To może ja coś napiszę. Bo mam na temat Boyhood rozkminę, która od paru dni siedzi mi w głowie.
Film widziałem w kinie, czyli już dość dawno. Warunki były średnie, bo byłem trochę chory i z byłą dziewczyną. Tak więc być może to mój pogorszony stan był jednym z powodów, dla których nie mogłem już znieść kolejnych scenek rodzajowych z życia tego nudziarza i modliłem się, żeby ta ostatnia scena (wiedziałem, że rozgrywa się w skalistej scenerii więc czekałem kiedy w końcu te skały się pokażą...) wreszcie nadeszła. Bo autentycznie miałem podczas oglądania ochotę rzygać - ale to pewnie przez tamto przeziębienie...
Anyway. Problem z Boyhood jest taki: to jest telenowela. To nie jest film tylko telenowela w ramach filmu. Spokojnie, obronię tę tezę. Zadanie mam tym łatwiejsze, że tego typu tendencje da się zaobserwować również w reszcie twórczości Linklatera.
Otóż Linklater w swoich filmach uprawia tzw. PROZĘ CODZIENNOŚCI. Problem z nią jest taki, że ona generalnie nie działa jeśli się chce uprawiać dobrą sztukę. Owszem, są twórcy, którzy skupiają się na realistycznym, zwykłym opowiadaniu o zwykłych ludziach - np. Mike Leigh - i robią to fenomenalnie. Cel jest taki sam: ukazać mało dramatyczne, pozbawione fajerwerków, często monotonne, często banalne losy zwykłych ludzi. Tylko, że opowiadać o nich można na różne sposoby, również na takie, które są interesujące i angażujące dla widza. Mike Leigh to potrafi. Wydawało mi się, że Linklater również... aż do czasu Boyhood. Bo w Boyhood robi to dokładnie tak, jak się robić nie powinno.
Czym się różni jeden sposób od drugiego? Tym, że dobra sztuka - niezależnie od treści - zawsze powinna być ubrana w odpowiednią formę. To forma - tempo, styl, to, co się pokazuje, to, czego się nie pokazuje - buduje historię i potrafi z banalnej uczynić dzieło sztuki. Zwłaszcza w kinie. Przecież dlaczego ludzie się śmieją z telenowel? Teoretycznie w telenowelach - czy soap operach - są wszelkie techniczne przesłanki ku temu, żeby to była dobra sztuka (może poza aktorstwem, które jest w nich po prostu drewniane). Ale co przesądza o ich ostatecznej chujowości? Ogołocenie z formy. "Goła" proza życia, przeniesiona 1:1, bez żadnego nawiasu, bez ramy, bez formy właśnie. Często w dodatku komicznie wykrzywiona wynikającymi z dupy zwrotami akcji, które mają jedynie za zadanie utrzymać widza przy odbiorniku (tego, na szczęście, w Boyhood nie ma). Bo życie przeniesione 1:1 generalnie nie nadaje się do konsumpcji artystycznej. Trzeba je w coś ubrać. Inaczej każdy by był artystą.
Linklater zawsze miał ciągoty do tego sposobu opowiadania. Wyłączając trylogię Before nie znam wielu jego filmów, ale widziałem Waking Life i widziałem A Scanner Darkly. I w obu tych filmach jego tendencja do pokazywania życia nagiego, TAKIM JAKIM ONO JEST wyraźnie się zaznaczała (zwłaszcza w dialogach). Tylko, że w obu przypadkach mieliśmy jednak do czynienia z bardzo ciekawą formą - animacją - która jakoś te historie "ubierała", a Scanner Darkly to dodatkowo adaptacja prozy pisarza, którego - kogo jak kogo - naprawdę nie można oskarżyć o brak fantazji w pomysłach fabularnych :)
Oczywiście najjaskrawszym przykładem owych linklaterowych ciągot jest trylogia słoneczna, gdy mieliśmy do czynienia właśnie z wyzerowaniem formy na rzecz "prawdziwego" życia - tym niemniej te 3 filmy są zajebiste. Co sprawia, że one są zajebiste, podczas gdy Boyhood obsysa pałę? Jedna rzecz: SKUPIENIE SIĘ NA JEDNYM MIEJSCU W CZASIE.
Każdy z filmów "słonecznych" rozgrywa się na przestrzeni jednego dnia - i to dlatego one są takie świetne. Dzięki skoncentrowaniu akcji na tak krótkim okresie dawka "prawdziwego" życia - które w innym wypadku byłoby nudne jak flaki z olejem - zostaje zintensyfikowana i zwielokrotniona. Perspektywa Linklatera w tych filmach jest ogniskująca, dlatego że ze względu na ograniczony czas akcji nie ma innego wyboru. Na przestrzeni jednego dnia ogniskują się wszystkie cechy dwójki jego głównych bohaterów i dzięki temu oglądanie ich jest takie ciekawe. Bo za każdym razem dostajemy snapshot z ich życia i widzimy gdzie oni "teraz" są. Za każdym razem oglądamy ich ze wszystkich stron, za każdym razem dostajemy "pełną" dawkę wszystkiego, czym oni są, co stanowią. I to jest fascynujące, interesujące i wzruszające.
Teraz sobie wyobraźcie co by było, gdyby treść z całej trylogii słonecznej spróbować upchać w jednym filmie. No właśnie.
I to jest właśnie Boyhood. To jest różnica między sztuką, a telenowelą. W Boyhood nie ma nawet tego, co filmy "słoneczne" ratuje, czyli tej delikatnej ramy formowej. W Boyhood nie ma nic: to jest zlepek scen pokazujących jak dorasta jakiś nudny koleś. Po cholerę w ogóle robić taki film? Aż polecę Biblią: Ja nie rozumiem. To jest dowód na to, że życie ogołocone do postaci "czystej" jest po prostu nieoglądalne, anty-dramatyczne. I jeśli Linklater chciał to udowodnić - no to gratuluję. Ale w takim razie czekam na oscarowe nominacje dla Klanu, Złotopolskich, M jak miłość, Mody na sukces czy Na dobre i na złe. Bo wartość artystyczna Boyhood jest mniej więcej porównywalna z tymi arcydziełami telewizji z tą różnicą, że w Boyhood jest lepsze aktorstwo.
W filmie Linklatera są 2 sceny, które mi się podobały i które w jakikolwiek sposób odróżniają ten film od mdłej telenoweli coś mi tam budując: gdy Patricia Arquette mówi, że myślała, że czeka ją w życiu więcej i scena ostatnia. Te dwa momenty mi się naprawdę podobały. Ale reszta? Holy fucking dogshit.
Nie wiem no. Może Linklaterowi chodziło o ukazanie tego, co gł. bohater mówi w ostatniej scenie - że w danym momencie życia widzimy tylko ten jeden moment, tylko teraźniejszość, i nic więcej? Jeśli tak, to może coś w tym filmie jest. Nie wiem. Na pewno dam Boyhood drugą szansę. Jestem ciekaw jak go odbiorę za drugim razem. Ale na razie - Crov całkiem nieźle streścił moje odczucia co do tego filmu, a Red Letter Media jak zwykle niszczą kosmos :)
To tyle ode mnie :)
Film widziałem w kinie, czyli już dość dawno. Warunki były średnie, bo byłem trochę chory i z byłą dziewczyną. Tak więc być może to mój pogorszony stan był jednym z powodów, dla których nie mogłem już znieść kolejnych scenek rodzajowych z życia tego nudziarza i modliłem się, żeby ta ostatnia scena (wiedziałem, że rozgrywa się w skalistej scenerii więc czekałem kiedy w końcu te skały się pokażą...) wreszcie nadeszła. Bo autentycznie miałem podczas oglądania ochotę rzygać - ale to pewnie przez tamto przeziębienie...
Anyway. Problem z Boyhood jest taki: to jest telenowela. To nie jest film tylko telenowela w ramach filmu. Spokojnie, obronię tę tezę. Zadanie mam tym łatwiejsze, że tego typu tendencje da się zaobserwować również w reszcie twórczości Linklatera.
Otóż Linklater w swoich filmach uprawia tzw. PROZĘ CODZIENNOŚCI. Problem z nią jest taki, że ona generalnie nie działa jeśli się chce uprawiać dobrą sztukę. Owszem, są twórcy, którzy skupiają się na realistycznym, zwykłym opowiadaniu o zwykłych ludziach - np. Mike Leigh - i robią to fenomenalnie. Cel jest taki sam: ukazać mało dramatyczne, pozbawione fajerwerków, często monotonne, często banalne losy zwykłych ludzi. Tylko, że opowiadać o nich można na różne sposoby, również na takie, które są interesujące i angażujące dla widza. Mike Leigh to potrafi. Wydawało mi się, że Linklater również... aż do czasu Boyhood. Bo w Boyhood robi to dokładnie tak, jak się robić nie powinno.
Czym się różni jeden sposób od drugiego? Tym, że dobra sztuka - niezależnie od treści - zawsze powinna być ubrana w odpowiednią formę. To forma - tempo, styl, to, co się pokazuje, to, czego się nie pokazuje - buduje historię i potrafi z banalnej uczynić dzieło sztuki. Zwłaszcza w kinie. Przecież dlaczego ludzie się śmieją z telenowel? Teoretycznie w telenowelach - czy soap operach - są wszelkie techniczne przesłanki ku temu, żeby to była dobra sztuka (może poza aktorstwem, które jest w nich po prostu drewniane). Ale co przesądza o ich ostatecznej chujowości? Ogołocenie z formy. "Goła" proza życia, przeniesiona 1:1, bez żadnego nawiasu, bez ramy, bez formy właśnie. Często w dodatku komicznie wykrzywiona wynikającymi z dupy zwrotami akcji, które mają jedynie za zadanie utrzymać widza przy odbiorniku (tego, na szczęście, w Boyhood nie ma). Bo życie przeniesione 1:1 generalnie nie nadaje się do konsumpcji artystycznej. Trzeba je w coś ubrać. Inaczej każdy by był artystą.
Linklater zawsze miał ciągoty do tego sposobu opowiadania. Wyłączając trylogię Before nie znam wielu jego filmów, ale widziałem Waking Life i widziałem A Scanner Darkly. I w obu tych filmach jego tendencja do pokazywania życia nagiego, TAKIM JAKIM ONO JEST wyraźnie się zaznaczała (zwłaszcza w dialogach). Tylko, że w obu przypadkach mieliśmy jednak do czynienia z bardzo ciekawą formą - animacją - która jakoś te historie "ubierała", a Scanner Darkly to dodatkowo adaptacja prozy pisarza, którego - kogo jak kogo - naprawdę nie można oskarżyć o brak fantazji w pomysłach fabularnych :)
Oczywiście najjaskrawszym przykładem owych linklaterowych ciągot jest trylogia słoneczna, gdy mieliśmy do czynienia właśnie z wyzerowaniem formy na rzecz "prawdziwego" życia - tym niemniej te 3 filmy są zajebiste. Co sprawia, że one są zajebiste, podczas gdy Boyhood obsysa pałę? Jedna rzecz: SKUPIENIE SIĘ NA JEDNYM MIEJSCU W CZASIE.
Każdy z filmów "słonecznych" rozgrywa się na przestrzeni jednego dnia - i to dlatego one są takie świetne. Dzięki skoncentrowaniu akcji na tak krótkim okresie dawka "prawdziwego" życia - które w innym wypadku byłoby nudne jak flaki z olejem - zostaje zintensyfikowana i zwielokrotniona. Perspektywa Linklatera w tych filmach jest ogniskująca, dlatego że ze względu na ograniczony czas akcji nie ma innego wyboru. Na przestrzeni jednego dnia ogniskują się wszystkie cechy dwójki jego głównych bohaterów i dzięki temu oglądanie ich jest takie ciekawe. Bo za każdym razem dostajemy snapshot z ich życia i widzimy gdzie oni "teraz" są. Za każdym razem oglądamy ich ze wszystkich stron, za każdym razem dostajemy "pełną" dawkę wszystkiego, czym oni są, co stanowią. I to jest fascynujące, interesujące i wzruszające.
Teraz sobie wyobraźcie co by było, gdyby treść z całej trylogii słonecznej spróbować upchać w jednym filmie. No właśnie.
I to jest właśnie Boyhood. To jest różnica między sztuką, a telenowelą. W Boyhood nie ma nawet tego, co filmy "słoneczne" ratuje, czyli tej delikatnej ramy formowej. W Boyhood nie ma nic: to jest zlepek scen pokazujących jak dorasta jakiś nudny koleś. Po cholerę w ogóle robić taki film? Aż polecę Biblią: Ja nie rozumiem. To jest dowód na to, że życie ogołocone do postaci "czystej" jest po prostu nieoglądalne, anty-dramatyczne. I jeśli Linklater chciał to udowodnić - no to gratuluję. Ale w takim razie czekam na oscarowe nominacje dla Klanu, Złotopolskich, M jak miłość, Mody na sukces czy Na dobre i na złe. Bo wartość artystyczna Boyhood jest mniej więcej porównywalna z tymi arcydziełami telewizji z tą różnicą, że w Boyhood jest lepsze aktorstwo.
W filmie Linklatera są 2 sceny, które mi się podobały i które w jakikolwiek sposób odróżniają ten film od mdłej telenoweli coś mi tam budując: gdy Patricia Arquette mówi, że myślała, że czeka ją w życiu więcej i scena ostatnia. Te dwa momenty mi się naprawdę podobały. Ale reszta? Holy fucking dogshit.
Nie wiem no. Może Linklaterowi chodziło o ukazanie tego, co gł. bohater mówi w ostatniej scenie - że w danym momencie życia widzimy tylko ten jeden moment, tylko teraźniejszość, i nic więcej? Jeśli tak, to może coś w tym filmie jest. Nie wiem. Na pewno dam Boyhood drugą szansę. Jestem ciekaw jak go odbiorę za drugim razem. Ale na razie - Crov całkiem nieźle streścił moje odczucia co do tego filmu, a Red Letter Media jak zwykle niszczą kosmos :)
To tyle ode mnie :)
08-02-2015, 22:44 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-02-2015, 22:54 przez Rodia.)





