoro się podobały, to po co im nowa wersja? Chyba że z góry po prostu traktują aktorski film jako coś stojącego wyżej niż animacja. Dziwne to.

Odpowiedz
Serio Atlantyda była wymieniana w jednym rzędzie z Planetą Skarbów? Zawsze myślałem, że to był hit skoro doczekał się sequela, natomiast Planetę w jednym zdaniu wymieniałbym z niedocenianym Titanem od Dona Blutha
http://www.filmweb.pl/user/Corn

"Pierdu-pierdu, siala-lala; Braveheart kosmos rozpierdala" - Bucho


Odpowiedz
(20-07-2024, 14:47)Corn napisał(a): Zawsze myślałem, że to był hit skoro doczekał się sequela
To była klapa finansowa. A wspomniany sequel to był ulep z niezrealizowanego serialu telewizyjnego, który był już w fazie produkcji (bo zarząd oczekiwał po Atlantydzie hitu). Pełnoprawny sequel Atlantydy był rozważany (w nim Helga wracała jako cyborg), ale słabe dochody przekreśliły te plany. 

I Planeta skarbów też miała mieć DVD-sequel, w którym pojawiał się wątek miłosny dla Jima i wyjaśniał, że John Silver stał się złoczyńcą z powodu złamanego serca (lol).

Odpowiedz
(20-07-2024, 14:47)Corn napisał(a): natomiast Planetę w jednym zdaniu wymieniałbym z niedocenianym Titanem od Dona Blutha

"Planeta" i "Titan" to w ogóle mają sporo podobieństw, nie tylko to, że to dwie animowane klapy finansowe o przygodach w kosmosie. W obu kosmos zamieszkują obcy, którzy w dużej części przypominają zantropomorfizowane ziemskie zwierzęta, w obu postacie chcą coś odnaleźć kierując się mapą będącą w posiadaniu głównego bohatera, w obu główny bohater wychowuje się bez ojca i ma o to do niego żal, a potem poznaje osobę (Silver/Korso), która na krótki czas stanie się dla niego jakby substytutem tego utraconego ojca, w obu
.

To tak w ramach dygresji. Oczywiście wolę "Planetę skarbów", ale do "Titana" też chętnie wracam.

Odpowiedz
Właśnie dzięki niezawodnej Wikipedii odkryłem, że przeniesienia "Wyspy skarbów" w kosmos jako pierwsi dokonali Bułgarzy w filmie "Planeta skarbów" z 1982 roku. Całość można obejrzeć na Jutubie:

Tutaj wersja oryginalna (można włączyć angielskie napisy):




Tutaj wersja z angielskim dubbingiem:





Disneya wyprzedzili też Włosi, którzy w 1987 roku stworzyli aktorski miniserial "Wyspa skarbów w kosmosie" (również można znaleźć na Jutubie).

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Filmy Dona Blutha OGPUEE 29 8,145 29-03-2026, 17:59
Ostatni post: OGPUEE
  Seriale Disneya OGPUEE 187 44,911 10-02-2024, 14:39
Ostatni post: OGPUEE
  Luca (2021) - animacja Pixara Pelivaron 2 1,923 08-07-2021, 15:13
Ostatni post: yacajackowski
  UP czyli kolejne niesamowite dzieło PIXARA? Danus 77 24,693 19-02-2021, 16:07
Ostatni post: Kryst_007
  Krótkometrażówki Pixara! Maik 5 4,363 11-05-2019, 14:02
Ostatni post: Pehov
  The Good Dinosaur (2015) - Dinuś od Pixara Lawrence 22 11,590 30-07-2016, 11:54
Ostatni post: Mierzwiak
  Filmy Suzie Templeton Negrin 2 2,995 27-02-2008, 15:16
Ostatni post: Mefisto



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości