W końcu obejrzałem.
Te wszystkie negatywne opinie mnie mocno zniechęciły (z opinią Crova i Red Letter Media na czele), ale okazały się nie do końca prawdziwe.
Ten film ma przesłanie. W praktyce zawarte nie w "doniosłych" scenach, tylko między wierszami - w momentach gdzie potencjalnie nic się nie dzieje.
Osią fabularną są rodzice dzieciaków - ich wiara w to że do siebie wrócą i wszystko będzie jak dawniej. Właśnie między wierszami, w ujęciach zwykłego dnia i spojrzeniach można wyczuć coraz większy zawód - obdzieranie z dziecięcych złudzeń. Zmianę perspektywy dziecka do perspektywy pogodzonej z codzienną szarością.
To było naprawdę urzekające i byłem wtedy zaintrygowany. Tam się kryje prawdziwa "magia" tego filmu. Ot, ścieżki rodziców się rozchodzą, a dzieciaki dorastają i powoli zaczynają godzić się z tym że nie wszystko wygląda tak jak by chciały.
Rozumiem jednak zarzuty.
Problem nie jest dla mnie w tym, że jest sporo scen które sugerują że stanie się coś poważnego, a nic się ostatecznie nie dzieje.
Ten film pokazuje przeciętne życie i ta przeciętność do niego pasuje.
Problem w tym że te sceny które miały być magią, centrum tego filmu - sceny pokazujące kluczowe chwile w życiu - nie działają.
Pierwsza dziewczyna, pierwszy alkohol, zawód gdy ojciec nie dotrzymał słowa (choć to było akurat egoistyczne zachowanie syna), pierwszy dzień na uczelni i tak dalej i tak dalej.
One nie mają w sobie kompletnie magii. Częściej tam gdzie nic się nie dzieje ukryta jest wartość filmu, a poza tym w odniesieniach kulturowych i w wątku rodziców - Ethan Hawke i Patricia Arquette grają świetnie i to oni unoszą większość scen. Poza tym są znacznie ciekawszymi ludźmi niż ich dzieciaki.
Jest parę kluczowych scen które zadziałały. Rozmowa Ethana Hawke'a z synem podczas koncertu, albo rozmowa z matką gdy syn ostatecznie odchodzi z domu, a ona mówi że liczyła na więcej.
Spodziewałem się że postać syna będzie mnie irytować, ale nie było tak źle. Jako dzieciak zagrał świetnie, potem był strasznie sztywny - ale może taka miała być postać - a pod koniec wyluzował.
Nie był to występ godny jakiejkolwiek nagrody ani nominacji (nawet biorąc pod uwagę ile lat trwał), ale był w miarę solidny.
A że czasem zlewał obowiązki, albo był zawiedziony gdy ojciec nie zostawił mu auta - nikt nie jest idealny.
No i na koniec, strona eksperymentu. Zmiany głównych bohaterów były ciekawym dodatkiem. Dodawało to realizmu, gdy rodzice naprawdę starzeli się na naszych oczach a dzieciaki dorastały.
Samo z siebie jednak filmu to nie zbuduje.
Koniec końców Boyhood to bardzo dobry film. Ma swoje przesłanie, miejscami ma trochę magii kina - w paru momentach naprawdę odczułem ten moment wychodzenia z dzieciństwa - świetną grę aktorską Ethana Hawke'a i Patricii Arquette.
Nie potrzeba było jakichś wielkich tragedii, przygód, dramatycznych zdarzeń. Ale scenariusz można było urozmaicić. Można było w nim zawrzeć więcej magii.
Dało się tam upchnąć więcej nostalgii, jakoś połączyć muzykę, grę świateł, zdjęcia - tak żeby naprawdę ując te kluczowe momenty życia.
Ode mnie 8+/10
Te wszystkie negatywne opinie mnie mocno zniechęciły (z opinią Crova i Red Letter Media na czele), ale okazały się nie do końca prawdziwe.
Ten film ma przesłanie. W praktyce zawarte nie w "doniosłych" scenach, tylko między wierszami - w momentach gdzie potencjalnie nic się nie dzieje.
Osią fabularną są rodzice dzieciaków - ich wiara w to że do siebie wrócą i wszystko będzie jak dawniej. Właśnie między wierszami, w ujęciach zwykłego dnia i spojrzeniach można wyczuć coraz większy zawód - obdzieranie z dziecięcych złudzeń. Zmianę perspektywy dziecka do perspektywy pogodzonej z codzienną szarością.
To było naprawdę urzekające i byłem wtedy zaintrygowany. Tam się kryje prawdziwa "magia" tego filmu. Ot, ścieżki rodziców się rozchodzą, a dzieciaki dorastają i powoli zaczynają godzić się z tym że nie wszystko wygląda tak jak by chciały.
Rozumiem jednak zarzuty.
Problem nie jest dla mnie w tym, że jest sporo scen które sugerują że stanie się coś poważnego, a nic się ostatecznie nie dzieje.
Ten film pokazuje przeciętne życie i ta przeciętność do niego pasuje.
Problem w tym że te sceny które miały być magią, centrum tego filmu - sceny pokazujące kluczowe chwile w życiu - nie działają.
Pierwsza dziewczyna, pierwszy alkohol, zawód gdy ojciec nie dotrzymał słowa (choć to było akurat egoistyczne zachowanie syna), pierwszy dzień na uczelni i tak dalej i tak dalej.
One nie mają w sobie kompletnie magii. Częściej tam gdzie nic się nie dzieje ukryta jest wartość filmu, a poza tym w odniesieniach kulturowych i w wątku rodziców - Ethan Hawke i Patricia Arquette grają świetnie i to oni unoszą większość scen. Poza tym są znacznie ciekawszymi ludźmi niż ich dzieciaki.
Jest parę kluczowych scen które zadziałały. Rozmowa Ethana Hawke'a z synem podczas koncertu, albo rozmowa z matką gdy syn ostatecznie odchodzi z domu, a ona mówi że liczyła na więcej.
Spodziewałem się że postać syna będzie mnie irytować, ale nie było tak źle. Jako dzieciak zagrał świetnie, potem był strasznie sztywny - ale może taka miała być postać - a pod koniec wyluzował.
Nie był to występ godny jakiejkolwiek nagrody ani nominacji (nawet biorąc pod uwagę ile lat trwał), ale był w miarę solidny.
A że czasem zlewał obowiązki, albo był zawiedziony gdy ojciec nie zostawił mu auta - nikt nie jest idealny.
No i na koniec, strona eksperymentu. Zmiany głównych bohaterów były ciekawym dodatkiem. Dodawało to realizmu, gdy rodzice naprawdę starzeli się na naszych oczach a dzieciaki dorastały.
Samo z siebie jednak filmu to nie zbuduje.
Koniec końców Boyhood to bardzo dobry film. Ma swoje przesłanie, miejscami ma trochę magii kina - w paru momentach naprawdę odczułem ten moment wychodzenia z dzieciństwa - świetną grę aktorską Ethana Hawke'a i Patricii Arquette.
Nie potrzeba było jakichś wielkich tragedii, przygód, dramatycznych zdarzeń. Ale scenariusz można było urozmaicić. Można było w nim zawrzeć więcej magii.
Dało się tam upchnąć więcej nostalgii, jakoś połączyć muzykę, grę świateł, zdjęcia - tak żeby naprawdę ując te kluczowe momenty życia.
Ode mnie 8+/10
12-12-2014, 13:25





