Mam tyle do powiedzenia, że pewnikiem rozpiszę na dwa posty (EDIT: skrócone, bo faktycznie tl).
Nie uważam, że aktorska wersja była zbędna, przeciwnie. Przed zwiastunami byłem nastawiony pozytywnie, bo prosiło się, żeby zrobiono pełnoprawny remake, z prawdziwego zdarzenia, mogący naprawić wady niedoskonałej jednak animacji. Zwłaszcza, że i tak byłby kasowym hitem, bo nostalgia swoje robi. Z Księgą dżungli się dało, z Kopciuszkiem się dało i tu też by się dało.
Najoczywistszy zarzut - niewolnicze podążanie za animacją, ta sama stylistyka, wykorzystanie tego samego soundtracku i dialogów, ta sama fabuła z paroma modyfikacjami, które nic nie wnoszą i psują to co akurat było dobre w animacji. I nie wykorzystują okazji, by poprawić niektóre aspekty - np. Bestia nadal jest tu anonimowy.
Piosenki tu kompletnie nie pasują i zero tej musicalowej oprawy - już pierwsza w animacji charakteryzowała się żywą choreografią, a tu ludzie w większości beznamiętnie stoją i melorecytują wyuczony tekst. I śpiewy są tu gorsze. Jak Hermiona pojawia się na ekranie i wkroczył ten autotune - o Jezuniu. To samo z Beauty and the Beast - w animacji Angela Lansbury ładnie śpiewała, gdy w remake’u brak tego ciepła i talentu wokalnego. Jedynie Gaston trochę ma tego musicalowego sznytu i nie wygląda jak z tyłka, bo czuć tu energię i trochę harców. Dali też Bestii własny numer muzyczny, który patrząc na jego pompatyczność to miałem wrażenie, że Menken pisał to jako spoof swej twórczości. Jak chcieli wciskać piosenki, to mogli użyć jedynie część (jak w aktorskiej Księdze dżungli) i przearanżować na melodię z epoki - jak piosenka solistki z prologu, która była spoko.
Podobnie muzyka - używają dokładnie tej samej partytury co w animacji i w tych samych momentach, co mocno się gryzie i wolałbym jednak nowocześniejszą oprawę, a nie kopiuj-wklejki. Soundtrack w trakcie przemiany Bestii wyjątkowo wklejono w złych momentach (pompatyczny fragment pojawiający jak Bestia na powrót stał się księciem podkreślając przełom, występuje w filmie gdy martwy Bestia wciąż jest otoczony magią).
Mówiąc o bezmózgim kopiowaniu - po co początek objaśniający klątwę Bestii (w dodatku narratorka zagrała dość beznamiętnie i nie ma startu do Davida Odgena Stiersa)? Czemu nie zrobić z prawdziwej tożsamości Bestii twistu jak w baśni? Sama scena jak książę popyka w mejkapie Farinelliego nawet ujdzie. Niestety, większość to ekspozycja opisująca co się dzieje na ekranie. Co znów lepiej przedstawiły animacja jak i jej midquel. Tam wróżka puka grzecznie i pyta o azyl. Tu wbija się na chama i się dziwi, że książę ją wygania. Jest jeszcze jeden irytujący aspekt - wróżka swym czarem sprawiła, że nikt nie pamięta o jakimś zamku. Pal licho dziury fabularne, o których mówili inni i wyjaśnili to lepiej niż ja. Co za zmarnowanie potencjału dramaturgicznego! Ludzie z wioski mogliby nienawidzić wszystkiego co związane z księciem - że przez uprzywilejowanego skurwiela rodziny zostały rozbite - i wpisywało się w kontekst historyczny, kiedy za chwilę miała wydarzyć się Rewolucja Francuska. I też w związku z tym mogłyby hulać plotki o jakimś wilkołaku, którego wysyłał książę po zawarciu paktu z diabłem. A Maurycy i Bella jako przyjezdni miastowi (to byłby lepszy konflikt ze wsią niż "stronk women bad") mogliby zbywać gadki o bestii jako zabobon, co wpisywało się w kontekst historyczny - oświeceniowa wiara w naukę.
I tym samym przejdę do najbardziej irytującego elementu - tytułowych bohaterów. Między nimi nie ma żadnej chemii, jaką charakteryzowała animacja. Nie pomogła kiepska niekiedy gra aktorska Emmy Watson czy fatalny design Bestii okraszony takim se CGI. Przede wszystkim tu zdecydowali się na zmiany, które są niezrozumiałe i tylko wzmacniają memy o syndromie sztokholmskim.
Zacznę od Belli i żałosnych prób zrobienia z niej feministycznej ikony, z których nic nie wynika. Bella tworzy pralkę, którą niszczą zue wieśniaki pod wodzą szkolnego dyra, bo feminizm jest zły. Ale wątek Belli-wynalazcy nigdy już się nie pojawia. Jak w finale Bella i Maurycy są uwięzieni w wozie, to kto inicjuje uwolnienie? Ano Maurycy wykorzystując zegarmistrzowskie umiejętności (gdy w oryginale nieudana maszyna z początku, przysłużyła się w finale). Dalej, Bella zajmuje miejsce ojca, mówiąc buńczucznie że "się wydostanie". I faktycznie robi wszystko, by się wydostać z zamku. Ale po scenie z wilkami (która tu jest mniej dramatyczna i intensywna - nawet nie zapada zmarznięty lód na jeziorze, a w dodatku jest tu ciemno) nagle rezygnuje z ucieczki i ratuje rogatego potwora, który jedynie na nią darł mordę i okazywał chłód (gdy w animacji miała okazje poznać go z grzeczniejszej strony). I chce zamieszkać, bo usłyszała historyjkę o złym ojcu. Jak Bestia daje jej zgodę na zjednoczenie się z ojcem, w oryginale Bella była uradowana. A tu ma zmartwiony wyraz twarzy, że musi opuścić sierściucha i mówi "dziękuję" z wyraźnym rozczarowaniem. I w scenie przemiany bestii z księcia zero takiego przekonywującego zaskoczenia i olśnienia, a bardziej wygląda jakby była rozczarowana, że ten furras teraz jakimś gołowąsem.
Bestia jest tu fatalny - w tej wersji pozbawili go wszelkich niuansów, które go uczłowieczały i odróżniały od takiego Gastona. Początkowe sceny pokazują go jako wyłącznie gniewnego, któremu nie zależy na złamaniu klątwy (gdy w oryginale wykorzystał każdą okazję do zjednania Belli mimo braku umiejętności społecznych i wiary w siebie). Sporo dialogów z Bestią jak danie komnaty, zakaz na zachodnie skrzydło i finałowe zwrócenie wolności Belli dano jego sługom, co spłyciło charakter bohatera i widz się dziwi, co Bella w nim widzi. Szczególnie to widać w scenie odkrycia zaklętej róży/wybuchu Bestii. W oryginale pokazano, że jak wygonił Bellę szybko tego pożałował i stąd ruszył za nią w długą (by pewnie przeprosić) i w efekcie ocalił przed wilkami. I od tego momentu przestał być gniewny, bo wiedział że przegiął. Tu scena zdecydowana za krótka i gdy Bella spieprza, to ten bardziej zajmuje się różą. I nie miał powodu, by się wzburzyć. Bella nie podniosła nawet klosza narażając na uszkodzenie róży. Aha, Bestia jest dupkiem, bo stary go lał (tak zakładam, bo to jedna linijka, której spokojnie mogło nie być), a nie że jest rozwydrzonym arystokratycznym bachorem? Już pomijam to, że surowe wychowanie było wtedy raczej akceptowane (a wiek później Julek Verne za karę wysłał swego syna na jakieś galery), a XVIII-wieczna Superniania zalecała tyle batów ile bachor ma lat.
I na dobrą sprawę to w tej wersji to Gaston wyszedł na tego miłego i de facto jedynego sprzyjającego Belli w wiosce. A ta wyniosła kwoka nie chce się z nim ożenić, bo wprost mówi, że "nie jest zwyczajna". Gdy w oryginale aż tak nie obchodziło jej zdanie innych. Zresztą nie dziwię nastawieniu wioskowych - np. szmata zabiera bezczelnie bagietkę piekarzowi i ten patrzy dziwnie. W ogóle w animacji z spławieniem Gastona (pokazanego dużo bardziej nieprzyjemnego) lepiej poradzono, gdzie Bella wciąż była skromna i dyplomatyczne wykręciła tym, że "nie zasługuje na niego" jednocześnie zrobiła mu siarę przed ludźmi raniąc jego ego. Nie rozumiem też pozytywnych głosów nt. aktorskiego Gastona. Od tego w animacji od początku biła męskość – napakowany, z tubalnym głosem samiec alfa z podbródkiem Bruce’a Campbella - a tu jakiś mydłek. I w tym filmie ma zasugerowane PTSD po wojnie (pewnie nie tylko ja uważam, że to nieco obraźliwe). W jednej z nieoficjalnych powieści Gaston znał księcia przed klątwą jako naganiacz w polowaniu (gdzie książę dał się poznać bardziej jako kłusownik) i można byłoby z tym poromansować. Nawet przed premierą jakoś sądziłem, że powiążą Gastona z Bestią (którzy w oryginale praktycznie się nie znali i pierwszy raz spotkali się w finale).
CDN.
Nie uważam, że aktorska wersja była zbędna, przeciwnie. Przed zwiastunami byłem nastawiony pozytywnie, bo prosiło się, żeby zrobiono pełnoprawny remake, z prawdziwego zdarzenia, mogący naprawić wady niedoskonałej jednak animacji. Zwłaszcza, że i tak byłby kasowym hitem, bo nostalgia swoje robi. Z Księgą dżungli się dało, z Kopciuszkiem się dało i tu też by się dało.
Najoczywistszy zarzut - niewolnicze podążanie za animacją, ta sama stylistyka, wykorzystanie tego samego soundtracku i dialogów, ta sama fabuła z paroma modyfikacjami, które nic nie wnoszą i psują to co akurat było dobre w animacji. I nie wykorzystują okazji, by poprawić niektóre aspekty - np. Bestia nadal jest tu anonimowy.
Piosenki tu kompletnie nie pasują i zero tej musicalowej oprawy - już pierwsza w animacji charakteryzowała się żywą choreografią, a tu ludzie w większości beznamiętnie stoją i melorecytują wyuczony tekst. I śpiewy są tu gorsze. Jak Hermiona pojawia się na ekranie i wkroczył ten autotune - o Jezuniu. To samo z Beauty and the Beast - w animacji Angela Lansbury ładnie śpiewała, gdy w remake’u brak tego ciepła i talentu wokalnego. Jedynie Gaston trochę ma tego musicalowego sznytu i nie wygląda jak z tyłka, bo czuć tu energię i trochę harców. Dali też Bestii własny numer muzyczny, który patrząc na jego pompatyczność to miałem wrażenie, że Menken pisał to jako spoof swej twórczości. Jak chcieli wciskać piosenki, to mogli użyć jedynie część (jak w aktorskiej Księdze dżungli) i przearanżować na melodię z epoki - jak piosenka solistki z prologu, która była spoko.
Podobnie muzyka - używają dokładnie tej samej partytury co w animacji i w tych samych momentach, co mocno się gryzie i wolałbym jednak nowocześniejszą oprawę, a nie kopiuj-wklejki. Soundtrack w trakcie przemiany Bestii wyjątkowo wklejono w złych momentach (pompatyczny fragment pojawiający jak Bestia na powrót stał się księciem podkreślając przełom, występuje w filmie gdy martwy Bestia wciąż jest otoczony magią).
Mówiąc o bezmózgim kopiowaniu - po co początek objaśniający klątwę Bestii (w dodatku narratorka zagrała dość beznamiętnie i nie ma startu do Davida Odgena Stiersa)? Czemu nie zrobić z prawdziwej tożsamości Bestii twistu jak w baśni? Sama scena jak książę popyka w mejkapie Farinelliego nawet ujdzie. Niestety, większość to ekspozycja opisująca co się dzieje na ekranie. Co znów lepiej przedstawiły animacja jak i jej midquel. Tam wróżka puka grzecznie i pyta o azyl. Tu wbija się na chama i się dziwi, że książę ją wygania. Jest jeszcze jeden irytujący aspekt - wróżka swym czarem sprawiła, że nikt nie pamięta o jakimś zamku. Pal licho dziury fabularne, o których mówili inni i wyjaśnili to lepiej niż ja. Co za zmarnowanie potencjału dramaturgicznego! Ludzie z wioski mogliby nienawidzić wszystkiego co związane z księciem - że przez uprzywilejowanego skurwiela rodziny zostały rozbite - i wpisywało się w kontekst historyczny, kiedy za chwilę miała wydarzyć się Rewolucja Francuska. I też w związku z tym mogłyby hulać plotki o jakimś wilkołaku, którego wysyłał książę po zawarciu paktu z diabłem. A Maurycy i Bella jako przyjezdni miastowi (to byłby lepszy konflikt ze wsią niż "stronk women bad") mogliby zbywać gadki o bestii jako zabobon, co wpisywało się w kontekst historyczny - oświeceniowa wiara w naukę.
I tym samym przejdę do najbardziej irytującego elementu - tytułowych bohaterów. Między nimi nie ma żadnej chemii, jaką charakteryzowała animacja. Nie pomogła kiepska niekiedy gra aktorska Emmy Watson czy fatalny design Bestii okraszony takim se CGI. Przede wszystkim tu zdecydowali się na zmiany, które są niezrozumiałe i tylko wzmacniają memy o syndromie sztokholmskim.
Zacznę od Belli i żałosnych prób zrobienia z niej feministycznej ikony, z których nic nie wynika. Bella tworzy pralkę, którą niszczą zue wieśniaki pod wodzą szkolnego dyra, bo feminizm jest zły. Ale wątek Belli-wynalazcy nigdy już się nie pojawia. Jak w finale Bella i Maurycy są uwięzieni w wozie, to kto inicjuje uwolnienie? Ano Maurycy wykorzystując zegarmistrzowskie umiejętności (gdy w oryginale nieudana maszyna z początku, przysłużyła się w finale). Dalej, Bella zajmuje miejsce ojca, mówiąc buńczucznie że "się wydostanie". I faktycznie robi wszystko, by się wydostać z zamku. Ale po scenie z wilkami (która tu jest mniej dramatyczna i intensywna - nawet nie zapada zmarznięty lód na jeziorze, a w dodatku jest tu ciemno) nagle rezygnuje z ucieczki i ratuje rogatego potwora, który jedynie na nią darł mordę i okazywał chłód (gdy w animacji miała okazje poznać go z grzeczniejszej strony). I chce zamieszkać, bo usłyszała historyjkę o złym ojcu. Jak Bestia daje jej zgodę na zjednoczenie się z ojcem, w oryginale Bella była uradowana. A tu ma zmartwiony wyraz twarzy, że musi opuścić sierściucha i mówi "dziękuję" z wyraźnym rozczarowaniem. I w scenie przemiany bestii z księcia zero takiego przekonywującego zaskoczenia i olśnienia, a bardziej wygląda jakby była rozczarowana, że ten furras teraz jakimś gołowąsem.
Bestia jest tu fatalny - w tej wersji pozbawili go wszelkich niuansów, które go uczłowieczały i odróżniały od takiego Gastona. Początkowe sceny pokazują go jako wyłącznie gniewnego, któremu nie zależy na złamaniu klątwy (gdy w oryginale wykorzystał każdą okazję do zjednania Belli mimo braku umiejętności społecznych i wiary w siebie). Sporo dialogów z Bestią jak danie komnaty, zakaz na zachodnie skrzydło i finałowe zwrócenie wolności Belli dano jego sługom, co spłyciło charakter bohatera i widz się dziwi, co Bella w nim widzi. Szczególnie to widać w scenie odkrycia zaklętej róży/wybuchu Bestii. W oryginale pokazano, że jak wygonił Bellę szybko tego pożałował i stąd ruszył za nią w długą (by pewnie przeprosić) i w efekcie ocalił przed wilkami. I od tego momentu przestał być gniewny, bo wiedział że przegiął. Tu scena zdecydowana za krótka i gdy Bella spieprza, to ten bardziej zajmuje się różą. I nie miał powodu, by się wzburzyć. Bella nie podniosła nawet klosza narażając na uszkodzenie róży. Aha, Bestia jest dupkiem, bo stary go lał (tak zakładam, bo to jedna linijka, której spokojnie mogło nie być), a nie że jest rozwydrzonym arystokratycznym bachorem? Już pomijam to, że surowe wychowanie było wtedy raczej akceptowane (a wiek później Julek Verne za karę wysłał swego syna na jakieś galery), a XVIII-wieczna Superniania zalecała tyle batów ile bachor ma lat.
I na dobrą sprawę to w tej wersji to Gaston wyszedł na tego miłego i de facto jedynego sprzyjającego Belli w wiosce. A ta wyniosła kwoka nie chce się z nim ożenić, bo wprost mówi, że "nie jest zwyczajna". Gdy w oryginale aż tak nie obchodziło jej zdanie innych. Zresztą nie dziwię nastawieniu wioskowych - np. szmata zabiera bezczelnie bagietkę piekarzowi i ten patrzy dziwnie. W ogóle w animacji z spławieniem Gastona (pokazanego dużo bardziej nieprzyjemnego) lepiej poradzono, gdzie Bella wciąż była skromna i dyplomatyczne wykręciła tym, że "nie zasługuje na niego" jednocześnie zrobiła mu siarę przed ludźmi raniąc jego ego. Nie rozumiem też pozytywnych głosów nt. aktorskiego Gastona. Od tego w animacji od początku biła męskość – napakowany, z tubalnym głosem samiec alfa z podbródkiem Bruce’a Campbella - a tu jakiś mydłek. I w tym filmie ma zasugerowane PTSD po wojnie (pewnie nie tylko ja uważam, że to nieco obraźliwe). W jednej z nieoficjalnych powieści Gaston znał księcia przed klątwą jako naganiacz w polowaniu (gdzie książę dał się poznać bardziej jako kłusownik) i można byłoby z tym poromansować. Nawet przed premierą jakoś sądziłem, że powiążą Gastona z Bestią (którzy w oryginale praktycznie się nie znali i pierwszy raz spotkali się w finale).
CDN.
13-07-2022, 22:52 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-07-2022, 14:42 przez OGPUEE.)





