Miałem okazję zobaczyć Boyhood miesiąc temu na wrocławskich Nowych Horyzontach:
Film sam w sobie, pomijając całą otoczkę wokół niego, jest znakomitą opowieścią o... no, o tytułowym dojrzewaniu po prostu. Bez zadęcia, z odpowiednim luzem, ale kiedy Linklater uderza w wysokie emocje, naprawdę można zmięknąć. A robi to kilka razy.
Co natomiast autentycznie rzuca na kolana, to sposób, w jaki to cudo zostało wyczarowane:
Na początek to, co wszyscy wiedzą: ta sama ekipa zbierała się co roku, przez 12 lat, by dokręcić materiał.
Linklater wybrał siedmiolatka, któremu właściwie zawierzył powodzenie swoje projektu rozpisanego na kilkanaście lat. A w roli siostry głównego bohatera obsadził własną córkę.
Boyhood zawiera cały pejzaż przemian popkultury na przestrzeni lat, w których kręcony był film. I to jest niesamowite, jak wielkie Linklater miał wyczucie, co jest w danym momencie istotne i o czym pamięta się do dziś. Chyba najlepszy przykład to rozwój telefonów: na początku filmu, o ile dobrze pamiętam, był to telefon stacjonarny, później pojawiają się archaiczne dziś już komórki - i tak dalej, aż po dzisiejsze smartfony. Na początku filmu pojawia się Britney Spears, później gdzieś tam w tle leci Crazy, a jeszcze później na trzecim planie pobrzmiewa sobie Gotye. W jednej scenie główny udaje się na nocną premierę Księcia Półkrwi do księgarni. Jest też polityka - wojna w Iraku, krytyka Busha i dużo innych rzeczy. Pod koniec pojawia się też kwestia portali społecznościowych, reprezentowana rzecz jasna przez facebooka.
A w tym wszystkim rozpuszczona jest, jak już pisałem na początku, piękna i rewelacyjna w swej prostocie opowieść o dojrzewającym chłopcu, który przemienia się w mężczyznę i stawia pierwsze kroki w dorosłym życiu, próbując przy tym odnaleźć swoje miejsce na świecie. Rzadko kiedy można tak mocno odczuć upływ czasu, jaki dokonuje się w oglądanej historii.
Uniwersalizm całości powala, ale wydaje mi się, że mocniej film będzie oddziaływał (czy też już oddziałuje) na ludzi mniej więcej w wieku głównego bohatera, więc na pokolenie urodzone w latach 90., do którego szczęśliwie się łapię :)
Niesamowite też jest to, że mimo upływu lat, film Linklatera jest jednolity wizualnie. Upływu czasu nie widać zupełnie, jeśli chodzi o stronę techniczną. I to wielki komplement, bo Boyhood zrealizowany jest bardzo dobrze. Aktorstwo to też wysoka półka. I miło patrzeć na kolejne transformacje Ethana Hawke'a.
Zachwyt na świecie mnie nie dziwi - po prostu trudno się jakoś konkretnie przyczepić do tego filmu, a jego imponujące kulisy produkcyjne i skala projektu jeszcze mocniej podbijają oceny.
Ja Boyhood uważam za arcydzieło i życzę mu powodzenia w tegorocznym sezonie nagrodowym (choć mówię to przed seansem Inherent Vice :P). Ale nawet, jeśli się nie uda - Linklater ma już za niego Srebrnego Niedźwiedzia. W pełni zasłużonego.
Film sam w sobie, pomijając całą otoczkę wokół niego, jest znakomitą opowieścią o... no, o tytułowym dojrzewaniu po prostu. Bez zadęcia, z odpowiednim luzem, ale kiedy Linklater uderza w wysokie emocje, naprawdę można zmięknąć. A robi to kilka razy.
Co natomiast autentycznie rzuca na kolana, to sposób, w jaki to cudo zostało wyczarowane:
Na początek to, co wszyscy wiedzą: ta sama ekipa zbierała się co roku, przez 12 lat, by dokręcić materiał.
Linklater wybrał siedmiolatka, któremu właściwie zawierzył powodzenie swoje projektu rozpisanego na kilkanaście lat. A w roli siostry głównego bohatera obsadził własną córkę.
Boyhood zawiera cały pejzaż przemian popkultury na przestrzeni lat, w których kręcony był film. I to jest niesamowite, jak wielkie Linklater miał wyczucie, co jest w danym momencie istotne i o czym pamięta się do dziś. Chyba najlepszy przykład to rozwój telefonów: na początku filmu, o ile dobrze pamiętam, był to telefon stacjonarny, później pojawiają się archaiczne dziś już komórki - i tak dalej, aż po dzisiejsze smartfony. Na początku filmu pojawia się Britney Spears, później gdzieś tam w tle leci Crazy, a jeszcze później na trzecim planie pobrzmiewa sobie Gotye. W jednej scenie główny udaje się na nocną premierę Księcia Półkrwi do księgarni. Jest też polityka - wojna w Iraku, krytyka Busha i dużo innych rzeczy. Pod koniec pojawia się też kwestia portali społecznościowych, reprezentowana rzecz jasna przez facebooka.
A w tym wszystkim rozpuszczona jest, jak już pisałem na początku, piękna i rewelacyjna w swej prostocie opowieść o dojrzewającym chłopcu, który przemienia się w mężczyznę i stawia pierwsze kroki w dorosłym życiu, próbując przy tym odnaleźć swoje miejsce na świecie. Rzadko kiedy można tak mocno odczuć upływ czasu, jaki dokonuje się w oglądanej historii.
Uniwersalizm całości powala, ale wydaje mi się, że mocniej film będzie oddziaływał (czy też już oddziałuje) na ludzi mniej więcej w wieku głównego bohatera, więc na pokolenie urodzone w latach 90., do którego szczęśliwie się łapię :)
Niesamowite też jest to, że mimo upływu lat, film Linklatera jest jednolity wizualnie. Upływu czasu nie widać zupełnie, jeśli chodzi o stronę techniczną. I to wielki komplement, bo Boyhood zrealizowany jest bardzo dobrze. Aktorstwo to też wysoka półka. I miło patrzeć na kolejne transformacje Ethana Hawke'a.
Zachwyt na świecie mnie nie dziwi - po prostu trudno się jakoś konkretnie przyczepić do tego filmu, a jego imponujące kulisy produkcyjne i skala projektu jeszcze mocniej podbijają oceny.
Ja Boyhood uważam za arcydzieło i życzę mu powodzenia w tegorocznym sezonie nagrodowym (choć mówię to przed seansem Inherent Vice :P). Ale nawet, jeśli się nie uda - Linklater ma już za niego Srebrnego Niedźwiedzia. W pełni zasłużonego.
31-08-2014, 03:14 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-08-2014, 10:25 przez Dexter.)





