Nie widziałem pierwszej "Adrenaliny" - dużo straciłem?
Ok, za to widziałem drugą i wiem że bym sporo stracił jej nie oglądając.
Co to jest? Komedia, czysta komedia sensacyjna, a raczej (albo: a może) straszliwie, karykaturalnie przerysowany pastisz kina sensacyjnego. Brudnego kina sensacyjnego.
Chev - główny bohater filmu - spadł z helikoptera i umarł. Ale nie do końca, bo chińska triada wycięła jego serce i wstawiła mu sztuczne, na bateryjkę. Bateryjka szybko się wyładowuje, więc Chev musi nieustannie ją ładować (prundem), a w międzyczasie wybić mafiozów i odzyskać swoje poprzednie serce.
Poważnie mówię - taka jest treść filmu.
Wszystko to sfilmowane z biglem, w wariackim tempie, maksymalnie brutalnie (obcinanie sutków, obcięcie łokcia maczetą plus parę innych atrakcji pokazanych jest realistycznie i na zbliżeniach, po raz pierwszy w życiu miałem ochotę odwrócić wzrok). Ale to wszystko jest tak nieprawdopodobne, tak głupie, tak radośnie wariackie, że chce się to oglądać.
Weźmy jedną z pierwszych scen, gdy bohater ucieka między kontenerami, ścigany przez drani. Zabija jednego pistoletem, zabiera mu strzelbę, potem zabija drugiego z tejże strzelby, potem bierze się za następnego. Czysta gra komputerowa w kinie, czyli to co nie wyszło Bartkowiakowi 4 lata temu.
Wszystko to na nagłych najazdach kamerą, zbliżeniach i z niemiłosiernie trzęsącą się kamerą. Do tego wariacki montaż, ale tutaj to pasuje. Jest głośno, głupio, gwałtownie, brudno i krwawo. Bohaterowie są niesympatyczni, klną w zasadzie non-stop, a Statham przechodzi przez latynoskich i azjatyckich kafarów jak przez ciepłe masło.
W drugoplanowych rolach mamy smaczne epizody Geri Halliwell, obleśnego Davida Carradine, słodką Amy Smart czy smakowitego Dwigha Yoakama.
Całe to towarzystwo ogarnięte jest gorączką przemocy, więc widz albo szybko łapie klimat i się w nim rozpływa, albo ma ochotę wyjść z kina. Nie ma bata, inaczej do tego filmu nie można podejść.
Ale są i wady.
Finał - niezrozumiały i ucięty, jakby nagle na plan wszedł księgowy i powiedział że kurek z kasą został zakręcony. Dlatego ostatnią scenę mamy pocięta pomiędzy końcowymi napisami, ale i tak jest nieźle. W końcu ten film wyraźnie był produkowany na DVD, a że trafił do naszych kin - dystrybutor miał nosa, bo takie filmy winny być oglądane tylko w kinach. Na DVD to nie to.
Bezsens scenariusza - niby wada, ale gdyby było z sensem, to by był po prostu zły film i już.
Kilka zbędnych i niezrozumiałych dla nieznającego poprzedniego filmu widza scen - moja strata, ale czułem się miejscami zagubiony, bo co nieco trzeba było sobie dośpiewać.
Enyłej - kawał prześmiewczego, szyderczo głupiego kina komediowego w brutalnym, pastiszowym sosie sensacyjnym. Nie znadziecie takiego drugiego w naszych kinach.
6/10
24-07-2009, 22:20





