Codziennego maratonu ciąg dalszu. Koniec na razie z bajkami dla dzieci. Pora dorosnąć, bo świat jest okrutny.
Silent Night, Deadly Night - skoro jest grudzień, to i okazja na horror dziejący się w tym miesiącu. Jako, że Black Christmas już widziałem, to padło na Silent Night… i jego sequel. Widać pięknie różnice kulturowe, bo z tego filmu wynika iż amerykański Mikołaj nie przynosi rózgi lub nie posyła jakichś minionów do karania niegrzecznych gówniaków :). Czytałem, że film wzbudził kontrowersje i rodzice protestowali, by tego nie puszczać w kinach, bo biednym bombelkom będzie źle kojarzył Mikołaj (pomijam, że bachory filmu nie mogłyby obejrzeć, bo kategoria R, a i spoty TV chyba nie leciały podczas sobotnich poranków). I wiecie co? Mieli rację! Gdyż to beznadziejna produkcja. Gra aktorska pozostawia mocno do życzenia, gore mało imponujące i w uniwersum tego filmu nikt nie jest normalny lub rozsądny. Początek to nudny snuj i wyglądał na to, że głównym złym będzie biały dindu w stroju Mikołaja. Potem popierdolone sceny, jak mały Billy widzi, przez dziurkę jak jakaś lampucera i gostek się bzykają (w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice!) i szefowa zakonnic (kreowana na stereotypową surową dyrektorkę, a potem pod koniec jest do rany przyłóż) słusznie ich leje pasem, a potem leje młodego (widocznie scenarzysta ma wąty do katolicyzmu :P). Swoją drogą, wszyscy wiedzą że Billy ma przebłyski z Wietnamu na widok Mikołaja - nikt nie poinformował jego szefa i współpracowników? W latach 70. i 80. zawód psychologa był zakazany w USA? Niestety, nie jest to film tak zły, że aż dobry. Może nie ma Garbage Day!, ale mamy dziadka-psychola i piszczącego z przerażenia łobuza kradnącego sanki młodszym, ale to za mało.
0/10
Silent Night, Deadly Night 2 - jak na słaby slasher przystało, jest podbudowa pod sequel i tym razem brat Billy’ego - Ricky morduje ludzi. Jest jeszcze gorzej. Niemal pół filmu to stock-footage jedynki w formie retrospekcji Ricky’ego będącego u psychiatry, która powinna trwać 10-15 minut, a nie 40 minut! Tak jak w jedynce wszyscy są durniami lub przesadzonymi psycholami. Główny bohater dał popis przepięknego aktorzenia i widać, że dobrze się bawił na planie. Zajebiście też aktorzył gość grający Rocco. Charakteryzacja szefowej zakonnic będącej po wylewie to nieznajomość medycyny. Wg twórców twarz po wylewie = mutacja niczym u Toxic Avengera.
1/10 - za głównego aktora
Love Actually - przyjemna odtrutka po chujowych dreszczowcach. Więcej tu sentymentalizmu i romantyzmu aniżeli komizmu, który też daje radę. Po prostu pełen ciepła i serducha film. Trochę zbędne były wątki tych dwóch statystów i ziomusia szukającego Amerykanek. Słaby był jedynie ten dzieciak grający pasierba Liama Neesona.
7,5/10
I przy okazji...
Red Nose Day Actually - dowiedziałem, że jest sequel, a w zasadzie epilog. Trwa 15 minut, to obejrzałem jzaraz po Love Actually. Wciąż to ciepła produkcja jak poprzednik i tak samo sympatyczny - mogliby umieścić resztę postaci (ale domyślam, że z zmartwychwstaniem Rickmana byłoby ciężko i rozumiem decyzję Emmy Thompson). Widziałem wersję amerykańską z dodatkową sceną dającą satysfakcjonujące zakończenie jednej z postaci.
EDIT: A przed chwilą jako film dzisiejszego dnia maratonu obejrzałem...
Scrooged - Opowieść Wigilijna. Też niewiadomo ile razy ekranizowana. Wszystkie są niemal takie same (a najlepsza jest wersja z George'em C. Scottem), więc teraz jakaś wariacja. Opening to kojarzył mi się z Burtonem, głównie poprzez chórki. Także design martwego Haywarda i sekwencja z duchem przyszłych świąt przywodzą na myśl burtonowską stylistykę. Murray świetny jako zły prezes telewizji na czele z niszczeniem rysunków dzieci jednej z pracownic i podbierającym babciom z zakupami taxi, a potem gadający łzawe bzdury na galach Humanitarny Człek Roku :D. Dobra jest też charakteryzacja truposza i duchów. Zabawny i celowo robi z tych emocjonalnych momenty "dość przesadzone do absurdu". Duch Obecnych Świąt . Ale tak jak Bucho zauważam, że momentami i w finale chciał być zbyt sentymentalny i bardziej w duchu powieści Dickensa, gdy film zdawał się być jej zgrywą, jak świąteczne duchy nie będące kopią innych adaptacji (Duch minionych świąt to jakiś elfi taksówkarz, a obecnych świąt będący inkarnacją Liny z Deszczowej piosenki grającą Błękitną Wróżkę z Pinokia - świetna aktorka).
7/10
Silent Night, Deadly Night - skoro jest grudzień, to i okazja na horror dziejący się w tym miesiącu. Jako, że Black Christmas już widziałem, to padło na Silent Night… i jego sequel. Widać pięknie różnice kulturowe, bo z tego filmu wynika iż amerykański Mikołaj nie przynosi rózgi lub nie posyła jakichś minionów do karania niegrzecznych gówniaków :). Czytałem, że film wzbudził kontrowersje i rodzice protestowali, by tego nie puszczać w kinach, bo biednym bombelkom będzie źle kojarzył Mikołaj (pomijam, że bachory filmu nie mogłyby obejrzeć, bo kategoria R, a i spoty TV chyba nie leciały podczas sobotnich poranków). I wiecie co? Mieli rację! Gdyż to beznadziejna produkcja. Gra aktorska pozostawia mocno do życzenia, gore mało imponujące i w uniwersum tego filmu nikt nie jest normalny lub rozsądny. Początek to nudny snuj i wyglądał na to, że głównym złym będzie biały dindu w stroju Mikołaja. Potem popierdolone sceny, jak mały Billy widzi, przez dziurkę jak jakaś lampucera i gostek się bzykają (w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice!) i szefowa zakonnic (kreowana na stereotypową surową dyrektorkę, a potem pod koniec jest do rany przyłóż) słusznie ich leje pasem, a potem leje młodego (widocznie scenarzysta ma wąty do katolicyzmu :P). Swoją drogą, wszyscy wiedzą że Billy ma przebłyski z Wietnamu na widok Mikołaja - nikt nie poinformował jego szefa i współpracowników? W latach 70. i 80. zawód psychologa był zakazany w USA? Niestety, nie jest to film tak zły, że aż dobry. Może nie ma Garbage Day!, ale mamy dziadka-psychola i piszczącego z przerażenia łobuza kradnącego sanki młodszym, ale to za mało.
0/10
Silent Night, Deadly Night 2 - jak na słaby slasher przystało, jest podbudowa pod sequel i tym razem brat Billy’ego - Ricky morduje ludzi. Jest jeszcze gorzej. Niemal pół filmu to stock-footage jedynki w formie retrospekcji Ricky’ego będącego u psychiatry, która powinna trwać 10-15 minut, a nie 40 minut! Tak jak w jedynce wszyscy są durniami lub przesadzonymi psycholami. Główny bohater dał popis przepięknego aktorzenia i widać, że dobrze się bawił na planie. Zajebiście też aktorzył gość grający Rocco. Charakteryzacja szefowej zakonnic będącej po wylewie to nieznajomość medycyny. Wg twórców twarz po wylewie = mutacja niczym u Toxic Avengera.
1/10 - za głównego aktora
Love Actually - przyjemna odtrutka po chujowych dreszczowcach. Więcej tu sentymentalizmu i romantyzmu aniżeli komizmu, który też daje radę. Po prostu pełen ciepła i serducha film. Trochę zbędne były wątki tych dwóch statystów i ziomusia szukającego Amerykanek. Słaby był jedynie ten dzieciak grający pasierba Liama Neesona.
7,5/10
I przy okazji...
Red Nose Day Actually - dowiedziałem, że jest sequel, a w zasadzie epilog. Trwa 15 minut, to obejrzałem jzaraz po Love Actually. Wciąż to ciepła produkcja jak poprzednik i tak samo sympatyczny - mogliby umieścić resztę postaci (ale domyślam, że z zmartwychwstaniem Rickmana byłoby ciężko i rozumiem decyzję Emmy Thompson). Widziałem wersję amerykańską z dodatkową sceną dającą satysfakcjonujące zakończenie jednej z postaci.
EDIT: A przed chwilą jako film dzisiejszego dnia maratonu obejrzałem...
Scrooged - Opowieść Wigilijna. Też niewiadomo ile razy ekranizowana. Wszystkie są niemal takie same (a najlepsza jest wersja z George'em C. Scottem), więc teraz jakaś wariacja. Opening to kojarzył mi się z Burtonem, głównie poprzez chórki. Także design martwego Haywarda i sekwencja z duchem przyszłych świąt przywodzą na myśl burtonowską stylistykę. Murray świetny jako zły prezes telewizji na czele z niszczeniem rysunków dzieci jednej z pracownic i podbierającym babciom z zakupami taxi, a potem gadający łzawe bzdury na galach Humanitarny Człek Roku :D. Dobra jest też charakteryzacja truposza i duchów. Zabawny i celowo robi z tych emocjonalnych momenty "dość przesadzone do absurdu". Duch Obecnych Świąt . Ale tak jak Bucho zauważam, że momentami i w finale chciał być zbyt sentymentalny i bardziej w duchu powieści Dickensa, gdy film zdawał się być jej zgrywą, jak świąteczne duchy nie będące kopią innych adaptacji (Duch minionych świąt to jakiś elfi taksówkarz, a obecnych świąt będący inkarnacją Liny z Deszczowej piosenki grającą Błękitną Wróżkę z Pinokia - świetna aktorka).
7/10
10-12-2021, 17:25 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-12-2021, 20:38 przez OGPUEE.)





