Breakdown (reż. Jonathan Mostow)
#1
[Obrazek: breakdown-poster01.jpg]

dawno temu był na forum topic o tym zacnym filmie, ale się zdematerializował, więc najwyższa pora przypomnieć ludziom, kto kręci najlepsze thrillery na świecie. spokojnie - tym kimś nie jest mostow. breakdown to dla tego reżysera wypadek przy pracy, jednorazowy cud. jakimś tajemnym sposobem udało się skurczybykowi osiągnąć ideał. pewnie dlatego, że nie kombinował na potęgę jak jego młodsi koledzy, nie motał wątków i nie stosował fabularnych wolt. nakręcił dreszczowiec doskonały, jeden z tych świetnych tytułów, które u wybrednej i rozkapryszonej publiki nie znajdują na ogół poklasku, przepadając bez wieści tuż po premierze. bo breakdown to żaden tam nowatorski łamacz schematów gatunku. po prostu klasyczny, oldskulowy film, zrealizowany podłóg uświęconych reguł. jak panic room czy the game - obrazy uważane za "przejściowe" w karierze finchera. ni to dobre, ni to złe. rozgrzewki przed kolejno fight clubem i zodiakiem. nie kumam niektórych ludzi.

jeff i amy taylorowie, małżeństwo ze sporym stażem, przeprowadzaja sie do kalifornii. maja do pokonania urzekające swoim zdradzieckim pięknem (zajebista czołówka i zajebisty motyw muzyczny) pustynne tereny poudniowo-zachodnich stanów. wkrótce ich samochód niespodziewanie odmawia posłuszeństwa. uprzedzam - to nie będzie usterka techniczna. bohaterów z opresji "wybawia" wspaniałomyślnie całkiem sympatyczny kierowca ciężarówki...

historia walki męża o życie uprowadzonej przez psychopatów żony pompuje adrenaline od pierwszej do ostatniej minuty. film może pochwalić się perfekcyjnym tempem. nie ma w nim niepotrzebnych scen czy przypadkowych bohaterów. dbałość o przestrzeganie zasad w tej materii to znaki rozpoznawcze starej amerykańskiej szkoły scenopisarskiej. dodatkowym atutem filmu jest super wpasowane w klimat opowieści bezbłędne aktorstwo (j.t. walsha i kurta russella nikomu nie trzeba przedstawiać), a poza tym wcale nie mniej klimatowe plenerowe kadry oraz mega konkretny finał, czyli samochodowa gonitwa na międzystanowej + absolutnie czadowy pojedynek na moście. trzeba uczciwe przyznać, że co jak co, ale inscenizowanie i fotografowanie pościgów automobilowych mostow opanował w stopniu przynajmniej mistrzowskim. istny z faceta kaskader. można nie lubić T3, ale sekwencja z dźwigiem robi kolosalne wrażenie. w breakdown pościg samochodowy zaplanowano o wiele skromniej, a i tak pozostawia niezatarte wspomnienia. jak zresztą wszystko w tym filmie - wzorcowo skrojone: ani nie za długie, ani nie za krótkie. fabuła stabilnie trzyma się na własnych nogach i co ważne jest wcale niegłupio pomyślana. na złość można by wytknąć scenarzyście drobne uproszczenia, związane z procederem porywania i mordowania ludzi (skuteczność, z jaką kidnaperzy zacierali ślady swojej niecnej działalności, powinna budzić uzasadnione podejrzenia), ale w sumie po co? w żaden sposób nie odbija się to negatywnie na spójności i sensowności całej historii.

dobra robota, panie mostow! gdyby wszyscy kręcili thrillery tak jak pan, nie byłoby na kim psów wieszać.

[Obrazek: beztytuubvu.jpg]

Odpowiedz
#2
no właśnie - był topik i się zmył, a szkoda bo były tam ciekawe wypowiedzi o ile pamiętam dobrze

sam film - klasa, szkoda, że jak dotąd w naszym kraju nie wydany :(
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#3
Mefisto napisał(a):sam film - klasa, szkoda, że jak dotąd w naszym kraju nie wydany

Był w kinach.

Odpowiedz
#4
haha, masz wyczucie czasu, przeglądałem topic o panic room (którego notabene wczoraj sobie przypominałem) i natknąłem się na breakdown. dzisiaj będę ogłądał więc wrócę z feedbackiem na temat :)

Odpowiedz
#5
Ok. Mój post nie będzie bogaty w merytoryczne uwagi co do tego filmu, gdyż widziałam go bardzo dawno. Na tyle dawno, że pamiętam szczątkowo fabułę i to, że bardzo mnie się podobał. Naprawdę trzymający w napięciu obraz - idealny na sobotnie kino nocne. I aż do dziś żyłam w błogiej nieświadomości, że reżyserem tego filmu jest ten sam pan co spłodził T3 - trudno w to uwierzyć.

Odpowiedz
#6
a zatem czym prędzej w podskokach, żeby się z tyłka kurzyło do wypożyczalni kaset wideo, dvd oraz blu-ray z zapytaniem: "dzień dobry. czy jest incydent?" (bo breakdown z polska to incydent).

Odpowiedz
#7
W kinach był. Na DVD chyba wciąż nie.

Odpowiedz
#8
na dvd nie było - fakt. był za to na kasecie vhs (sam takową posiadam). poza tym we wspaniałej dobie internetu, w której przyszło nam żyć, istnieje wiele alternatywnych krynic filmowej wiedzy.

Odpowiedz
#9
Ja nie rozumiem zachwytów nad tym filmem, ale jak już, to ściągaj z krynicy Amazonu brytyjskiego. Za niecałe 4 funciaki, prawie darmo.
http://www.amazon.co.uk/Breakdown-DVD-Kurt-Russell/dp/B00007LZ6F/ref=sr_1_1?ie=UTF8&s=dvd&qid=1240912312&sr=8-1

Odpowiedz
#10
Solo napisał(a):Był w kinach.

wow, naprawdę? to super - tylko, że słowo "wydany" nie odnosi się do kinowej dystrybucji, nie wspominając już o tym, że w kinach to on był ponad 10 lat temu :P
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#11
Genialny thriller, który poraża swą prostota a jednocześnie wciąga na maxa. Bezradny Kurt Russel, porwana żona i niekończąca się pustynia to co lubimy najbardziej . To chyba był debiut Mostowa i jedyny pozytyw, który pokładał moje nadzieje w T3 niestety surowo się przejechałem. Ogólnie godny, na dvd u nas na 100% nie wyszedł, wiem bo sam kupiłem go sobie w Irlandii za 6 euro jakieś 2 lata temu (zero dodatków, trailer + angielskie napisy).

Odpowiedz
#12
Bardzo dobry film, chociaż pierwsze 30 minut zapowiadało coś lepszego. Końcówka, pomimo że fajnie i emocjonująco nakręcona, jednak zdecydowanie przegięta i trochę odstająca klimatem od reszty filmu. Ale produkcja Mostowa nadrabia gęstą atmosferą i świetnie potęgowanym napięciem. No i oczywiście aktorstwem - J.T Walsh najlepszy, a zaraz po nim Russell.

7/10

Aż dziwne, że ten sam facet nakręcił baaardzo przeciętnego, trzeciego Terminatora, a potem s-f głupotkę z Willisem.

Odpowiedz
#13
O, a po tym, co napisałem w "krótkiej..." i braku odzewu, myślałem że tylko mi ten film się tak! bardzo podoba. Klasyk z doskonałym tempem i najlepszą rolą Russela. Oglądałem kilka razy w TV a po ostatnim, lutowym bodajże seansie ocena 9/10

(wejście do chaty porywaczy przy kolacji ryje beret swoją naturalnością i napięciem)
loading podpis...

Odpowiedz
#14
Idzie się wypieprzyć na mordę jak człowiek bite 90 minut na krawędzi krzesła siedzi.

Cytat:jakimś tajemnym sposobem udało się skurczybykowi osiągnąć ideał. pewnie dlatego, że nie kombinował na potęgę jak jego młodsi koledzy, nie motał wątków i nie stosował fabularnych wolt. nakręcił dreszczowiec doskonały, jeden z tych świetnych tytułów, które u wybrednej i rozkapryszonej publiki nie znajdują na ogół poklasku, przepadając bez wieści tuż po premierze.

+100000 Film prawie idealny, przy kilku (ale kilku-kilku, a nie 2 czy 3) czułem się ... no nie wiem, jakbym flaszkę za pazuchą wynosił z Żabki, niesamowicie operuje Mostow napięciem. Świetny film z, bądź co bądź, trochę niepotrzebnie przedramatyzowaną/przeciągniętą/odstającą/??? końcówką. No i
Do nadrobienia obowiązkowo dla każdego.
Bodie: He's a cold motherfucker.
Poot: It's a cold world Bodie.
Bodie: Thought you said it was getting warmer.
Poot: The world goin' one way, people another yo'.

Odpowiedz
#15
(28-04-2009, 11:24)Monika napisał(a): reżyserem tego filmu jest ten sam pan co spłodził T3 - trudno w to uwierzyć.
Czy ja wiem? Łatwo mi mówić, gdy zobaczyłem w czołówce nazwisko Mostowa, ale jak dla mnie to cały ten film aż krzyczy "weźcie mnie do zrobienia nowego Terminatora!", a jeśli się oglądało niechronologicznie, czyli najpierw T3, a potem Breakdown, to podobieństwa stylu, czy użytych motywów są jeszcze bardziej ewidentne.
(12-09-2012, 12:09)nawrocki napisał(a): Bardzo dobry film, chociaż pierwsze 30 minut zapowiadało coś lepszego. Końcówka, pomimo że fajnie i emocjonująco nakręcona, jednak zdecydowanie przegięta i trochę odstająca klimatem od reszty filmu. Ale produkcja Mostowa nadrabia gęstą atmosferą i świetnie potęgowanym napięciem. No i oczywiście aktorstwem - J.T Walsh najlepszy, a zaraz po nim Russell.
7/10
Oj tak, początek filmu jest znakomity, potem bywają świetne fragmenty, ale ogólnie cały seans to niestety zjazd w dół do maksymalnie przegiętej końcówki, która budzi skojarzenia bardziej z Commando, niż z poważnymi thrillerami. U mnie też 7/10 ale raczej naciągane: ci aktorzy, ta muzyka, zdjęcia, budowanie napięcia, miejscówka po prostu zasługiwały na lepszy scenariusz. Mimo wszystko jest to kawał fajnego, oldschoolowego filmu.

Odpowiedz
#16
Dałem 10/10 w kinie, dawałem po każdym seansie. Napięcie w tym filmie wywala korki a atmosferę można sobie nożem kroić i serwować jak najlepsze ciastko. Jeden z niewielu filmów, podczas których trzeba trzymać szczękę, żeby nie opadła i to nie z powodu efektów czy fikołków, a z powodu niesamowitego naturalizmu następujących po sobie scen, które wbijają w fotel. Uwielbiam ten film!
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
#17
Kiedy usiadłem do pisania o tym filmie nagle uświadomiłem sobie, że jego reżyser w jakimś stopniu, podobnie jak Fred Dekker został ofiarą trzeciej części cyklu, realizowanej jako swój trzeci film kinowy. Już tłumaczę - to znaczy tyle, że do podjęcia pracy przy trzeciej części znanej franczyzy jego kariera rozwijała się bardzo ładnie, a po jej nakręceniu, wszystko z hukiem rozbiło się o ziemię. A mowa o Jonathanie Mostowie, czyli reżyserze „Terminatora 3”. Oczywiście trzecia część cyklu o walce ludzi z maszynami nie była tak kuriozalnym filmem jak „RoboCop 3” i dodatkowo swoje zarobiła (owszem, poniżej oczekiwań), ale po jej premierze Mostow przepadł na lata, potem wrócił z nieudanymi „Surogatami” (jeszcze większa klapa finansowa), zrobił koszmarny „Pakt z mordercą” by w końcu przepaść na amen.


Ale w 1997 roku gdy swoją premierę miał kinowy debiut Mostowa, nikt nie przypuszczał, że kariera obiecującego reżysera tak się potoczy. Przeciwnie - wróżono mu status gwiazdy i pisano o nim jako nowej nadziei kina gatunkowego. I nie było to na wyrost, bo „Incydent” czyli film o którym mowa, był kawałkiem niezwykle solidnego i mocnego filmu gatunkowego.


Mostow nie wziął się w branży znikąd. Przed „Incydentem” nakręcił głupiutką komedię skierowaną na rynek VHS czyli „Beverly Hills Bodysnatchers” oraz o wiele poważniejszego i zrobionego z większym rozmachem telewizyjnego „Czarnego anioła”. To na planie tego filmu poznał legendarnego producenta Dino De Laurentiisa, który postanowił otoczyć opieką młodego reżysera. Był rok 1992. Mostow na zlecenie De Laurentiisa zaczął pracować nad adaptacją opowiadania Stephena Kinga „Ciężarówki”. Miał to być jego debiut kinowy i rzecz zupełnie inna od wcześniejszej kinowej adaptacji tego tekstu dokonanej przez samego Kinga, czyli „Maksymalnego przyspieszenia”. Tyle że prace się przeciągały, De Laurentiis miał problemy z domknięciem budżetu. Żeby nie siedzieć bezczynnie Mostow zaczął pracę nad innym filmem. Historią człowieka, który został wciągnięty w dziwną grę, przez którą powoli traci rozeznanie w tym, co jest prawdą a co zmyśleniem.


A potem wydarzyło się coś dziwnego. De Laurentiis zrezygnował z ekranizacji „Ciężarówek”, film o grze, który nosił tytuł „Gra” trafił w ręce Davida Finchera, a Mostow… dostał budżet na własny autorski film pod warunkiem, że będzie to thriller, nie przekroczy dwudziestu milionów budżetu i zatrudni do niego dużą gwiazdę. Tak powstał scenariusz do „Incydentu”. Napisany w zaledwie trzy tygodnie tekst, w którym słychać echa tak Kinga, jak „Gry”. Z tym pierwszym łączy go lokalizacja - stacja benzynowa i bar na odludziu, z drugim pomysł, by nagle bohater stracił wiarę we własną poczytalność.


„Incydent” to opowieść o Jeffie Taylorze (w tej roli świetny Kurt Russell), zwyczajnym facecie, który wraz z żoną Amy (Kathleen Quinlan), podróżuje przez pustynię. Właśnie postanowili zmienić swoje życie i przeprowadzić się z Bostonu do San Diego. Jeff i Amy to normalne małżeństwo, nie ma w nich niczego specjalnego. Ot, ludzie jakich spotykamy na ulicy. Kiedy na środku pustyni psuje się im samochód, uczynny kierowca tira Red (równie znakomity J.T. Walsh) postanawia im pomóc. Obiecuje podrzucić Amy na stację, skąd będzie mogła wezwać pomoc. Tyle, że pomoc nie nadjeżdża, a gdy Jeff dociera do stacji benzynowej okazuje się, że nikt nigdy nie widział Amy ani kierowcy tira. Tak zaczyna się dziwaczna gra w kotka i myszkę, którą nieznany wróg prowadzi z Jeffem. Gra w której stawką będzie życie Amy i poczytalność jej męża.


„Incydent” to film oparty na prostym pomyśle i niezwykle prosto zrealizowany. Nie ma tu żadnych fajerwerków realizacyjnych. Nie ma też wydumanych plot twistów. Jest mąż, żona i ten zły. Wszyscy są do bólu przeciętni i normalni (nawet Red) a siła całej opowieści tkwi właśnie w tym, że mogłaby przydarzyć się każdemu. Słychać tu odrobinę echa „Pojedynku na szosie”, „Niebezpiecznej gry” (australijskiej) a nawet „Zaginionej” (tyle że oczywiście bez jej fatalizmu), ale całość opowiedziana jest własnym językiem Mostowa.


Nieczęsto zdarza się w kinie tak świadomie prowadzony gatunkowy debiut. Wszystkie elementy opowieści pasują do siebie idealnie, reżyser ma świadomość gatunkowych ograniczeń i nie próbuje niepotrzebnie szarżować. Do tego Kurt Russell idealnie odnalazł się w swojej roli. Jego Jeff to człowiek doprowadzony do skrajności, ale nigdy nie zamieniający się w herosa kina akcji. Działa instynktownie, czasami chaotycznie, ale robi to wszystko, bo ma jeden, najważniejszy cel - uratować osobę, którą kocha. Podczas zdjęć Russell opowiadał, że była to jedyna rola, która niezwykle mocno odbiła się na jego psychice. Tak mocno wszedł w buty Jeffa, że wracając po zdjęciach do domu żył w stanie permanentnego napięcia i lęku. I do dziś uważa „Incydent” za jeden ze swoich najlepszych filmów.


Dla De Laurentiisa był to wielki hit, który dwa razy zwrócił swój budżet i sprawił, że Mostow nie mógł wyjść z biura producenta, bez wcześniejszego podpisania kontraktu na kolejny film. Był nim „U-571”, który mimo iż wywołał skandal (chodziło o udział Amerykanów w złamaniu Enigmy), znów okazał się hitem. A potem niestety Mostow podpisał kontrakt na „Terminatora 3” i wszystko się skończyło.

https://www.facebook.com/photo/?fbid=1053234439498509&set=a.606079354214022
btw polecam stronę Ziębińskiego - patrząc po doborze filmów kolesia można uznać za honorowego forumowicza :)

Odpowiedz
#18
(06-05-2024, 12:13)Phlogiston2 napisał(a): Do tego Kurt Russell idealnie odnalazł się w swojej roli. Jego Jeff to człowiek doprowadzony do skrajności, ale nigdy nie zamieniający się w herosa kina akcji. 
Rozumiem, że w recenzjach takie zdania ładnie brzmią, ale jednak są momenty, gdy Jeff zmienia się w herosa kina akcji. Zwykły gość za cholerę nie potrafiłby ukryć się w podwoziu ciężarówki i na luzaku przejść do szoferki podczas jazdy. Końcowy pojedynek na moście to również kino akcji jak się patrzy, a nie żadna tam przyziemna opowieść o szaraku postawionym przed niesamowitymi okolicznościami.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  Ironclad (2010) reż. Jonathan English Mental 96 24,205 17-01-2016, 23:06
Ostatni post: Bucho
  Battle: Los Angeles(Jonathan Liebesman) Danus 588 100,864 19-09-2011, 12:22
Ostatni post: Ash
  Van Diemien's Land reż. Jonathan Auf Der Heide Glut 29 6,524 15-02-2010, 19:33
Ostatni post: Glut



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości