Banned
Liczba postów: 20,755
Liczba wątków: 63
Death Sentence
Lubię opowieści o zemście, gdzie jeden człowiek, który traci wiele postanawia posunąć się do tego, do czego policja nie może. Pewnie wynika to z tego, że chyba każdy ma takie momenty w życiu, że ma ochotę chwycić za karabin i wystrzelać bandytów, którzy szwędają się po jego okolicy. Albo to tylko ja. Obejrzałem "Death Sentence" i mam do niego ambiwalentny stosunek.
Współczułem trochę bohaterowi, co było przede wszystkim zasługą Kevina Bacona, który był przekonujący w swojej roli. Współczucie było wyjątkowo płytkie, z rodzaju "ojej", ale w końcu to film rozrywkowy, więc na nic innego raczej twórcy nie liczyli. Przemiana postaci została przy tym dobrze przedstawiona, poraz kolejny ciepłe słowa w kierunku Bacona.
Złapałem się na tym, że mimo dobrej roli głównej jakoś szczególnie nie kibicowałem głównemu bohaterowi i podchodziłem do samej jego vendetty właściwie bez większych emocji. Zawsze fajnie się patrzy na "przeciętniaka" mordującego "wielkich bandziorów", ale to tyle. Trzeci akt, końcowa strzelanina była średnia, wtedy już oglądałem film z lekkim znudzeniem i ciągle bez większego zainteresowania. Podobało mi się - może nie specjalnie wstawione - nawiązanie do "Taxi Drivera" (abstrahując już od aparycji głównego bohatera w danym momencie).
Sceny zabójstw nie są robione jakoś szczególnie nowatorsko albo realistycznie i ponuro. Momentami pościgi i sceny "większego napięcia" przypominają teledysk. Tu na przykład okropny, moim zdaniem, pościg gangoli za Baconem, gdy ginie pierwszy bandzior i bohater wyrzuca walizkę - kamera latała męcząco. Zresztą w ogóle kamera w tym filmie lubi sobie czasem irytująco polatać, ale nie jest to w nim nagminne. Brakuje mu surowości i brudu, które tutaj dostajemy w jakiejś dziwnej, sztucznej postaci.Takie odnoszę wrażenie.
Muzycznie sprawdza się w porządku, choć nie podoba mi się wykorzystanie utworów z wokalem w scenach, które powinny być bardziej wyciszone i mniej "rzucać się w uszy".
Mozna obejrzeć, nie żenuje szczególnie, choć próbuje być czymś poważniejszym niż naprawdę jest, moim zdaniem. Cieszyłem się przez pewien czas, że bohaterowi się udaje, ale nigdy nie było to jakieś większe zaangażowanie. W końcu przestał mnie film interesować i raczej do niego nie wrócę. Nie jest to słaby film, to film, ale są zdecydowanie ciekawsze opowieści o zemście, które można odświeżyć.
[update - 23.03.2008] - zmarnowanczy czas i jednak żenada.
5/10 [update - 23.03.2008] 2/10
PS Gdyby nie było powiedziane wcześniej, że to remake "Death Wish" (czy też kolejna adaptacja książki, na podstawie której powstało "Death Wish") to nigdy bym się nie domyślił. Żadnych przesłanek w filmie nie ma, że to ta sama (bądź podobna) historia - bo nie jest to podobna historia, prócz tego, że bohater się wkurza na bandziorów. Dodatkowo IMDB podaje na 2009 rok film pod tytułem "Death Wish": [klik]
PPS Jest jeszcze jeden plakat do tego filmu, robiony na modłe "Sin City": [klik]
26-12-2007, 19:53
Nowy
Liczba postów: 252
Liczba wątków: 2
Właśnie, mnie też jakoś nie przekonał ten film. Sięgnąłem po niego, widząc w zwiastunie ogoloną głową i zbity pysk Bacona :) Nastawiłem się na mocne kino, w którym bohater by znaleźć spokój, musi znaleźć się najpierw na samym dnie piekła. Film jest nakręcony troszkę po łebkach, skrótowo, bez głębszego zastanowienia, owszem aktorstwo Bacona jest porządne, ale myślę, że pod pieczą lepszego reżysera niż gościa od "Piły" mógłby być to mały klasyk w swoim gatunku. I Bacon mógłby stworzyć naprawdę znakomitą kreację, a tak jest tylko dobra. Teraz doceniam "Człowieka w ogniu" Scotta...
Od momentu, kiedy bohater idzie zakupić spluwy u bardzo (powtarzam: BARDZO) przerysowanego Johna Goodmana jest już bardziej komiksowo, bardziej teledyskowo (kliszowa scena z goleniem głowy i zbrojeniem) i mniej poważnie. Szkoda, bo do tej pory film miał dość dobre sceny dramatyczne i w dwóch scenach nawet mnie przejął. Właśnie do końca nie wiem, o co chodziło twórcom, o film dotykający psychologii postaci, uciekający w dramat czy bardziej rozrywkę. Drażniła mnie muzyka - najpierw utwory pop-rockowe, wciśnięte na siłę, a potem, w trzecim akcie elementy hard rocka. Film stylizowany jest na wspomniany przez Crova brud, ale do końca taki nie jest. Gryzie się z tym stylistyka niektórych sekwencji, utrzymanych w duchu mtv. Podobnie jak u przedmówcy, im bliżej było końca, tym mniej kibicowałem Baconowi. I tutaj element nie konsekwencji twórców - rozumiem jego przemianę, ale w zasadzie jak zaczyna wyglądać i poruszać się jak Arnold w T1, to jakoś trudno to kupić. Na plus wszystkie wystrzały z broni palnej, i chyba dość pesymistyczna konkluzja. Dobre kino sensacji (dość brutalne), ale nic poza tym wielkiego.
11-01-2008, 01:30
Stały bywalec
Liczba postów: 7,557
Liczba wątków: 50
Do pewnego momentu film jest po prostu przecietny. Od sceny, w ktorej powaznie ranny Bacon ucieka ze szpitala (badziewiasta scena w slo-mo), kupuje maly arsenalik spluw (wczesniej szkoli sie w swoim warsztacie czytajac instrukcje obslugi, sic!) i rozpieprza w drobny mak bande zbirow - film staje sie taki glupi, ze az smieszny.
11-01-2008, 16:22
Nowy
Liczba postów: 2,101
Liczba wątków: 29
To co wyżej + wyjątkowo irytujący dobór muzyki.
11-01-2008, 22:13
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Niezbyt udany film. Zero emocji, sporo dziwacznych rozwiązań, słabe aktorstwo.
No i tak jak napisał D'mooN, dobór muzyki - tragedia. SPOILER!!! Oto zastrzelona żona Bacona leży na podłodze, a obok postrzeleni, nieprzytomni Bacon i jego syn. A w tle co? Jakaś balladka z gitarowym brzdękaniem. Żenada.
3/10
PS. Końcowa scena to już szczyt kiczu.
15-05-2008, 00:36
悟
Liczba postów: 11,556
Liczba wątków: 37
Co do muzyki sie zgadzam, emocji w sumie tez, ale nie wiedziec czemu, nawet podobal mi sie ten film...
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi
15-05-2008, 03:38
Nowy
Liczba postów: 614
Liczba wątków: 0
Spoilery
Dla mnie film ok. Bardzo podobala mi sie scena gdy ranny Hume przysiadl sie do rannego Darleya, ich dialog, lzy gangstera (fajna muzyka w tle) no i samo wykonanie wyroku a konkretnie jego nie pokazanie. Brak tej sceny przypomnial mi ostatni film braci Coen a to bardzo mile skojarzenia.
16-05-2008, 19:08
悟
Liczba postów: 11,556
Liczba wątków: 37
Akurat ta scena jest strasznie denna i wymuszenie gromkopierdna. Ot tepy zakapior nagle zdobywa sie na blyskotliwe spostrzezenia i piontuje sytuacje filozoficznym traktatem :)
Postępować należy tak, aby niczego nie robić, a wtedy panować będzie ład.
-- Laozi
16-05-2008, 20:17
Nowy
Liczba postów: 614
Liczba wątków: 0
Widac gustuje w scenach strasznie dennych i wymuszenie gromkopierdnych.
Coz... jeden lubi jak mu cyganie graja, drugi jak mu buty smierdza.
Hitch napisał(a):Ot tepy zakapior nagle zdobywa sie na blyskotliwe spostrzezenia i piontuje sytuacje filozoficznym traktatem :)
Zwykle takie "tepe zakapiory" pozostaja twardzielami do konca. Tutaj mam wiec miłą odmiane od codziennosci. Zwykle przy tego typu egzekucjach jest to pokazane, przynajmniej odglos strzalu a wiec kolejna mila odmiana.
Puenta w postaci traktaku filozoficznego? Jesli mnie pamiec nie myli to bandyta raczył był zauwazyc ze glowny bohater poprzez wlasnorecznie wykonana fruzure w stylu -==strzelił piorun w rabarbar==- nawet z wygladu upodobnil sie do chlopakow z miasta. Sytuacja ta wydaje sie stosunkowo daleka od traktatu filozoficznego a przynajmniej zdania naukowcow w omawianej sprawie sa podzielone.
16-05-2008, 22:00
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
W ilu to już filmach bad guy mówił temu dobremu że są tacy sami? Zieeeew.
Z perspektywy czasu stwierdzam że Death Sentence składa się z wielu takich czerstwych scen. I nie wiem która gorsza, oni dwaj na ławeczce czy śmierć podczas rodzinnego wideo.
Drewniana reakcja chłopaka na wieść o śmierci brata mnie rozwaliła. Nie wiem, może to miało być odegranie szoku, ale bardziej wygląda na to że koleś myślał że nie ma go w kadrze.
16-05-2008, 22:19
Agent Mossadu
Liczba postów: 32,296
Liczba wątków: 4
Sprawa jest dla mnie prosta DS to film, ktory mial prawo bytu w latach
80-tych
Pewnie dzis wpsomianlbym ten film z pelnym rozrzewieniem i lzami. Jednak dzis tego typu filmidla nie maja prawa bytu. Mamy tutaj doczynienia z sztucznym, powielajacym schematy i kompletnie niepotrzebnym tworem.
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
17-05-2008, 00:14
Nowy
Liczba postów: 2,172
Liczba wątków: 13
Nie będę się rozpisywał, powiem krótko: Ten film to żenada.
A mogło być tak pięknie... Dobry materiał wyjściowy, Kevin Bacon w roli głównej. Co więc zawiodło? Reżyser. A raczej jego brak. Koleś, który pracował przy Pile pokazał tym filmem, że nie nadaje się do żadnych ambitniejszych produkcji. Głupota w Death Sentence goni głupotę, zwłaszcza w scenach strzelanin, muzyka dobrana jest fatalnie, a końcowa strzelanina jest po prostu żenująca.
Jedyne, co w tym filmie wyszło, to rola Bacona. Zagrał ją dobrze, w przeciwieństwie do reszty obsady.
ps. Rozwalił mnie Fred Flinstone jako lokalny boss :)
2/10
20-05-2008, 13:40
Natural Born Avtaker
Liczba postów: 8,317
Liczba wątków: 23
Żenada â słowo klucz. Oglądamy film, widzimy: tu coś nie gra, tam coś zgrzyta, w innym miejscu coś się nie zgadza, a w jeszcze innym główny koleś kopnął się piętą w czoło, żeby z tylnej kieszeni spodni wydobyć klucz do kajdanek. Wyrok może być tylko jeden: żenada. A może nawet żenua.
Na szczęście mam nieco inną filozofię oglądania filmów, takie duperele nie robią na mnie większego wrażenia i nie przyprawiają mnie o dyskomfort, dlatego seans uważam za udany. Jeśli film sprawia, tak jak w tym przypadku, że przez dwie godziny siedzę w skupieniu, starając się nie uronić ani jednego kadru (także dosłownie: zdjęcia są naprawdę dobre) i nawet nie sięgając po paluszki (w zasięgu ręki), to znaczy, że jest dobrze.
Rzecz jasna, "Death Sentence" to żadne arcydzieło kina vendetty, jest to jednak, pomimo kilku ogranych chwytów, wystarczająco dobre kino sensacyjne â nienachalne, nieprzeszarżowane, chwilami mocno melancholijne, zachowujące przyzwoitą granicę komiksowości niektórych scen na końcu. W zasadzie to kino proste jak drut, bez żadnych większych fajerwerków fabularnych. Nie oferuje też, co zapisuję na plus, kolekcji one-linerów czy jakichkolwiek fajnych tekstów, rzucanych przez co bardziej luzackich kolesi. Takich postaci tam po prostu nie ma, może oprócz Johna Goodmana (o tym niżej).
Hume (bohater Bacona) też nie jest typowy. Nie jest ekskomandosem czy byłym supertajnym agentem â to tylko zwykły facet, jeśli zwykłym można określić człowieka sukcesu, zajmującego wysokie stanowisko w dobrej firmie. Trudno zarzucić, że w którymkolwiek momencie (przynajmniej do czasu jego transformacji w Mściciela przez duże M) jego postać rażąco przekracza swoje możliwości. Przecież on nawet gdy ucieka przez bandą gangsta, wykazuje się sprytem, owszem, ale przede wszystkim niemal robi w gacie ze strachu i ledwo dyszy ze zmęczenia â ostatecznie, to facet zza biurka, grubo po czterdziestce. Nie jest supermanem, nie dokonuje niewiarygodnych wyczynów. Boi się, bo zrobił niewiarygodnie głupią rzecz, i jego strach i desperacja determinują większość jego działań. Nawiasem mówiąc, gdzie w tym pościgu jest trzęsawka kamery, to ja naprawdę nie wiem. Może w kilku zaledwie parusekundowych ujęciach, ale całość to, w porównianiu z "Bourne'ami" i innymi takimi, popis płynności i stalowej ręki kamerzysty.
Co do ról... Bacon jest zbyt doświadczonym fachmanem, żeby "nie dać rady" (taki np. Dennis Quaid by nie dał, serwując znany od lat zestaw zrozpaczonych, ściągniętych w grymasie rozpaczy min), choć z początku wydawał mi się nieco rozlazły, że tak to ujmę â ostatecznie, przyzwyczaił nas do ról nieco bardziej świrniętych bohaterów. Ale oczywiście niesie na swoich barkach cały film, konsekwentnie trzymając swoją postać w ryzach. Popis aktorstwa daje szczególnie w szpitalu, podczas przemowy do syna. Tu scena ostatecznej Przemiany w Mściciela rzeczywiście jest podlana sosem slo-mo, ale jeśli miałbym do wyboru kilka sekund slo-mo i zwykłe "wstał i wyszedł", to wolę jednak to pierwsze â nie zgrzyta to ani nie jest gwoździem do trumny filmu.
Reszta aktorów w zasadzie w normie. O Kelly Preston nie ma co mówić, bo rutynowo zrobiła to, co robi od dawna â zagrała kobietę głównego bohatera, matkę swoich dzieci. I tyle. Banda gangsterów na plus pod tym względem, że dosłownie żaden z nich nie wyróżnia się ani wyglądem, ani sposobem bycia (choć oczywiście dobrze, że przywódca jest łysy â łatwo go poznać). Nie ma wśród nich żadnego szczególnego twarzowca ani wyszczekanego luzaka. Są groźni i paskudni, ale â zwyczajni, a przez to całkowicie wiarygodni. John Goodman za to jest najbarwniejszą postacią, rzucając teksty nie tyle coolerskie, co pseudofilozoficzne, ale â jak dla mnie, zupełnie dobrze wywiązując się ze swojego zadania. Może i jest to koleś z lekka przerysowany â jedyny taki w tym filmie â ale spełnia wszelkie wymogi postaci odpychającej, z pozoru nędznej kreatury, lecz w rzeczywistości o stosunkowo dużej władzy i wpływach, aczkolwiek nie do końca jasnych. Trafiały się takie cudaki w filmach.
No i jeszcze â nie widzę absolutnie niczego nierzeczywistego w reakcji chłopaka na wieść o śmierci brata. Że drewniana? Że tylko złapał się za głowę i patrzył w zdumieniu na szalejących z rozpaczy rodziców? O, nie, psycholog ze mnie żaden, ale absolutnie nie wydaje mi się, żeby 14-letni chłopak reagował na tego rodzaju śmierć choćby w przybliżeniu tak samo jak matka â słaniająca się na nogach, krzycząca, wpadająca w histerię. Zresztą, do licha, to było tylko kilka sekund sceny w szpitalu â a już jest zarzut o drewniane aktorstwo.
Aha, Hume, przygotowując się do ostatecznej konfrontacji, nie ogolił głowy ot tak sobie, dla lepszego wizerunku czy dlatego, że to klisza filmowa (nie przypominam sobie takiej sceny w innym filmie, nawiasem mówiąc). Zrobił to, bo w szpitalu lekarze ścięli mu sporą połać włosów, aby dostać się do czaszki i móc zszyć ranę. Hume miał na głowie groteskowy placek łysiny, którego wypadało się pozbyć.
Podsumowując: dobry, w porywach nawet bardzo dobry, zgrabny, całkiem brutalny, rzetelnie wyszykowany sensacyjniak â żadne dno i żenada, jak to się powszechnie, po pobieżnym rzucie oka mówi. Na pewno nie straciłem czasu, choć pewnie nieprędko zechcę wrócić do tego seansu. Ocena: na pewno solidne 4/6.
05-10-2009, 20:40
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
masakra, jaki ten film jest zły. ledwo dałem rade obejrzeć. chciałem nawet napisać coś sensownego, lecz w miarę postępów w uświadamianiu sobie przez mój mózg, co zobaczyły oczy, doszedłem do wniosku, że nie będą się rozpisywał, bo zamiast dłuższej recki musiałbym rzucać stekiem przekleństw w stronę producentów i ich rodzin, co najmniej 22 pokolenia wstecz. nie będę żądał również miliona franków szwajcarskich w złocie odszkodowania za stracone 100 minut życia, choć podejrzewam, że nawet sądy IV RP jakąś rekompensatę by mi przyznały.
death sentence to koronny dowód na to, że dla niektórych wyreżyserowanie prostego jak cep filmu o zemście stanowi wyzwanie ponad siły (umysłowe). braki warsztatowe pana jamesa wana, który, przypominam, do wielkiej kariery w szołbiznesie wystartował znośnym w porywach młodzieżowym horrorem "Piła", są ewidentne. wszystkie kluczowe sceny, w założeniu mające grać na moich emocjach, zostały koncertowo spartolone. dialogi napisane tak, żeby 12-latek zrozumiał, w dodatku niedorzeczne (polecam jeszcze raz przysłuchać się, o czym gadają pani detektyw i kevin bacon). obrazu nędzy i rozpaczy i totalnej popeliny dopełniają przesiąknięte melancholią, mega denne kawałki, przygrywające w najbardziej "dramatycznych momentach".
elementem ratującym film od całkowitej kasacji na złomowisku u Zdzicha jest motyw biegania po parkingu i zachowanie głównego bohatera, który w akcie desperacji uruchamia kolejno alarmy w autach. cała reszta - łącznie z Goodmanem w roli przerysowanego na maxa szefa gangu z jakiegoś prequela rebota Cranka 2 - to idiotyzm do czwartej potęgi w skali Einsteina-Oppenheimera.
0/10
i kto do chooja wafla pokolorował film kolorkami, na jakie koloruje się blockbustery typu trasformers? przecież to już zakrawa na kpinę do piątej potęgi w skali Bohra-Heisenberga! i jeszcze ten szeroki kąt, używany bezsensu w co trzecim ujęciu z akcją. następny film pana wana będzie filmowany obiektywem typu rybie oko.
14-01-2010, 22:44
Captain Skullet
Liczba postów: 20,371
Liczba wątków: 128
Bardzo fajne kino akcji niemalże wyjęte żywcem z lat 80-tych, jedynie w nieco nowocześniejszej oprawie. Bacon w swej roli świetny, końcowe przeobrażenie wiadomo, przegięte na maksa, ale co z tego? Film w sam raz do postawienia obok wszelkich Życzeń Śmierci, Commando, Uprowadzonej itp (i zdecydowanie lepszy niż Punisher:Warzone). Dwa seanse za mną (w tym jeden z wersją Unrated, która nic wartego uwagi nie wnosi i nie ma sobie sensu jej szukaniem zawracać głowy) i DVD wpisane na listę tegorocznych zakupów (z UK, bo u nas nie wydali).
8/10
<ok>
03-08-2010, 13:35
CGI Paul Walker
Liczba postów: 22,486
Liczba wątków: 29
Oh Allah. Ten film powinien się skonczyc w scenie
zabójstwa całej rodziny. Wtedy to byłby dobry film. Tak wiem, to byłby zbyt krótki ale rozciagnieto by akcje wczesniej
A tak oglądałem kolejną bzdetę o nismiertelnym mscicielu , który
pół miasta przebył choć powinien już być martwy - ostatnie sceny
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
03-08-2010, 17:34
Captain Skullet
Liczba postów: 20,371
Liczba wątków: 128
Końcówka wymiata :)
Gieferg napisał(a):i DVD wpisane na listę tegorocznych zakupów (z UK, bo u nas nie wydali).
Jak mówiłem, tak jakiś czas temu zrobiłem, po czterech seansach ocena jednak spada do 7/10. Sposób zamknięcia wątku (czy raczej występu) Goodmana, wątek pani detektyw i ogólnie postawa policji są jakieś z dupy, ale mniejsza z tym, ogólnie jest ok, do tego jak dla mnie film ma wysoki "replay value".
25-11-2011, 11:22
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-11-2011, 11:53 przez Gieferg.)
|