I też mi minęły święta pod patronatem filmowym. No i jednak w Wigilię obejrzałem pełnometrażówkę, a było to:
Babes in Toyland (1961) - oryginalnie miała to być ekranizacja książek o Krainie Oz (na które Walt Disney od dawna miał chrapkę) i nawet był kręcony pilot telewizyjny, ale po drodze coś nie wyszło i żeby się nie zmarnowało to zekranizowali inną amerykańską ikonę twórczości dla dzieci (na którą Walt Disney też od dawna miał chrapkę). No i w roli czarnego charakteru zagrał Strach na wróble z Czarnoksiężnika z Oz z Garland.
I cóż - to jest Czarnoksiężnik z Oz lat 60. Przepiękna baśniowa oprawa skąpana w żywych kolorach pełna wyszukanej choreografii i dobrej muzyki. Szczególnie złol miał zajebistą miejscówę. Prócz do tego dochodzą znakomite efekty wizualne pełne animowanych wstawek czy korzystania z bluescreena. No i końcowa bitwa z zastosowaniem animacji lalkowej. A jak fabuła? Cóż, bajka, i to jawniej pod dzieci, więc można przymknąć oczy na niektóre elementy. Jak np. główna kobieca postać zgadza się poślubić zbliżającego do 60-stki wrednego dziada, bo ona nie ogarnia księgowości XD. Choć też zachowali realizmu, bo zły ma bekę, że musi walczyć z ołowianymi żołnierzykami, no bo co mu zrobią?
Tak się zastanawiałem, co ten film ma wspólnego z Bożym Narodzeniem, a potem okazuje się, iż Zabawkarz ma duże świąteczne zlecenie i nie jest w stanie się wyrobić dlatego Tom i Mary postanawiają mu pomóc. Zabawkarz to trochę Janusz Biznesu, bo zagania dzieci do darmowej pracy (no dobra, dzieci same zgłosiły się na ochotnictwo) i przypisuje sobie zasługi swego asystenta kalkulatora, ale gdy coś się spieprzy to jego obarcza winą :).
Trochę za długi numer muzyczny jak Barnaba oświadczał się Mary, bo widać, że głównie służył jako popis umiejętności scenicznych Bolgera (i trza przyznać, że stary człowiek jeszcze może). I jest duży wątek rodzeństwa (?) Mary - dziatwa bez charyzmy, nudna i właściwie można byłoby się bez niej obejść. Główna para też standard, ale miała dobre sceny. Aktor grający Toma całkiem wypadł dobrze aktorsko, głównie w scenie gdy udaje cygańską wróżkę - sam myślałem, że to kobieta. Najwięcej frajdy sprawia Bolger jako Barnaba i jego przydupasy grane przez Garcię i Bernarda z serialowego Zorro (i są dobrą live action wersją lisa i kota z disneyowskiego Pinokia). Ogólnie widać, że wszyscy dobrze się bawili na planie i też przez to seans lepiej wychodzi.
7,5/10
Po kapitalistycznym filmie świątecznym z 1961 r. w pierwszy dzień świąt obejrzałem tym razem socjalistyczny film świąteczny z 1961 r.:
Wieczory na chutorze w pobliżu Dikańki - planuję zrobić przegląd sowieckich fantasy i przypadkiem odkryłem, że w 1961 Aleksandr Rou zrobił jedną z adaptacji Nocy przed Bożym Narodzeniem. A, że jest okres bożonarodzeniowy to decyzja była jedna. Trzeba przyznać Sowietom, że poziom realizacji nie odbiegał od Zachodu. A mówimy tu jednak o filmie dla dzieci, a te potrafiły być traktowane po macoszemu. Plus jak Wakuła odwiedzał Katarzynę II, to musieli kręcić w prawdziwym Pałacu Zimowym (tu aktor dobrze zagrał onieśmielenie, bo dla prostego chłopa z chutoru bogaty pałac to naprawdę coś z innej bajki). Zwłaszcza kostium diabła robi wrażenie na te czasy (który też konsekwentnie oświetlany czerwonym światłem). BTW Millar miał chyba zakontraktowane, że musi grać każdego fantastycznego dziwa z ruskiego folkloru w tych wszystkich skazkach. Jest nawet animowany segment (ale inny od animacji z 1951 roku).
Sporo tu ukraińskiego folkloru i nawet jest ujęcie na prawosławną ikonę. A także w rolach wiodących są aktorzy ukraińscy. Język chyba też jak donosi wiki i imdb, ale ponieważ języki banderowski i putinowski praktycznie są takie same dla laika, nie jestem w stanie stwierdzić. Widać, że dzięki metrażowi film jest dość wierny fabule. Ta już mniej zachwyciła mnie Trochu się robiła komedia pomyłek. Główny wątek zakochanego też mocno melodramatyczny i z takim patosem, że prosi w audio smutny soundtrack z Kapitana Bomby. Sporo opowiadania obrazem.
Jak dla mnie wciąż najlepsza jest animowana adaptacja z 1951 roku. Ale jak się jest fanem radzieckiego kina fantasy, to warto rzucić okiem.
7,5/10
Bloodbeat - nie mogło zabraknąć horroru w świątecznym wystroju. O inkarnacji samuraja mordującego rednecków w Winsconsin. Skojarzył mi się z Nightbeast - też kręcenie przy mikroskopijnym budżecie, słabe aktorstwo czy zapełnianie fillerami. A co różni ten groszowy film z lat 80. od innych groszowych filmów z lat 80.? Ano kręcił to Francuz (ale reszta ekipy i plenerów pochodzi z Winsconsin). I tego co zobaczyłem, nie spodziewałem się; jak na tani budżetowiec idą w artystyczną stronę, m.in. przy zdjęciach. A przy inne wady europejskiego wodolejstwa pod festiwale. Przez 30 min mamy bardziej lub mniej wolne zawiązanie akcji i długo nie widzimy killera. Matka jest trochę jak moja własna. Zamartwiająca się i z obrzydzeniem patrząca na upolowane zwierzę. Dosyć realistycznie ukazał niezręczność zjazdów rodzinnych w Boże Narodzenia. Obok też mieszka Janusz, który użera z marudną żoną i wie, że jutro dzien chujowy :) (i jedynie ich pies może cieszyć miłością). Elektroniczna muzyka momentami jest creepiasta, ale przy pierwszym morderstwie brzmi jak muzyka z Jaws, gdyby to była gra na commodore. A potem pan régisseur, że to za zachodnie i pod koniec nawrzucał muzyki klasycznej, m.in. Lacrimosę. Niesamowite nudziarstwo. Mogłem coś obejrzeć innego w ten drugi dzień świąt.
4/10
W międzyczasie wpadła Gwiazdka z Johnnym Bravo, którą rzecz jasna widziałem za młodu (i mój pierwszy kontakt z Donnym Osmondem, który tu jest męską Mary Poppins). Dalej się trzyma, zwłaszcza w warstwie komediowej i jak to bywa - tej mniej grzecznej (bo prawda jest taka, że te pierwsze serie z CN to były bardzo zakamuflowane seriale dla dorosłych) - np. Johnny podbija do jakiejś gorącej Francuzki, jak można się domyśleć, pali się to na panewce. W sumie ten odcinek jest na równi z innym bożonarodzeniowym odcinek Johnny'ego Bravo.
Babes in Toyland (1961) - oryginalnie miała to być ekranizacja książek o Krainie Oz (na które Walt Disney od dawna miał chrapkę) i nawet był kręcony pilot telewizyjny, ale po drodze coś nie wyszło i żeby się nie zmarnowało to zekranizowali inną amerykańską ikonę twórczości dla dzieci (na którą Walt Disney też od dawna miał chrapkę). No i w roli czarnego charakteru zagrał Strach na wróble z Czarnoksiężnika z Oz z Garland.
I cóż - to jest Czarnoksiężnik z Oz lat 60. Przepiękna baśniowa oprawa skąpana w żywych kolorach pełna wyszukanej choreografii i dobrej muzyki. Szczególnie złol miał zajebistą miejscówę. Prócz do tego dochodzą znakomite efekty wizualne pełne animowanych wstawek czy korzystania z bluescreena. No i końcowa bitwa z zastosowaniem animacji lalkowej. A jak fabuła? Cóż, bajka, i to jawniej pod dzieci, więc można przymknąć oczy na niektóre elementy. Jak np. główna kobieca postać zgadza się poślubić zbliżającego do 60-stki wrednego dziada, bo ona nie ogarnia księgowości XD. Choć też zachowali realizmu, bo zły ma bekę, że musi walczyć z ołowianymi żołnierzykami, no bo co mu zrobią?
Tak się zastanawiałem, co ten film ma wspólnego z Bożym Narodzeniem, a potem okazuje się, iż Zabawkarz ma duże świąteczne zlecenie i nie jest w stanie się wyrobić dlatego Tom i Mary postanawiają mu pomóc. Zabawkarz to trochę Janusz Biznesu, bo zagania dzieci do darmowej pracy (no dobra, dzieci same zgłosiły się na ochotnictwo) i przypisuje sobie zasługi swego asystenta kalkulatora, ale gdy coś się spieprzy to jego obarcza winą :).
Trochę za długi numer muzyczny jak Barnaba oświadczał się Mary, bo widać, że głównie służył jako popis umiejętności scenicznych Bolgera (i trza przyznać, że stary człowiek jeszcze może). I jest duży wątek rodzeństwa (?) Mary - dziatwa bez charyzmy, nudna i właściwie można byłoby się bez niej obejść. Główna para też standard, ale miała dobre sceny. Aktor grający Toma całkiem wypadł dobrze aktorsko, głównie w scenie gdy udaje cygańską wróżkę - sam myślałem, że to kobieta. Najwięcej frajdy sprawia Bolger jako Barnaba i jego przydupasy grane przez Garcię i Bernarda z serialowego Zorro (i są dobrą live action wersją lisa i kota z disneyowskiego Pinokia). Ogólnie widać, że wszyscy dobrze się bawili na planie i też przez to seans lepiej wychodzi.
7,5/10
Po kapitalistycznym filmie świątecznym z 1961 r. w pierwszy dzień świąt obejrzałem tym razem socjalistyczny film świąteczny z 1961 r.:
Wieczory na chutorze w pobliżu Dikańki - planuję zrobić przegląd sowieckich fantasy i przypadkiem odkryłem, że w 1961 Aleksandr Rou zrobił jedną z adaptacji Nocy przed Bożym Narodzeniem. A, że jest okres bożonarodzeniowy to decyzja była jedna. Trzeba przyznać Sowietom, że poziom realizacji nie odbiegał od Zachodu. A mówimy tu jednak o filmie dla dzieci, a te potrafiły być traktowane po macoszemu. Plus jak Wakuła odwiedzał Katarzynę II, to musieli kręcić w prawdziwym Pałacu Zimowym (tu aktor dobrze zagrał onieśmielenie, bo dla prostego chłopa z chutoru bogaty pałac to naprawdę coś z innej bajki). Zwłaszcza kostium diabła robi wrażenie na te czasy (który też konsekwentnie oświetlany czerwonym światłem). BTW Millar miał chyba zakontraktowane, że musi grać każdego fantastycznego dziwa z ruskiego folkloru w tych wszystkich skazkach. Jest nawet animowany segment (ale inny od animacji z 1951 roku).
Sporo tu ukraińskiego folkloru i nawet jest ujęcie na prawosławną ikonę. A także w rolach wiodących są aktorzy ukraińscy. Język chyba też jak donosi wiki i imdb, ale ponieważ języki banderowski i putinowski praktycznie są takie same dla laika, nie jestem w stanie stwierdzić. Widać, że dzięki metrażowi film jest dość wierny fabule. Ta już mniej zachwyciła mnie Trochu się robiła komedia pomyłek. Główny wątek zakochanego też mocno melodramatyczny i z takim patosem, że prosi w audio smutny soundtrack z Kapitana Bomby. Sporo opowiadania obrazem.
Jak dla mnie wciąż najlepsza jest animowana adaptacja z 1951 roku. Ale jak się jest fanem radzieckiego kina fantasy, to warto rzucić okiem.
7,5/10
Bloodbeat - nie mogło zabraknąć horroru w świątecznym wystroju. O inkarnacji samuraja mordującego rednecków w Winsconsin. Skojarzył mi się z Nightbeast - też kręcenie przy mikroskopijnym budżecie, słabe aktorstwo czy zapełnianie fillerami. A co różni ten groszowy film z lat 80. od innych groszowych filmów z lat 80.? Ano kręcił to Francuz (ale reszta ekipy i plenerów pochodzi z Winsconsin). I tego co zobaczyłem, nie spodziewałem się; jak na tani budżetowiec idą w artystyczną stronę, m.in. przy zdjęciach. A przy inne wady europejskiego wodolejstwa pod festiwale. Przez 30 min mamy bardziej lub mniej wolne zawiązanie akcji i długo nie widzimy killera. Matka jest trochę jak moja własna. Zamartwiająca się i z obrzydzeniem patrząca na upolowane zwierzę. Dosyć realistycznie ukazał niezręczność zjazdów rodzinnych w Boże Narodzenia. Obok też mieszka Janusz, który użera z marudną żoną i wie, że jutro dzien chujowy :) (i jedynie ich pies może cieszyć miłością). Elektroniczna muzyka momentami jest creepiasta, ale przy pierwszym morderstwie brzmi jak muzyka z Jaws, gdyby to była gra na commodore. A potem pan régisseur, że to za zachodnie i pod koniec nawrzucał muzyki klasycznej, m.in. Lacrimosę. Niesamowite nudziarstwo. Mogłem coś obejrzeć innego w ten drugi dzień świąt.
4/10
W międzyczasie wpadła Gwiazdka z Johnnym Bravo, którą rzecz jasna widziałem za młodu (i mój pierwszy kontakt z Donnym Osmondem, który tu jest męską Mary Poppins). Dalej się trzyma, zwłaszcza w warstwie komediowej i jak to bywa - tej mniej grzecznej (bo prawda jest taka, że te pierwsze serie z CN to były bardzo zakamuflowane seriale dla dorosłych) - np. Johnny podbija do jakiejś gorącej Francuzki, jak można się domyśleć, pali się to na panewce. W sumie ten odcinek jest na równi z innym bożonarodzeniowym odcinek Johnny'ego Bravo.
27-12-2025, 17:58





