Nie Mierzwiak, co byś nie mówił, Transformers to zupełnie inna para gumiaków. Otóż jakbyś zapytał fanów tej serii dlaczego idą na nią do kina, to nie wątpię, że dostałbyś stosunkowo spójne odpowiedzi, przy czym takie motywatory jak efekty specjalne czy bezpretensjonalna rozrywka są dla mnie w pełni zrozumiałe, a tego rodzaju filmy były, są i będą miały swoich odbiorców, bo m.in. do tego służy kino.
Tutaj jednak mamy do czynienia z zupełnie innym fenomenem i obawiam się, że nie miał on precedensu. W literaturze od zawsze funkcjonowały najróżniejszego rodzaju erotyki (aczkolwiek zastrzegam, że nie nazywam "50..." erotykiem - będąc kiedyś w Empiku natknąłem się na wielką piramidę tych książek i wtedy nie wiedząc jeszcze co to dokładnie jest, a jedynie, że to "jakaś głośna książka" otworzyłem ją w trzech losowych miejscach i w każdym była niesamowicie marnie acz z detalami opisana scena seksu, więc dla mnie jest to po prostu porno ze śladową, schematyczną fabułą w oparciu o archetypicznych bohaterów), przy czym moje osobiste obserwacje wskazują, że tego typu czytadełka były raczej chowane pod łóżkiem czy do szuflad, a nie stawały się przedmiotem powszechnego uznania i pop-kulturowego hype'u. Gdybym np. zaczął przy rodzinnym obiadku temat jaki to ostatnio zarąbisty klip na redtube widziałem, to spotkałoby się to z dezaprobatą, podobnie jak (tak sądzę) z dezaprobatą spotkałoby się gadanie w codziennych sytuacjach o porno w formie pisanej. Sytuacja w przypadku Greya wygląda jednak inaczej - nikt nie ma problemu z "debatowaniem" o tej książce przy różnych okazjach (ja np. wiem, że moja mama oraz babcia czytały tę książkę, mimo że przecież ich nie pytałem...), mówią o niej w programach TV śniadaniowej, zupełnie jakby było, kurde, o czym (bo abstrahując już od treści, ta książka jest żenująco źle napisana).
Piszesz:
Gadasz od rzeczy, bo wbrew temu co deklarujesz udajesz, że coś takiego jak popularność szeroko pojętego chłamu narodziła się wraz z premierą tego filmu.
No jasne, że chłam był wcześniej i zawsze będzie. Nie mam problemu z obecnością chłamu. Tutaj mamy jednak do czynienia z kuriozalną sytuacją, w której gros czytelników/widzów wie doskonale, że to chłam i to nie w sensie "wiem, że Transformers 4 nie jest ambitnym kinem i pewnie krytykom się nie podoba, ale ja chce się odstresować po pracy i popatrzeć na naparząjące się roboty, bo lubię te klimaty jak się miasto rozwala w efektowny sposób" tylko w sensie: "tak, ten film nie będzie miał niczego do zaoferowania nawet dla mnie ale i tak muszę na niego iść bo [wstaw tekst typu <<chcę sobie wyrobić opinię>>, co tak naprawdę oznacza chyba <<boję się, że jak się moi znajomi dowiedzą, że nie byłem i mam w dupie 50 Twarzy Greya, to się na mnie obrażą>>]
Przy czym powtarzam, że dla mnie "fenomenem" jest gargantuiczny sukces tej książki, a film jest jedynie jego naturalną konsekwencją. Nie trzeba mi tłumaczyć dlaczego film dużo zarobi, dobrze to wiem. Co nie zmienia faktu, że mnie to żenuje.
Bez obioru.
Tutaj jednak mamy do czynienia z zupełnie innym fenomenem i obawiam się, że nie miał on precedensu. W literaturze od zawsze funkcjonowały najróżniejszego rodzaju erotyki (aczkolwiek zastrzegam, że nie nazywam "50..." erotykiem - będąc kiedyś w Empiku natknąłem się na wielką piramidę tych książek i wtedy nie wiedząc jeszcze co to dokładnie jest, a jedynie, że to "jakaś głośna książka" otworzyłem ją w trzech losowych miejscach i w każdym była niesamowicie marnie acz z detalami opisana scena seksu, więc dla mnie jest to po prostu porno ze śladową, schematyczną fabułą w oparciu o archetypicznych bohaterów), przy czym moje osobiste obserwacje wskazują, że tego typu czytadełka były raczej chowane pod łóżkiem czy do szuflad, a nie stawały się przedmiotem powszechnego uznania i pop-kulturowego hype'u. Gdybym np. zaczął przy rodzinnym obiadku temat jaki to ostatnio zarąbisty klip na redtube widziałem, to spotkałoby się to z dezaprobatą, podobnie jak (tak sądzę) z dezaprobatą spotkałoby się gadanie w codziennych sytuacjach o porno w formie pisanej. Sytuacja w przypadku Greya wygląda jednak inaczej - nikt nie ma problemu z "debatowaniem" o tej książce przy różnych okazjach (ja np. wiem, że moja mama oraz babcia czytały tę książkę, mimo że przecież ich nie pytałem...), mówią o niej w programach TV śniadaniowej, zupełnie jakby było, kurde, o czym (bo abstrahując już od treści, ta książka jest żenująco źle napisana).
Piszesz:
Gadasz od rzeczy, bo wbrew temu co deklarujesz udajesz, że coś takiego jak popularność szeroko pojętego chłamu narodziła się wraz z premierą tego filmu.
No jasne, że chłam był wcześniej i zawsze będzie. Nie mam problemu z obecnością chłamu. Tutaj mamy jednak do czynienia z kuriozalną sytuacją, w której gros czytelników/widzów wie doskonale, że to chłam i to nie w sensie "wiem, że Transformers 4 nie jest ambitnym kinem i pewnie krytykom się nie podoba, ale ja chce się odstresować po pracy i popatrzeć na naparząjące się roboty, bo lubię te klimaty jak się miasto rozwala w efektowny sposób" tylko w sensie: "tak, ten film nie będzie miał niczego do zaoferowania nawet dla mnie ale i tak muszę na niego iść bo [wstaw tekst typu <<chcę sobie wyrobić opinię>>, co tak naprawdę oznacza chyba <<boję się, że jak się moi znajomi dowiedzą, że nie byłem i mam w dupie 50 Twarzy Greya, to się na mnie obrażą>>]
Przy czym powtarzam, że dla mnie "fenomenem" jest gargantuiczny sukces tej książki, a film jest jedynie jego naturalną konsekwencją. Nie trzeba mi tłumaczyć dlaczego film dużo zarobi, dobrze to wiem. Co nie zmienia faktu, że mnie to żenuje.
Bez obioru.
21-02-2015, 01:01 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-02-2015, 01:06 przez und3r.)





