Stały bywalec
Liczba postów: 2,181
Liczba wątków: 14
Prince of Egypt, 1999 - Dreamworks
Przyjemne filmidło i dość brutalne, jak dla młodego widza. To znaczy, wiele śmierci jest off-screen, ale bicie, zepchnięcie z wysokości i takie detale jak pomór oraz śmierć dziecka to nie w kij dmuchał i moje chłopaki zakrywały momentami oczy. Fabularnie jest to typowa animacja dla dzieci, bez fajerwerków. Za to konia z rzędem temu, kto zrozumie teksty w polskich piosenkach - bo za wuja wafla nie wiedziałem, czy to w ogóle po polsku niektóre kawałki LOL. Technicznie animacja jest wykonana pierwszorzędnie: przejścia "kamery", zmiany widoków i ogólnie kadry w ruchu robią wrażenie, bo wszystko jest wykonane z pietyzmem. Duży minus za szybkie przejście z księcia do wybranego przez Boga, bo chyba mrugnąłem i coś przegapiłem, tak szybko to się dzieje.
7/10
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”
12-06-2022, 21:08
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Yyyy... Tylko wiesz, że to film DreamWorksa, a napisałeś o nim w temacie Disneya?
13-06-2022, 08:57
Dużo pisze
Liczba postów: 334
Liczba wątków: 0
Obejrzałem dziś "Buzza Astrala". Przyjemne animowane science-fiction, ale mam wrażenie, że film robili woźni z Piksara. Emocje jakieś są, akcja i humor, ale całość do obejrzenia i zapomnienia.
13-06-2022, 15:04
Stały bywalec
Liczba postów: 18,513
Liczba wątków: 148
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
14-06-2022, 12:02
Stały bywalec
Liczba postów: 18,513
Liczba wątków: 148
Buzz Astral
No to Pixar poleciał - mamy związek dwóch kobiet, jedna w ciąży, do tego jest pocałunek. Najs. Nie widziałem kilku ostatnich Pixarow, ale rozumiem, że to pierwszy raz takie cos na ekranie.
A sam film mehowy i raczej niepotrzebny, najgorszy Pixar. Wolę juz chyba Auta 2.
4/10
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
16-06-2022, 14:48
CGI Paul Walker
Liczba postów: 22,323
Liczba wątków: 29
Ten cały Chris mówił, że jesteś ciemniakiem jak nie podobają się normalne rzeczy jak homoseksualizm. :)
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
16-06-2022, 15:12
Stały bywalec
Liczba postów: 18,513
Liczba wątków: 148
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
18-06-2022, 02:33
Stały bywalec
Liczba postów: 2,993
Liczba wątków: 0
HERKULES
Heh, a ja akurat wchodzę tu, żeby napisać o "Herkulesie" - moim ulubionym filmie w dzieciństwie.
Z własnej woli bym na to do kina wtedy nie poszedł, bo chociaż pasjonowałem się jako dzieciak grecką mitologią, reklamy w TV wyglądały fatalnie. Były zmontowane z fragmentów, które pozbawione kontekstu wyglądały niedorzecznie - np. Fil wystrzelony z łuku i przebijający tarcze i inne przeszkody albo zbliżenie na stopy Bóla w sandałach z logiem Herkulesa. Jak nie widziałeś filmu, to co widzisz na takim zwiastunie? Jakiś obwisły różowy brzuch i równie różowe stopy w klapkach. Co to ma być i co to ma w ogóle wspólnego z grecką mitologią? Biorąc pod uwagę, że krótka telewizyjna reklama składała się z takich właśnie ujęć, które - bez kontekstu - robiły dziwne wrażenie i nie kojarzyły się wcale z greckimi mitami - no, nie byłem zachęcony.
Ale trafiła się nam akurat mikołajkowa wycieczka klasowa do kina. Tu wtrącę dwa słowa o nastawieniu ówczesnej dzieciarni. Pani wychowawczyni mówi nam, że na Mikołaja wybierzemy się całą klasą do kina. Klasa oczywiście dopytuje: "A na co?". No to pani odpowiada, że na "Herkulesa". Na co cała klasa niezwykle dojrzałych dziewięciolatków wydaje okrzyk protestu: "Proszę pani, ale to jest BAJKA!!!".
Podobnie kiedy na historii nauczycielka mówiła nam, że dobrze oddano w tym filmie grecką architekturę, któryś z kolegów - choć filmu jeszcze nie widział - stanowczo zaprotestował, że to nie może być tak, jak pani mówi, bo ten film to BAJKA. To tyle o postrzeganiu filmów animowanych w latach 90-tych. W sumie, patrząc po niektórych moich kolegach, podejście pewnych ludzi się od tego czasu nie zmieniło.
Ale teraz o samym filmie! Obejrzałem w kinie i byłem zachwycony. No w sumie nadal jestem, choć oczywiście już nie tak jak kiedyś. Zresztą katowałem "Herkulesa" na VHS-ie do upadłego, więc wiadomo, że się opatrzył i nie dostarcza mi już teraz tych samych wrażeń co kiedyś.
Z góry przepraszam, że moja opinia tutaj będzie chaotycznym ciągiem luźnych, nieuporządkowanych myśli.
Nie ulega wątpliwości, że sporo rzeczy w "Herkulesie" nie ma sensu. Za dziecka dostrzegałem raczej te drobne bezsensowności, takie rzucające się na pierwszy rzut oka, np:
- Narcyz mieszka na Olimpie z bogami. Typ nie był bogiem, więc co on tu robi? Ja wiem, że ten film ma bardzo luźne podejście do greckiej mitologii, no ale robić boga z kogoś, kto nim nie był, to już chyba krok za daleko. I po co? Tylko po to, żeby wrzucić jeden dowcip?
albo
- jakim cudem Herkules utłukł Venus z Milo obie ręce jednym kamieniem? To nie jest możliwe! W "12 pracach Asteriksa" miało to więcej sensu - tutaj nie ma.
Albo dziwne rozplanowanie przestrzenne w niektórych scenach. Na przykład:
- po walce z cyklopem przewracająca się kolumna na jednym ujęciu jest tuż za Herkulesem, a już na następnym dość daleko od niego
- Herkules zrywa kwiat z drzewa. W następnym ujęciu widzimy, że nie miał absolutnie możliwości, żeby dosięgnąć do jakiejkolwiek gałęzi, chyba że ma ręce rozciągliwe jak Elastyna czy Mr Fantastic. Kto wie, może nadludzka siła nie była jedyną supermocą Herkulesa?
- W finale studnia dusz (czy jak nazwać ten zielony wir z obracającymi się duszami) - jej tafla najpierw jest na wyciągnięcie ręki. Dosłownie - Herkules wkłada tam ręce, chcąc wyciągnąć Meg. Ale za chwilę tafla jest daleko w dole - Herkules musi skoczyć z wysokiego klifu, żeby tam dotrzeć. Ale kiedy wychodzi, okazuje się, że brzeg znowu jest na wyciągnięcie jego ręki. Ale z kolei kiedy wrzuca tam Hadesa, tafla znowu jest daleko w dole. Jasny gwint, twórcy mogliby się zdecydować. Wygląda, że poziom wody w studni dusz zmienia się z sekundy na sekundę bez żadnej konsekwencji.
Ale, tak jak mówię, były to drobiazgi, natomiast umykały mi znacznie większe znaki zapytania i nielogiczności, na których opiera się fabuła.
- Herkules musi zostać bohaterem, by wrócić między bogów. Ale właściwie DLACZEGO? Nie ma wyjaśnienia. Poważnie, dlaczego Herkules ma odzyskać nieśmiertelność, jeśli zostanie bohaterem? Jasne, bohaterstwo unieśmiertelnia człowieka w pewien sposób, ale nie dosłowny. Jak to ma działać? Na tym motywie opiera się cały film, ale nikt w nim nawet nie próbuje wyjaśnić, dlaczego udowodnienie, że jest się herosem, ma uczynić z Herkulesa na powrót boga. Masz przyjąć, że tak jest, i tyle.
- Herkules zostaje prawdziwym bohaterem i odzyskuje boskość dopiero wtedy, kiedy chce oddać życie za Megarę. A wcześniej, kiedy pozbawiony swojej nadludzkiej siły, kładąc na szali swoje życie, walczy z cyklopem w obronie Tebańczyków, jakoś nie zostaje to uznane za prawdziwe bohaterstwo. Więc jak? Jesteś bohaterem, kiedy oddajesz życie dla ukochanej, ale nie wtedy, gdy oddajesz je za obcych ludzi?
- Hades, pan umarłych, nie wie, że Herkules nie zginął. Ból i Panik powiedzieli mu, że zabili Herkulesa, a Hades im uwierzył. Powtórzmy - bóg śmierci nie wie, że Herkules nie umarł! LOL! Ale kiedy umiera Megara, Hades doskonale o tym wie. Wie, że ona umiera właśnie w tym konkretnym momencie. A później, jak już umrze, bez problemu prowadzi Herkulesa do niej i pokazuje mu jej duszę. Więc Hades, jako pan krainy umarłych, czasem wie, kiedy ktoś umiera, a czasem wcale nie wie. Zależnie od tego, jak jest wygodniej dla przebiegu fabuły.
Więc taak, film nie ma sensu. Ale i tak to dla mnie najlepsze, co wyszło Disneyowi. Tylko niestety nie za bardzo umiem wyjaśnić, czemu tak lubię ten film. Wiem, że mi się go świetnie ogląda, ale rozebrać go na czynniki pierwsze i wyjaśnić, dlaczego, to już ponad moje siły.
Na pewno animacja jest świetna, fajny humor, ale też... sam nie wiem... Chociaż film jest lżejszy, bardziej komediowy od poprzednich produkcji Disneya, to nie jest jeszcze taką stuprocentową zwariowaną komedią jak "Nowe szaty króla". Niektórzy na to narzekają - że film zatrzymuje się jakby w pół drogi, zamiast docisnąć gaz do dechy. Ale ja właśnie lubię to, że nie poszli tu w pełną parodię, a zamiast tego jest tu dużo - nie wiem, jak to określić - serca, uczuciowości (niektórzy by pewnie powiedzieli, że sentymentalizmu).
Oczywiście Hades jest jednym z najlepszych złoli w disnejowskim kanonie i kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Ale też Megara - femme fatale, tsundere, cyniczna i zgorzkniała, na nowo odkrywająca miłość dzięki Herkulesowi - jest jedną z najlepszych disnejowskich bohaterek. Można by zrobić zarzut, że jest ciekawszą postacią niż główny bohater, i to ona tak naprawdę przechodzi w filmie przemianę, a nie on. Ale jakoś mi to nie przeszkadza.
Od dziecka też uważałem, że wątek miłosny w "Herkulesie" jest urzekająco romantyczny.
Warto zwrócić uwagę, że Herkules w ujęciu Disneya jest starożytnym Supermanem. Co ma sporo sensu, bo Herkules to archetypiczny heros tamtych czasów, tak jak Supek jest archetypicznym herosem czasów obecnych. Analogie rzucają się w oczy. Herkules, jak Superman, ma nadludzkich rodziców, ale wychowany jest przez prostych farmerów. Każdy z tych bohaterów w przełomowym momencie, jako zagubiony nastolatek, udaje się do miejsca, gdzie w pewien sposób spotka się ze swoim nadludzkim ojcem, który udzieli odpowiedzi na dręczące syna pytania i wyjaśni mu, kim naprawdę on jest i co jest jego powołaniem (w "Supermanie" jest forteca wśród śniegów i hologram Jor-Ela, tutaj mamy w tej roli świątynię i posąg Zeusa). Dalej, obaj, i Herkules i Superman, mają nadludzką siłę. Wykorzystują ją, by pomagać ludziom. Każdy z nich ma swoje miasto, w którym działa (Superman Metropolis, Herkules Teby – swoją drogą genialny był pomysł by właśnie Teby, znane z mitologii jako miasto przeklęte przez bogów, stale nękane katastrofami, uczynić miejscem działania Herkulesa – żadne inne z greckich miast nie potrzebowało bohatera bardziej). A w finale Hades, żeby mógł przeprowadzić swój plan, musi jak Lex Luthor kombinować, jak pozbawić swego przeciwnika nadludzkiej siły. No i twórcy nawet dali Herkulesowi pelerynę, żeby jeszczem bardziej podkreślić te analogie i że Herkules ma być w ich wersji starożytnym Supermanem.
18-06-2022, 12:59
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-06-2022, 13:07 przez al_jarid.)
Stały bywalec
Liczba postów: 2,993
Liczba wątków: 0
Heh, podobno "Buzz Astral" zaczyna się takim wstępem:
In 1995 Andy got a toy. That toy was based on a movie. This is that movie.
Trochę bez sensu. Już to widzę, jak w latach 90-tych wrzucają do mainstreamowego filmu sf taki wątek LGBT. Jaasne, na bank.
Jedno, co mnie zastanawia w kwestii tego filmu, to czemu on po zwiastunach zapowiada się tak nudno? Wygląda, jakby cała akcja działa się na jednej planecie. To mi nie wygląda jak coś, czym mógłby się ekscytować mały chłopiec taki jak Andy. Raczej wyobrażałem sobie wielką kosmiczną przygodę, gdzie zobaczymy wiele różnych planet i kosmicznych ras, bitwy kosmiczne, no wiecie, tego typu rzeczy. A tymczasem zwiastuny prezentują ten film jako coś dziwnie... skromnego.
20-06-2022, 18:53
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20-06-2022, 18:54 przez al_jarid.)
Stały bywalec
Liczba postów: 18,513
Liczba wątków: 148
Bo jest nudny, akcja mehowa i generalnie nie wierzę, ze to Star Wars tego ubiwersum jak obiecywał twórca.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
20-06-2022, 21:08
Stały bywalec
Liczba postów: 12,508
Liczba wątków: 29
(20-06-2022, 18:53)al_jarid napisał(a): Trochę bez sensu. Już to widzę, jak w latach 90-tych wrzucają do mainstreamowego filmu sf taki wątek LGBT. Jaasne, na bank.
Powiedz to Joelowi Schumacherowi ;). I nic nie słyszałem, by w tamtych czasach madki robiły gównoburze jak w przypadku Batman Returns.
I też dziwi mnie, właściwie po co Astral. Pixar stoi o klasę wyżej niż Disney, a nie licząc fakapów w odcinanie kuponów nie bawi. Zresztą powstała ta kreskówka parodiująca defacto te wszystkie kreskówki reklamująca zabawki i to mi wystarczy jako spin-off Toy Story z udziałem Astrala.
Czytam wikipedię i czytam, że Andy niby to po tym filmie zechciałby zabawkę. Nie wiem, Astrala nie widziałem (i nie zanosi się, bym to zobaczył). Lecz ja zwykle zabawki kupowałem (dobra, starzy mi kupowali) na zasadzie, że widnieje w futrynie sklepowej i fajnie się prezentuje, a NIE że byłem na jakimś filmie (zresztą w tamtych czasach zabawki reklamowały nawet filmy z Rką, na które małe dziecko pójść nie mogło). I jak kojarzę reklamy zabawek reklamujących film z tamtych lat, to one miały przebitki z danego filmu i w pierwszym Toy Story reklama z Buzzem była autonomiczna.
21-06-2022, 10:06
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-06-2022, 10:07 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 2,993
Liczba wątków: 0
(21-06-2022, 10:06)OGPUEE napisał(a): (20-06-2022, 18:53)al_jarid napisał(a): Trochę bez sensu. Już to widzę, jak w latach 90-tych wrzucają do mainstreamowego filmu sf taki wątek LGBT. Jaasne, na bank.
Powiedz to Joelowi Schumacherowi ;). I nic nie słyszałem, by w tamtych czasach madki robiły gównoburze jak w przypadku Batman Returns.
W sensie, że w Batmanach Schumachera był wątek LGBT? Kurde, nie pamiętam tego. Ale od lat tego nie oglądałem. Z tym że jako wątek LGBT uznaję tu tylko oficjalny, jasno zaprezentowany wątek, a nie jakieś sugestie, interpretacje i śmieszkowania widzów typu: "LOL, Batman i Robin to geje".
(21-06-2022, 10:06)OGPUEE napisał(a): I też dziwi mnie, właściwie po co Astral. Pixar stoi o klasę wyżej niż Disney, a nie licząc fakapów w odcinanie kuponów nie bawi.
Auta 2 i 3, Toy story 4, Iniemamocni 2, Gdzie jest Dory - przecież to wszystko to było pozbawione pomysłu odcinanie kuponów i naprawdę słabowite filmidła.
Dla mnie i Disney i Pixar już od dawna nie zrobili nic dobrego (chociaż nie widziałem "Soul", a wszyscy chwalą - jak zobaczę, to może zmienię zdanie).
21-06-2022, 10:28
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-06-2022, 10:29 przez al_jarid.)
Stały bywalec
Liczba postów: 18,513
Liczba wątków: 148
"Soul" jest naprawdę dobre - też byłem sceptyczny nastawiony, a okazało się, że to kapitalny film.
Mam natomiast problem z "Toy Story 4" - ostatnio obejrzałem sobie ten film i szczerze powiedziawszy podobał mi się średnio. Co prawda zachwyca warstwą wizualną - w ogóle postać Boo to chyba szczyt szczytów, jeśli chodzi o wykreowanie komputerowej postaci w takiej animacji, te detale związane ze światłem odbijającym się od porcelanowej twarzy, no coś pięknego - ale fabularnie film całkowicie zbędny, niby coś wnoszący do uniwersum, ale jednak nie na tyle, żebym uznał go za potrzebny. Wczoraj posłuchałem natomiast podcastu Oleszczyka na temat tego tytułu i nieco zmienił moje postrzeganie - wątek żegnania się rodzica z dzieckiem, które musi wreszcie wyfrunąć z gniazda, akceptacji siebie czy wreszcie wątek samobójstwa, to jednak grubsza sprawa. Nie mam jednak ochoty na powtórkę czego nie mogę powiedzieć o poprzednich trzech częściach. Przed pierwszym spotkaniem z czwórką powtórzyłem trójkę i kurde - to było tak cudowne zwieńczenie serii z taką emocjonalna bombą na koniec, która jest na poziomie tej z początku "Up".
A tak w ogóle twórcy "Astrala" postanowili zrobić nową wersję montażu z "Up", ale im całkowicie nie pykło. Zero emocji, zero poruszenia, no spływa po człowieku totalnie, do tego pozostawia niesmak, bo właśnie wtedy mamy tę scenę z lesbijkami :)
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
21-06-2022, 11:38
Stały bywalec
Liczba postów: 12,508
Liczba wątków: 29
Jacek i Kajtek: The Great Adventure - za dzieciaka czasu oglądałem kilka razy na pirackim VHSie z lektorem (i na tej samej kasecie była Pippi Langstrumpf w kraju Taka-Tuka). I potem po latach w dobie emula i torrentów obejrzałem film na świeżo z polskim dubbingiem, ze znakomitą Marią Ciesielską. A, że w końcu przemogłem się do porównywania aktorskich remake'ów z animowanymi oryginałami, to teraz idzie baśń o Kopciuszku.
Nie był to mój ulubiony klasyk Disneya w przeciwieństwie do Pinokia czy Piotrusia Pana, które w młodości widziałem milion razy. Szału nie robi. Ot, solidny film z prostą historią, która z trudem dobija do 70 minut. Sporo jest zapychaczy związanych z nieśmiesznym slaptickiem gryzoni i Lucyfera, które można byłoby spokojnie poświęcić na inne, ważniejsze, elementy - czyli Cinderelli (plus starego dubu to danie głównej bohaterce imienia) czy chociażby królewicza. I starali się nadać dramatyczny finał, mimo że oryginalna baśń to mało dynamiczna była. I jak myszy gnały z kluczem do uwolnienia Cinderelli, nie szybciej było wleźć jednym z tych tajemnych tuneli jak to zwykle robiły miast tarabanić się po schodach i tracić cenny czas?
Wiele osób (głównie domorosłych feministek oglądających filmy dupą) narzeka, że film jest patriarchalny, a Kopciuszek to pasywna idiotka wyczekująca księcia na białym koniu. Sam niegdyś się zastanawiałem, czemu Cinderella nie może być bardziej stanowcza. Też zdrowie psychiczne ma nadwyrężone - rozmawia z jakimiś myszami, szyje im ubranka i nadaje imiona (gdy zwykle ubrane zwierzęta w bajkach to taka stylizacja):
![[Obrazek: 7-Little-Tweaks-That-Can-Make-A-Big-Diff...ies-05.jpg]](https://cdn3s.com/wp-content/uploads/2021/09/7-Little-Tweaks-That-Can-Make-A-Big-Difference-In-Disney-Movies-05.jpg)
I zastanawiałem się, czy Disney nie wygładził przypadkiem oryginału - Cinderella nie chodzi w łachmanach, ma własny pokój, macocha względnie ją dobrze traktuje, ale widzę że to dobry zabieg ze strony twórców. Macocha może stwierdzić "O co ci chodzi? Nie zachowuję się jak Grażyna biznesu".
I to mi się podoba w hrabinie Tremaine - jej zło jest subtelne. Pierze mózg Cinderelli od maleńkości, by została jej niewolnikiem i tym samym trzyma ją w garści. Rzadko podnosi na nią głos i robi to, gdy jest to zasadne (jak przerwanie lekcji śpiewu i upuszczenie zastawy). Jednak także zachowuje na tyle pozory, by jej pasierbica nie czuła do niej nienawiści. Wszak pozwala jej pójść na bal pod pewnymi warunkami. Że przez nawał dodatkowej roboty pasierbica nie może przyrządzić sukni? Mogła się wyrobić. Potem wykorzystuje debilizm swych rodzonych córek i prowokuje do zniszczenia owej sukni? Nie ona ją podarła i zawsze może zrugać córki za infantylne zachowanie. Podstawia nogę posłańcowi ze szklanym pantoflem, tak żeby się stłukł. Mógł tłumok patrzeć pod nogi. Hrabina Tremaine byłaby dobrym politykiem. I chyba adaptacja Disneya nadała macosze większej roli w późniejszych ekranizacjach. Gdyż w oryginalnej wersji Perraulta oraz braci Grimm to przyrodnie siostry były głównymi antagonistkami, a rola macochy była symboliczna.
Tyle o czarnych charakterach, a co z protagonistami? Cóż, także i tu bad guy jest ciekawszy i łatwiej można pisać o jego charakterze. Ale Kopciuszkowi mimo zmarginalizowanej roli i prostej charakterystyki daleko do płaskości. Tytułowa bohaterka to jak wiele osób wypunktowało, jest ofiarą i gadki, że chodzi jej tylko o księcia to victim-blaming. Jej pasywność to skutek lat manipulacji ze strony macochy. A bohaterka i tak nie jest specjalnie zadowolona ze swej pozycji, mająca świadomość, że coś jest nie tak. I gdy spotyka ją twarda rzeczywistość, wie że marzenia jednak nie wystarczą. I jak ma okazję się postawić, to to robi - jak domaga się pójścia na bal czy chce się wytłumaczyć macosze z myszy w filiżance. Nie mówiąc o tym, że w finale robi wszystko co w jej mocy, by uwolnić się z zamknięcia. I też nie jest nierealistycznie kryształowa. Gdy Lucyfer rujnuje jej umytą podłogę to zamierza go pieprznąć miotłą. I na początku każe mu ruszyć tłustą dupę i po chwili mówi o siostrach (i chyba macosze) "o jaśnie paniach" w bardziej sarkastycznym tonie.
I wcale nie jest tak, że jej głównym celem jest zaliczenie boskiego ciacha. Nie. Ma dosyć siedzenia w domu i chce zaznania czegoś milszego niż bycie popychadłem trzech kwok. Gdy goniec przynosi info o balu, to przyrodnie siostry fantazjują o królewiczu, a nie Cinderella. I gdy Cinderella spotyka się z królewiczem, to wygląda tak, że on pierwszy ją zauważa (inna sprawa, że znajduje się daleko i mogła okazać się paskudą :P), gdy ona zachwyca się wystrojem pałacu. Ba, nawet nie wie, że to ciacho z którym tańczy jest królewiczem! I dowiaduje się o tym grubo po fakcie. I racja, od tego momentu ożenek z królewiczem to jej główny cel (i tak, na balu się w nim zakochała mówiąc, że to "miłość"), ale była to przepustka (i to nie byle jaka) do lepszego życia (a już na pewno od kiszenia się w toksycznym domu jako niewolnik). I przyszła znienacka i tylko idiota by z niej nie skorzystał. I gdy macocha zamyka ją na poddaszu, to uwalnia się bez udziału ludzkiego i niczym kozak wyłania drugi pantofel tym samym dając tym samym fucka przerażonej macosze.
O ile o tytułowej bohaterce przynajmniej jestem coś w stanie powiedzieć, tak wszystkie zarzuty do królewicza (znowu stary dub uwzględnił fakt tłumaczenia słowa książę do różnych nazw) są najbardziej zasadne. Gość prawie nie ma dialogów, na małżeństwie bardziej zależy jego staremu i w przymierzanie pantofelków bawi się przydupas owego starego. Mało tego, to ów przydupas biegł za Cinderellą i podniósł za nią zgubiony but, a nie królewicz! Ten tylko tak nieśmiało podbiegł beznamiętnie wołając o powrót. I wiedział, że to wielka miłość, bo spojrzał na gorącą laskę. Czytałem, że w oryginalnym skrypcie miał mieć większa rolę i była scena, gdzie Cinderella z założonym pantofelkiem ma zostać przez niego rozpoznana. Może to trza było uwzględnić, a nie harce myszy?
Po obejrzeniu wersji Branagha dobrym pomysłem byłoby to, że wróżka pokazuje się wcześniej, ale udaje jakąś staruszkę i Cinderella w czymś jej pomaga. I potem zjawia się już drugi raz, by pomóc Cinderelli w najgorszym momencie. I mimo baśniowego rodowodu scenarzyści dają drobne metaprztyki i wytykają absurdy. Stary książę nabija się z planu króla, mówiąc że to pasuje na romantyczną bajkę, a nie przyziemne życie. I słusznie zauważa, że szklany pantofel może pasować na setki dziewczyn (co król kwituje, że to nie jego problem :D). I film dobrze zrobił, że Cinderella na balu jest widziana z daleka, przez co nie mogła być na 100% zidentyfikowana, a potem macocha szybko skojarzyła fakty, że Cinderella była tą nieznajomą z balu.
By obalać narosłe bzdury wokół Disneya, to oprócz oglądania samego filmu zapuszczam w oryginalnym języku (gdyż w przekładach, zwłaszcza starszych, pewne rzeczy umykają). Tak było i w tym przypadku. I cóż, oryginalny voice acting jest kiepski. Miał tylko dwie przewagi nad pierwszym polskim dubbingiem - piosenkę myszy byłem w stanie zrozumieć, gdy w polskim dubie ktoś zbyt mocno nacisnął przycisk przyspieszenia. I stary książę był lepiej dopasowany - Kazimierz Brusikiewicz to była totalna pomyłka. I odnośnie przekładu jak Cinderella się tłumaczy, że przecież wyprała gobeliny, to macocha mówi jej, że wypierze je drugi raz. A tak stary dubbing był zdecydowanie lepszy pod kątem aktorskim (nowego nie widziałem i nie zamierzam) - szczególnie dotyczy to głównej bohaterki. Ilene Woods gra tu tą samą wiecznie z tym samym tonem i spokojem niezależnie od sytuacji, gdy Maria Ciesielska lepiej grała emocjami. Po polsku jak zegar wybijał z rytmu Cinderellę, to ta była mocno poirytowana. Gdy bohaterka szła do macochy, ta w oryginale (choć łagodniej niż jej córeczki) oschle i neutralnie ją witała, gdy w polskim dubbingu odnosi się do niej serdecznie, co kontrastowało z trajkoczącymi siostrami i wzmacniało tą manipulancką stronę macochy. Królewicz mówił beznamiętnie "cho, nie uciekaj", gdy w starym dubbingu jego głos pełen przejęcia i desperacji. Jak król się sadzi, że syn nie myśli o żeniaczce, to za mało tej złości - Bronisław Dardziński zrobił to lepiej. Albo w scenie jak siostry rujnowały w szale sukienkę Cinderelli - znów pół gwizdka. Najlepiej z obsady wypadła Eleanor Audley jako hrabina Tremaine, która faktycznie grała i Louis Van Rooten będący królem i starym księciem.
Film na pewno jest ładny i czuć ogrom zamku. Domyślam się, że musiał robić wrażenie w kinach. uKról i stary książę zmieniają co chwile stroje (co prawda jedynie kolory, ale wciąż), co w animacji jest rzadkie.
6 /10.
PS. Kontynuacji nie chce mi się oglądać (przy okazji, dużym naciskiem było to, żeby królewicz wreszcie spłodził gówniaki - oczywiście w sequelu tych nie ma, bo widocznie następcy tronu nie są specjalnie potrzebni).
PS 2. Jeszcze polski dubbing. W kontynuacjach Cinderella jest nazywana… Kopciuszkiem. Zgodność z tłumaczeniem? A gdzie tam (ciebie to też dotyczy Piotrusie Panie!)
Kopciuszek (2015) - pierwsza z tych aktorskich wersji disneyowskich animek. Ech, wtedy nikt nie jęczał, że Disney żeruje na nostalgii. No... żeruje, ale rimejkoza u Disneya nie była wtedy zaawansowana, a odświeżenie oryginalnego Kopciuszka nie było głupie. Z tych wszystkich dotychczasowych aktorskich remake’ów chyba ten był najbardziej zasadny. I faktycznie naprawia te największe błędy. W końcu to tytułowa bohaterka jest w centrum uwagi, a nie jakieś szczury, królewicz jest postacią, a nie narzędziem fabularnym. Tym bardziej, że film nie jest bezmyślną kopią (co byłoby idiotyzmem, bo oryginał narracyjnie się zestarzał). I wielkim plusem jest, że nie naśladują mocno ikonografii animacji - przyrodnie siostry i macochy i ogólnie reszta postaci nie wyglądają jak te w animacji, Kopciuszek ma inną suknię, wróżka chrzestna to zupełnie inna postać. Nie ma piosenek poza nuceniem Sweet Nightingale i zero nawiązań do oryginalnego soundtracku. Pałac królewski to typowy Wersal, aniżeli zamek Disneya oparty na tym z animacji (czy tylko jak czułem, że zamek z modyfikacji loga będzie tym docelowym?). Czuć, że film jednak stoi o własnych nogach. Chce być bardziej uniwersalną ekranizacją Kopciuszka - pojawiają się m.in. jaszczurki zmieniające się w stangretów w oryginalnej baśni, a karoca jest złota jak u Grimmów. I podoba mi się, że nawiązali do oryginalnej baśni i Ella niekiedy śpi przy kominku i stąd jej przydomek. I naprawdę udana była scena, gdy jej przyszywana rodzina nie pozwala zasiąść do wspólnego śniadania. I gdyby inne remake'i szły podobną drogą, to ich odbiór byłby dużo lepszy.
Zacznę wyjątkowo od strony technicznej. Film wygląda ładnie. Większość to dekoracje, a zwierzęta grają zwierzęta (gdyby LA Kopciuszek byłby robiony dzisiaj, a nie 7 lat temu, to Lucyfer byłby animkiem). I CGI występuje w przypadku bardziej antropomorficznie zachowujących zwierzaków i prezentuje całkiem dobrze. Co lepiej, scenografia, jak i wygląd całego filmu nie są generyczne jak w późniejszych remake'ach.
Początek to taka lukrowana słodycz, że aż liczy się, że to jakiś skecz pokroju Happy Tree Friends i zaraz będzie jatka. Nawet jak matka Kopciuszka umiera, to po chwili znowu są słodkie uśmiechy i wesoła muzyczka. Oryginał przynajmniej był stonowany. Może ten słodki początek byłby do przebolenia, gdyby złe traktowanie macochy było przeraźliwe, a Ella byłaby batożona, głodzona, byłaby brudna i generalnie miała ten sam los co Katierina w Zniewolonej. Na szczęście potem film się tonuje i daje się to oglądać.
I choć film stoi o własnych nogach, to skupię mocno na porównaniu z animacją. Czytałem opinie, że macocha jest ciekawa. Serio? Od początku film sugeruje, że jest zła (i daje z tyłka moment, jak patrzy się niepewnie na tulącą się Ellę i jej ojca). W oryginale zachowywała pozory dobrej opiekunki, której technicznie nie można nic zarzucić. A tu jawnie wyśmiewa Ellę i nie kryje się z zamiarami. W dodatku jej postać mocno przerysowana i bardziej kreskówkowa niż animowany oryginał. Przez co jej tyrada "o jedynej miłości i byciu nieszczęśliwą" jest nie na miejscu. Tak samo myszy, choć rola dużo mniejsza i są realistyczne, to dali głosy Chipa i Dale’a , które mocno się gryzą. W oryginale protagonistka przyjaźniła się z gryzoniami, bo nie miała żadnej bliskiej osoby. A tu trzyma myszy od dzieciństwa (nie powinny te żyć około roku?), gdy normalnie powinna wskakiwać na stół z krzykiem.
Zresztą deal macochy nie wydaje mi się głupi - nie widzi problemu, by Ella była królową, ale naturalnie chce mieć jakieś korzyści, a Ella jako dobra i głupia na pewno by się zgodziła. A ta sadzi komunały, że miłość i dobroć za darmo itd. I macocha ma rację, że Ella guzik wie o rządzeniu (i co za problem ją pomylić z dzikiem podczas polowania). I na własne życzenie dała się zamknąć niepotrzebnie sprowokowanej macosze.
I właśnie - nie podoba mi się Kopciuszek i to najgorszy element. Od początku to idealny, grzeczny i szlachetny do porzygu robot z wiecznym uśmiechem, że wygląda jak z stereotypów o disneyowskich księżniczkach. Może w animacji bohaterka nie była jakimś szczytem scenopisarstwa, ale była na tyle wiarygodna, że czuło się jej ból i pragnienia. I te próby zrobienia z "silnej i niezależnej" jak dzielnie odjeżdża na koniu. Jak dla mnie się to gryzie, bo Ella mówi "bądź odważna i miła" gdy to tak kłóci z byciem silnymi i niezależnym (bo do tego wypada mieć – nie będę ukrywać – chamstwa i uporu). Zresztą gadki "o byciu dobrym i miłym" wyszły jej bokiem, bo pośrednio przez to skończyła jako pomywaczka we własnym domu. I wiem, że nastolatki są z reguły naiwne, ale wciąż mniej niż dzieci, i czy Ella nie powinna zczaić że macocha coś kombinuje? W oryginale była trenowana od dziecka, a tu ojciec Elli spadł z rowerka, gdy ta była już niemal dorosła. Czy ojciec nie pomyślał, żeby zabezpieczyć przyszłość córy? Zaaranżować jakieś małżeństwo?
I czy tylko ja widzę, że Ella rzekomo lepsza charakterologicznie stała się dokładnie tym samym, o co była oskarżana jej animowana poprzedniczka? W każdej chwili może opuścić chałupę wiedząc, że jej nowa rodzinka traktuje jak szmatę, a nie robi tego. Spotkałem kontrargumenty, że Ella nie miała alternatyw do nowej chaty i miała psychiczną blokadę do opuszczenia rodzinnego domu. O ile z tym drugim mogę się zgodzić, tak z pierwszym to polemizowałbym. Jak jej znajoma proponuje zmianę adresu to pewnym jest, że pierwotnie mogłaby zamieszkać u niej lub załatwiła robotę w jakimś domu - byłoby ciężko, ale dałoby się stanąć na nogi. A poza tym to Disney - tu nikt nikogo nie molestuje albo wyzyskuje :). I jak Nostalgia Critic wytknął Ella i tak opuściła rodzinny dom na rzecz wypaśnego pałacu.
I stała się pasywna - nawet nie domaga się, że chce iść na bal, jak zrobiła to w animacji. Jedynie rzuca jakieś francuską maksymę. Późniejsze uniemożliwienie macochy na bal wyszło też do kitu i pojawia się tuż przed wyjazdem, bo powody. Gdy - znowu w oryginale - od początku robiła wszystko, by odwieźć pasierbicę od pójścia na bal stosując drobne manipulacje i dając złudną nadzieję. I Ella co prawda ma powód, żeby wybiec do ogrodu i rozpłakać, ale Lily kiepsko to zagrała i było to mocno wymuszone i sprawiało wrażenie kurczowego trzymania się oryginału.
I narratorka mówi się, że Ella chce pójść na bal, bo liczy że będzie tam gorące ciacho, które spotkała w lesie. Silna i nieulegająca patriarchatowi, nie to co oryginał? Bitch, w oryginale Cinderella idąc na bal nie myślała o fantazjowaniu z księciem i dopiero po fakcie dopadł ją amor. A w tym filmie spotkanie love interest to jej główna motywacja pójścia na bal! A królewicz już po spotkaniu jakiejś nieznajomej chce żenić się z nią na całe życie. Ech, jak widać charakterologicznie kolo od 1950 roku nic się nie zmienił. Kraina lodu niczego ich nie nauczyła? I gdy Ella dowiaduje się, że królewicz szuka księżniczki o szklanych butach, to euforycznie mknie na koniu. To ma być ta Stron Woman, która nie myśli o hajtnięciu się z królem?
Pamiętam, że wykłócałem na facebooku, że w oryginale nie ocaliła się bez pomocy królewicza i nie jest taka pasywna. Ale nie spodziewałem, że tak się stanie w remake'u z czasów bardziej progresywnych. W oryginale będąc zamkniętym przez macochę Kopciuszek wykorzystuje każdą okazję, by się wydostać. A u Branagha "silna i niezależna" Ella... tańczy i śpiewa delirycznie. I z niewoli ratują myszy i sam królewicz. To ma być naprawienie oryginału?
By nie narzekać, to powiem że tu lepiej ukazali wejście wróżki chrzestnej. Otóż ujawia się jako staruszka prosząca o chleb i Ella to robi, po czym ujawnia wróżka ujawnia swe zamiary. A nie jak w oryginale, gdzie wróżka była plot device’em, która mogła wcześniej zainterweniować. I charakteryzacja Heleny jako staruszki wypadła dobrze. I postać była OK.
I zaskoczyło mnie jak film jest w miarę przyziemny. Gdy Ella poznaje tożsamość swej matki chrzestnej, zaskoczona wprost mówi, że wróżki nie istnieją i to bajki dla dzieci. I gdyby nie jej obecność to ogląda się to jak film kostiumowy. Np. lról chce, żeby królewicz hajtnął z kimś z dobrego rodu, by w ten sposób zabezpieczyć przyszłość państwa (podkreślonego jako małe i otoczone przez większych graczy). Co z drugiej strony, też się gryzie z późniejszymi losami pantofelka, bo ten magicznie nie pasuje do wszystkich kobiet z wyjątkiem Elli.
Oczywiście naswadzali Murzynów (i Azjatów, by widocznie nie czepiano się, że tylko jedną rasę faworyzują :P), bo to obecny amerykański film. Już uderzyło to podczas premiery, jak dali jakiegoś kapitana gwardii tylko po to, żeby był nie-biały w obsadzie (a stary książę nie pasował, bo zrobili z niego villaina) i uniknąć zarzutów o blackwashing. I jedyny w miarę logiczny moment z diversity, to jak prezentowane są księżniczki w tym te o mało europejskich nazwiskach (choć niektórzy puryści powiedzą coś o mezaliansach ;)).
Mimo widocznych problemów oglądało mi się to jednak dobrze i odnoszę wrażenie, że szybciej to bym powtórzył niż animowany oryginał. I już mogę teraz powiedzieć, że to najlepszy z tej całej fali live action rimejków Disneya.
6/10 ze wskazaniem na 7/10, bo okazał nadzwyczaj znośny.
10-07-2022, 21:19
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-07-2022, 21:43 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,508
Liczba wątków: 29
Dalsza analiza porównawcza animacji z ich aktorskimi remake’ami.
Piękna i Bestia - gdy po latach powtarzałem Piękną i bestię (którą w dzieciństwie tłukłem na okrągło) z rozczarowaniem odkryłem jak średni to był film. Ale i tak planowałem dać mu drugą szansę, szczególnie że czułem w kościach bycie lepszym do aktorskiej wersji. Tym razem w oryginalnym języku. No i opłaciło się. Wciąż zachodzę w głowę, za co dostał nomkę do Oscara za najlepszy film. Ale film doceniam ( zwłaszcza po aktorskiej wersji) i sukces częściowo zasłużony. Ale najpierw zacznę od minusów.
Al_jarid zauważył, że ze wszystkich renesansowych filmów Disneya ten wygląda najsłabiej, z czym się zgadzam. Często widać niedopracowany ruch postaci i ich sztywność. Na dodatek zaś zatrzymują się w ruchu niczym w produkcjach Hanna-Babera. I jak w latach 70. wykorzystali gotowce z poprzedników jak końcowa scena będąca przerysowaniem tejże w Śpiącej królewnie. Co utrudnieniem jest szczegółowość projektów (zarówno postaci jak i teł), a te trudniej zanimować płynnie. Mój główny zarzut to fatalne ukrywanie kształtu Bestii. Od samego początku wiem jak wygląda potwór i jak atakuje Maurycego nadal widać szczególy jeszcze, gdy wielki reveal powinien być przy spotkaniu z Bellą. Dobry przykład takiego zabiegu był w Rock & Rule, gdy ukrywali bad guya w ciemnościach i faktycznie niewiadomo było jak wygląda, poza oczami. Co pochwalę to świetny projekt zamku i szczególnie creepy wyszła ta kareta poruszająca się jak pająk. I mimo wszystko wciąż to ładny film.
Czytałem, że Piękna i Bestia miała dość krótki czas produkcji i terminy ją goniły, co niestety widać. Np. przemiana z powrotem człowieka też została zarżnięta przez nieumiejętną postprodukcję, gdyż w wersji surowej rysunek miał ładny światłocień i książę nie wyglądał już jak śćpany Fabio.
Ja dodam, że to najsłabsza disneyowska partytura Alana Menkena. O ile Belle i tytułowa piosenka są dość pamiętne (i najlepsze) tak z resztą miałbym problem zanucić, bo tak są do zapomnienia. Szczególnie, że inne piosenki z renesansu Disneya mogę spokojnie zanucić na pamięć.
Ale nie zgodzę al_jaridem i Mierzwiakiem co do braku chemii między główną parą. Gdyby była mowa o remake'u (o tym w stosownym temacie) to racja, ale nie w animacji. Tak, Bestia jest agresywny i można się dziwić, co Bella w nim widzi i gdzie tu pozory. Jednak po Bestii widać, że źle się czuje z tym, że skrzywdził Bellę nie pozwalając jej się pożegnać z ojcem i chce zapewnić komfort, słucha swej służby. Gdyż wie, że to jedyna szansa na powrót do normalności. W dodatku gniew i frustracja były zrozumiałe w związku z sytuacją jaka go spotkała i zdecydowanie nie robi nadziei, że Bella go pokocha. I żałuje on sytuacji w zachodnim skrzydle.
Także Bella miała okazję zobaczyć, że Bestia chce jakoś ją udobruchać, np. proponuje zamieszkanie w wygodnej komnacie, a nie w zapyziałej celi. Również służba (która wygląda na szczerą) ją zapewnia, że ich pan taki zły nie jest. I stąd wróciła z nim do zamku po walce z wilkami. I po tym stopniowo zbliżają do siebie. I film zgrabnie sugerował, że znajomość nie trwa jakieś trzy dni i Bella mogła siedzieć w zamku nawet miesiąc. I znowu, Bestia cały czas robi wszystko, by Bella go przynajmniej polubiła.
I wszystko to wyszło wiarygodne. Aha, odnośnie śmiechów o syndromie sztokholmskim to Bella od razu rozpacza, że będzie musiała spędzić resztę życie z jakimś futrzakiem i żałuje swej decyzji o wymianie więźniów zrobionej pod wpływem emocji. I choć polubiła Bestię, to gdy ten zwraca jej wolność, widać po niej radość.
No i Bestia miał usprawiedliwienie na bycie gniewnym i niekiedy chamskim. Nie to co główny antagonista - Gaston. Tu akurat jest to jeden z najlepszych disneyowskich villainów. Plus dla twórców, że nie starali się wciskać jakiegoś oczywistego twistu. Gaston od początku jest szowinistycznym dupkiem, który chce capnąć Bellę jedynie dla szpanu i traktuje ją jako kolejne trofeum myśliwskie, marudzi że ksiązki nie mają obrazków (mimo, że książka przez niego oglądana ma obrazki XD) i że kobiety nie powinny czytać, bo się robią za mądre. I bezczelnie ją chce przymusić do ożenku. Co za kutas :D.
I chciałbym zaadresować parę rzeczy jak rzekome dziury fabularne. Np. dziesięć lat w Be Our Guest sugerujące, że książę został zaklęty jak gówniak, gdy to bardziej należy traktować metaforycznie. Z kolei mieszkańcy wioski może mieli nienajlepsze zdanie o Belli, ale nic do niej nie mieli i ją tolerowali. A jedynie Gaston wykazuje pozytywną prymitywność cytując Bellę. I mogę zrozumieć, czemu łatwo zdecydowali wsadzić Maurycego do czubków, bo był w typie zwariowanego wynalazcy i mogli uważać za pomyleńca szczególnie, gdy pieprzy o jakimś potworze. I jak ktoś powie, że zacofane wieśniaki powinny wierzyć w potwory, bo to XVIII-wieczna Francja, to polemizowałbym.
To, że używają bonżur i szyldy mają francuskie nazwy (i to niekonsekwentnie, bo księgarz ma bookseller, a tawerna Ye Pub), nie znaczy że to Francja. Dobra, w Be Our Guest Płomyk mówi "This is France", choć można wziąć w nawias (i sztućce tworzą Wieżę Eiffla, która jeszcze nie była w planach) jak te 10 lat. I w tej samej piosence menu podawane Belli jest po angielsku. I w Mob Song jest "50 Frenchmen". No niech będzie. Przy czym stawiam, że to kolejna bajkowa nibylandia znajdująca się siedmioma wszystkim aniżeli XVIII-wieczna Francja. Mieszkańcy trochę mają pomieszanie z poplątaniem jeśli chodzi o modę (a niektóre stroje popadają w początek XIX wieku), a Gaston wśród swych trofeów ma bielika amerykańskiego i indyka, które nie żyją w Europie. Już nie wspomnę, że zamek Bestii to jakiś kiczowata wersja Neuschwansteinu niż coś z rokoko czy wcześniejszych lat. I Bestia to żaden Burbon i w oryginalnym skrypcie Woolverton Bestia był diukiem aniżeli następcą tronu (co ma więcej sensu, szczególnie iż służba zwraca się do niego per "jaśnie pan").
Co bym pochwalił jeszcze to voice acting. Wszyscy są dopasowani do swych ról i na pewno szybciej zobaczę to niż w wersji z dubbingiem (chyba, że wypłynie ten z 1993 roku w reżyserii Marii Piotrowskiej). Szczególne brawa należą się Robby’emu Bensonowi jako Bestii i dziw bierze, że stworzył głos potwora bez żadnego postprodukcyjnego wspomagania.
7,5/10
Ciekawostka - Don Bluth planował własną Piękną i Bestię, jeszcze przed tą disneyowską. I gdy Mysz dała zielone światło swej wersji, to Columbia Pictures zrezygnowała z projektu. Trochę szkoda, bo byłaby to ciekawa interpretacja.
13-07-2022, 16:35
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-07-2022, 21:54 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,508
Liczba wątków: 29
Dumbo (1941) - powtórzę kolejny raz - to dłuższa Silly Symphony. Fabuła, choć trwa godzinę z minutami, mocno rozwleczona i sporo tu zapychaczy, które można skrócić bądź całkiem wywalić. Scenariuszowo to nic specjalnego. Odrzutek jest wyśmiewany, a w finale robi coś, czym zyskuje szacun na dzielni i odgrywa się na wszystkich co mu sprawili przykrość. Wiele razy tego było w familijniakach (jak w Elmer Elephant, też Disneya i o małym słoniu).
Animacja poza dwoma momentami (początek z boćkami i różowe słonie) nie jest imponująca jak w innych pełnometrażówkach z tego okresu. Zero jakichś kadrów do oprawienia w ramkę, bardzo szkicowe potraktowania statystów, brak w wielu miejscach odpowiedniego audio i to generalnie gorsza jakość. sporo tu ściemnień wieńczących sceny zaczynających się za wcześnie. Plus dostrzegłem techniczne babole, m.in. w scenie z pijanymi klaunami oraz z wronami. I często głosy wron zmieniają z ujęcia na ujęcie, a jedyny stały głos ma ich herszt.
Obsada głosowa się broni (kolejny Disney po angielsku). I tym razem oryginał był lepszy od PRL-owskiego dubbingu. Świetny był aktor wcielający się w Tymoteusza. O ile Sterling Holloway był lepiej dopasowany niż Kazimierz Brusikiewicz jako bocian, tak głos tego rudzielca, co zaczepiał Dumbo (BTW totalny debil, który wszedł poza barierkę i drażnił cholerne słonie, które potrafią być groźne) to tragedia - brzmi jak upośledzony Waldek Kiepski aniżeli dziecko. No i muzyka bardzo pamiętna i stanowi największy atut.
Jako, że to film z lat 40. to sporo tu rzeczy, które dziś nie przeszłyby. Dyro cyrku decyduje się na ultraniebezpieczny (i nieetyczny) numer ze słoniami, który w prawdziwym życiu skończyłby śmiercią wielu postronnych. W numerze z klaunami Dumbo siedzi w autentycznie płonącej konstrukcji - i jeszcze posycaną benzyną, bo jebać BHP :D. No i nie muszę mówić o nabzdryngoleniu się szampanem (w ogóle genialnie zanimowali kaca u Tymka). Ale Dumbo to też klasyka tysiąc razy powtórzonego kłamstwa uznanego za prawdę. Czyli, że "wrony to rasizm i jedna z najobraźliwszych rzeczy z Disneya" tłumnie ogłaszane przez wszelakie portale i osoby, które na pewno nie oglądały filmu.
Swego czasu zrobiłem prezentację nt. rasistowskich elementów w animacjach Disneya i trochę rzeczy obejrzałem. I spokojnie wymieniłbym na palcach obu rąk znacznie obraźliwe Disneye (chociażby Spare the Rod z Kaczorem Donaldem, gdzie główni złymi są kanibale, a siostrzeńcy bawią się w przywłaszczenie kulturowe :)). Rzekoma ksywa herszta - "Jim Crow" nawiązująca do segregacji rasowej? Ani razu nie pada w filmie. Mam gdzieś, że w scenariuszu i preprodukcji dali takie imię (i bardziej na zasadzie sucharu). Mnie obchodzi gotowy produkt. Równie dobrze może nazywać się "Zdzichu" i to ta sama sytuacja, co Gwiezdne wojny, gdzie każdy statysta ma obszerną biografię na Wookiepedii. Tak, dubbinguje go biały aktor (który w przeszłości występował w minstrel show). Za to reszta jego kompanów jest dubbingowana przez czarnych, a ich piosenkę wykonuje afroamerykański Hall Johnson Choir. I w materiałach referencyjnych ruchy wron odpowiadali czarni Eugene i Freddie Jackson.
U wron też nie ma atrybutów afroamerykańskich karykatur w kreskówkach z tamtych lat. Zero żarcia arbuza czy papugowania Stepina Fetchita, dzioby bez "murzyńskich warg". Co do koloru... krukowate są znane z czarnego upierzenia (i nie jest to jakaś egzotyczna fauna). Więc mało kto powiąże je z jakimś etnicznym stereotypem, bo po nich tego nie widać. Tym bardziej dzieci, które są tak mądre, że skojarzą relacje rasowe z 80-letniej bajki, a jednocześnie są tak głupie, że wyskoczą przez balkon myśląc, że polecą jak Batman :P.
I wrony to postacie pozytywne, a obok Tymoteusza jedyni sojusznicy Dumbo (no, klauni są dla niego serdeczni na swój sposób). Fakt, wpierw cisną bekę, ale jedynie z majaków "brata szczura" o jakichś różowych latających słoniach. Nigdy nie wytykały rozmiaru uszu Dumbo, jak to zarzuca myszon w walaszkowym monologu i potem wrony deklarują pomoc. I to dzięki nim Dumbo osiągnął sukces.
I dziwi mnie, że takiej dramy nie powoduje Song of the Roustabouts, gdzie czarnoskórzy fizole (grani przez białych) śpiewają o tym jak lubią być wyzyskiwanymi analfabetami. I laik szybciej posądzi tą scenę o rasistowski wydźwięk. Jak ja pierwszy raz oglądając Dumbo w gimbazie (zwłaszcza, że nie została zdubbingowana po polsku i jestem przekonany, iż PRL-owscy cenzorzy wycinali z zagranicznych filmów te co bardziej "problematyczne" sceny). Choć i tu "rasizm" trzeba dać w nawias. Pracownicy nie są ukazani w sposób karykaturalny i podkreśla się ich ciężką pracę (co pewnie dla WASPów było nie do pomyślenia). I może chcieli przemycić komentarz społeczny.
I tak pomyślałem - wrony będące alegorią Murzynów są tymi dobrymi, podobnie robotnicy z cyrku. Z kolei słonie z cyrku są na 100% indyjskimi, ponieważ mają małe uszy (plus w cyrkowej paradzie mają na sobie gości w turbanach). Zaś słonie afrykańskie charakteryzują się dużymi uszami i to ich cecha odróżniająca od hinduskich kuzynów. Mogę uznać, że pani Jumbo puściła się ze słoniem afrykańskim. A kto głównie w Afryce mieszka?
![[Obrazek: symbolism_5839.png]](https://static.tvtropes.org/pmwiki/pub/images/symbolism_5839.png)
:)
5-6/10
Dumbo (2019) - w sumie fabularnego Dumbo można traktować osobno, bo z oryginałem (poza paroma odniesieniami do wersów piosenek) to nie ma wiele wspólnego. Zresztą stawiam, że poniósł porażkę w box-office, bo nie był niewolniczo wierny, a w dodatku nie odniósł się do "problematycznych elementów oryginału" (i słusznie! Bo tam nigdy nie było nic problematycznego). W sumie powinienem pochwalić film, że nie kopiuje animacji kropka w kropkę (co w tym wypadku byłoby debilne), ale czy powinienem dać to jako plus? Rimejki z reguły powinny się odróżniać od oryginałów. No i jednak studio wymusiło parę bezmyślnych nawiązań, które w wersji aktorskiej się nie sprawdzają.
Pierwsze co mnie uderzyło, to widoczny greenscreen. Widać, że to film robiony w studiu. W dodatku to generyczna i wizualna klucha. Co gorsza, reżyserował to Tim Burton, człowiek ze swym charakterystycznym stylem. Niestety, nie czuć go ani na moment (może w scenie odbijania matki Dumbo). Kolejny wyrobnik bez stylu. Ale już jego Alicja w krainie czarów wiała kreatywną biedą. Nic tylko zacytować Mentala z tematu o Alicji:
(06-03-2010, 12:34)Mental napisał(a): generalnie Burton to dla mnie przykład reżysera, który wraz z końcem ery analogowej i wejściem w erę postępującego skretynienia zatracił swe wszystkie umiejętności i teraz po prostu odwala chałturę adresowaną do ameb z zespołem downa.
powyższą opinie możecie śmiało zarekomendować redaktorowi magazynu Kino, by ją umieścił na łamach:)
W jednym momencie ludzie mówią, że Dumbo to sztuczny słoń. Bardzo trafna uwaga, bo CGI jest fatalne. Ani razu nie wierzyłem, że to prawdziwe zwierzęta i wyglądają one jak z gry komputerowej. I mam spory problem z tytułowym bohaterem. Pomijając słabą animację Dumbo zachowuje się zbyt ludzko - oryginał miał sens, bo była ta bajkowa umowność i całość działa się z perspektywy zwierząt. Tu perspektywa jest ludzka, a słonie jeszcze nie wyginęły i wiadomo jak mniej więcej się zachowują. I czy tylko ja widzę, że Dumbo jest creepy z tymi ludzkimi oczami? To właśnie uncanny valley. Gałki oczne słoni, istniejących stworzeń, wyglądają inaczej. Zwłaszcza, że Disney potrafił odwzorować zwierzęta bez prób ukreskówkowania, nawet w niesławnym Królu Lwie od Favreau. Nie tylko on - aktorskie Króliki Piotrusie oraz Paddingtony choć uantropomorfizowały zwierzęta, to wciąż miały swoje zwierzęce ślepka. I potrafiły wywołać efekt cuteness. A tu wygląda jak jakiś nieetyczny eksperyment wojskowy.
I nie jest dobrze, gdy zastanawiałem się jakim cudem Dumbo jest w stanie łamać prawa fizyki. W animacji to przechodziło, bo pozwalała na mniej realistyczną konwencję, gdzie zwierzęta wśród ludzi na luzaku chodzą w ubraniach i palą cygara. W filmie niebędącym fantasy, a mocno osadzonym w rzeczywistości (Farrell wraca z WW1 jako kaleka, wspominana jest hiszpanka) to bardzo się gryzie. I to wygląda tak, że Dumbo wciąga wronie piórko do nosa jak koks (ale to musi być nieprzyjemne!) i potem dopiero lata. Gdy w animacji pióro było dla picu. I też nie czaję, czemu ludzie nabijają się z uszu Dumbo. Oryginał miał sens, bo wyśmiewającymi były głównie zwierzęta, a ludzie mieli bekę głównie z nieporadności malca.
I oprócz zbyt wiernego designu słonia, jest odniesienie do różowych słoni, tu tworzonych przez bańki mydlane. Które jakimś cudem samodzielnie poruszają i animują. Jak to działa? Nie jest to pokazane z perspektywy Dumbo (bardzo charakterystycznej w filmie), więc ich nie wyobraża jak w animacji. Czy Bruce Wayne w tym filmie jest czarnoksiężnikiem?
Z innych minusów? Córka Farrela będąca woke postacią, bo chce być intelektualistką, a nie kręcić kuprem przed publiką (rozczaruję cię młoda, ale cyrk cienko przędzie i za chwile będzie wielki kryzys. I kobiety miały trochę pod górkę). Dawno tak beznadziejnego dziecięcego aktora nie widziałem. Niemal ten sam jeden wyraz twarzy przez cały film (!), mówienie robotycznym głosem ekspozycji i mądrych spostrzeżeń. I kolejny gówniak zbyt dojrzały na swój wiek. Jak ją widziałem, miałem ochotę przewijać film. Za to jej młodszy brat - przeciwieństwo. Dobrze gra i zachowuje się adekwatnie do wieku.
I jeszcze jeden filtr współczesnej wrażliwości. Zwierzęta w cyrku obecnie są na cenzurowanym, to Dumbo i jego matka w końcówce filmu zostają wypuszczeni w jakiejś dżungli, by żyć wolnymi. Ta, a miesiąc później na pewno zginą, bo stawiam, że pani Jumbo żyła całe życie w niewoli (tym bardziej młody) i nie wie jak wygląda życie w dzikiej naturze. Zresztą cyrkowcy byli pokazani jako dobrzy i dbający o zwierzęta i był tam jeden dupek, który prawdopodobnie straciłby robotę.
I reszta aktorsko i postaciowo się spisała dobrze. Ekipa cyrkowa dość pamiętna. Fajny deVito jako dyrektor cyrku, jego próby oszczędzania, cyrkowy siłacz jako pani z sekretariatu. Farrel był OK. I Keaton dobrze się bawił na planie grając złą wersję Walta Disneya. No i uaktywnia się moja słabość do parków rozrywki, bo mi się podoba Dreamland.
Oryginalny Dumbo może nie podbił mego serca i rozumiem, że w tym wypadku ludzie wybiorą wersję Burtona, ale miał w sobie szczere serce. Remake nie. To wykalkulowany produkt stosujący typowe zagrywki do szantażu emocjonalnego, które podziałają jedynie na część żeńską i dzieci. Z masą sztampy, jak znów martwa matka (oni w tym Disneyu chyba to celowo robią). Szczególnie, że to śmierć ojca miałaby większy sens, bo Wielka Wojna. I z bohaterki Evy Green zrobić matkę dzieciaków. Plus te żenujące meta komcie, jaki to Disney ma do siebie dystans. Bad guy jak Walt gada frazesy o marzeniach, a chodzi mu tylko o zyski, ma własny Disneyland i chce wydusić na Dumbo każdy grosz. Tylko brakuje mu papierosa w gębie. Widzicie, znamy swe grzeszki (no chyba, że inny to wytyka, to wtedy prawnicy) - powiedziała jedna z najbardziej jawnie pazernych korporacji świata :P.
4/10
16-07-2022, 21:53
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Ja gdy oglądałem Dumbo od Burtona to nie mogłem się pozbyć wrażenia, że Keaton odgrywa tam niejako Boba Igera. Tak sobie wyobrażam tego jegomościa w przerwach między uśmiechami do kamery ;)
16-07-2022, 22:33
Sympatyczny forumowicz :)
Liczba postów: 4,169
Liczba wątków: 6
Ciekawe że Burton bardzo lubi motyw cyrku w swoich filmach. A szefa cyrkowców zawsze gra.. DeVito. W "Batman Returns", "Big Fish" i "Dumbo" ;)
16-07-2022, 22:33
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-07-2022, 22:34 przez Rozgdz.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,508
Liczba wątków: 29
Aladyn (1992) - mój pierwszy film zaliczony w kinie (miałem wtedy dwa lata). I przez długi czas nawet nie wiedziałem, że to był Aladyn. Ba, dość długo ciężko było znaleźć informacje czy miał w ogóle polską kinową premierę. Wtedy jakoś w pamięci zakodowało się, że Gazeem wchodzący do Jaskini Cudów to Goofy (z disneyowskimi krótkometrażówkami byłem już zapoznany), zaś sama Jaskinia to wielki gadający wieloryb. I ujęcie panoramy wschodzącego Agrabahu wziąłem za tego samego wieloryba. I dopiero jak na przełomie gimnazjum/liceum obejrzałem z siostrą, wspomnienia się odblokowały i dodałem dwa do dwóch.
Jak ten film pięknie się prezentuje. Rok po Pięknej i Bestii i totalna przepaść. Bardzo płynne ruchy, silne, żywe kolory. Do tej pory wygląda to świetnie! Tak, ucieczka przed lawą wygląda jak render z pierwszego Playstation, ale wtedy musiało robić wrażenie. Za to komputerowa Jaskinia Cudów nadal się trzyma. Chciałbym przenieść się z powrotem do 1993 roku i obejrzeć na dużym ekranie i ujrzeć reakcje. Przy okazji są tu jedne z najlepszych piosenek w renesansie - potrafię każdą zanucić na zawołanie i mocno wwiercają się w ucho.
Mówi się, że to de facto pierwsza animacja Dreamworksa, gdyż Dżin to nośnik popkulturowych nawiązań, a w polskim dubbingu jest jeden swojski tekst - o Małpce Fiki-Miki i Koziołku Matołku. Jednak Dżin działa tak dobrze, bo tyle samo czasu poświęconego na śmieszkowanie, co na sceny poważne - pragnienie wolności, rozmowa z Alem by powiedzieć Dżasiminie prawdę. Krótko - dżin jest postacią. I jak teraz oglądałem, to zaskoczyło mnie że jego jest dość relatywnie mało i uwaga skupia się Aladynie i Dżasminie. Pokuszę się, że Dżasmina czy nawet Jago ma większy screentime niż Dżin.
Co prawda Dżin to ten "śmieszny", ale wbrew pozorom Aladyn też. Serio, człowiek spodziewa się, że Aladyn to będzie ten poważny i nudny (jak np. w serialu tv), a wiele razy wplątuje się w komediowe sytuacje, rzuca zabawnymi tekstami i ma osobowość. Zawsze człowiek się śmieje, że disneyowski romans trwa trzy dni. W przypadku Aladyna - faktycznie. Al i Dżasmina znają jedynie trzy dni, po których chcą się żenić :D. Jednocześnie czuć pomiędzy nimi chemię i wierzę w to, że mają ku sobie. Nie jestem fanem dawania comic reliefów poważnym czarnym charakterom (a takim jest Dżafar), bo to zabiera im grozę. Jednak Jago wypada całkiem przyjemnie i choć jest nośnikiem humoru to kawał śliskiego złamasa i stąd zabawniej się ogląda, jak dostaje komediowo w kuper (coś jak Louis de Funes). Dżafar równie pamiętny - przy okazji to kolejny villain oskarżony o queercoding - co jest bzdurą. No, chyba że mówimy o Dżafarze z wersji live action - ten głosik i wypielęgnowana bródka.
Jako, że to "stary film" to pojawiły się oskarżenia o rasizm, orientalizm i inne -izmy. M.in. "Z obcinaniem uszu" - swoją drogą piosenkę tą napisał Howard Ashman, który był żydowskiego pochodzenia :). I dla pewności sprawdziłem Menkena - też jest koszerny. A ówczesnym CEO Disneya był - chyba się domyślacie. Więc jeśli usłyszycie, że z Aladyn powodu Arabskiej nocy jest rasistowski i powiela szkodliwe stereotypy, to daję wam argument na kogo zwalić faktyczną winę ;).
I przykładowo ten kupiec, co chciał urżnąć łapę Dżasminie - jako szkodliwy stereotyp szowinistycznego dzikiego Araba, bo w rzeczywistości serio traktowali prawo - ta, na pewno wszyscy obywatele jak jeden mąż przestrzegali litery prawa i gardzili samosądem (plus podejrzewam, że jakby w tamtych czasach sprzedawca sam wymierzył sprawiedliwość, sędzia wydałby wyrok na jego korzyść). Poza tym w filmie WSZYSCY są tu Semitami (więc jaki kurła rasizm?!) i jeśli kogoś obraża to handlarzy owocami i zwolenników Drugiej Poprawki. Poza tym miał powód do wkurwu - baba miga się od zapłaty i powołuje się na układy. Ja się z nim solidaryzuję - ze złodziejami trzeba krótko (i ten właściciel kebabowni z Ełku w normalnym kraju dostałby medal za wyrwanie chwasta). Też fajnie pokazano charakter Aladyna, bo przedstawia Dżasminę nie jako żonę lub narzeczoną, ale jako siostrę.
Osobiście oskarżenia te traktuję z przymrużeniem oka, ale rozumiem narzekania. Bo nie oszukujmy się - disneyowskie adaptacje europejskich baśni to także pierdolnik i nie pierwszy raz, gdy Amerykanie są ignorantami (i "ignorancja" jest bardziej właściwym słowem niż "rasizm") i filtrują inną kulturę pod siebie.
Pierwszy raz z oryginalnym językiem. I teraz widzę jakim przestrzelonym castingiem był Bednarski jako Dżafar w polskim dubie. Generalnie obsada głosowa dosyć dobra, ale aktorka grająca Dżasminę to wyjątkowe drewno (Skrzynecka lepsza). Mówili, że Williamsa nic nie przebije a ja powiem, że tak. Ten ktoś to Krzysztof Tyniec w roli życia.
9/10
19-07-2022, 13:09
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20-07-2022, 00:52 przez OGPUEE.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,508
Liczba wątków: 29
Aladyn (2019) - chciałem dać w wspólnym poście z recką animowanego oryginału, ale znowu się rozpisałem. A domyślam się, że ściana ciągłego tekstu może być męcząca.
Ciekawe jakie haki ma ktoś z Disneya na Guya Ritchiego, że zmuszono go do reżyserii? Gość ma charakterystyczny styl, a film nawet tego nie ma. Wygląda jak ten sam typowy rzemieślniczy live action Disney remake bez cech indywidualnych z wypraną scenografią. Wymień Ritchiego na jakiegokolwiek reżysera i nie widz nie odczuje różnicy. Animowany Aladyn był prześliczny, a tu nudna buła o przytłumionych kolorach. I choć w przeciwieństwie do aktorskiego Dumbo opiera się częściowo na dekorajach, to widać gdzie jest bluescreen i CGI znów nie powala.
Ale nie powiem - nieźle się to ogląda. Lepiej niż Dumbo oraz Piękną i bestię I trochę pozwolili na odstępstwa i mniej to niewolniczo opiera się na animowanym oryginale. Choć łańcuch z kulą wciąż się trzyma i ciągnie w dół. Odhaczanie wspólnych elementów, gdy nie ma to wagi. Przykład - w oryginale Al po wielkim pościgu zamierza zjeść skradziony chleb, ale widzi bezdomne dzieci i daje im swą całą porcję. Fajna scena ukazująca jego dobre serce, wzmocniona potem gdy ratuje te same dzieci przed batem tego konia z dwoma zadami - Achmeda. W tej wersji Aladyn ot tak daje jakiemuś zakurzonemu gówniakowi daktyle zdobyte po lekkiej kradzieży. A sceny ratunku nie ma i słowa o byciu zapchlonym biedakiem mówi jakiś randomowy strażnik. I po Aladynie nie widać tego gniewu, a jak robi repryzę One Jump Ahead, bo bardziej brzmi jak wkurzony (i nie pomaga, że wygląda jakby kazali mu śpiewać pod pistoletem), gdy w animacji czuć jego żal.
Dygresja - twórcy mają karniaka za wybielenie AndersaAchmeda. Naprawdę liczył ktoś, że trzeba jakiegoś Skandynawa? Widać, jak Amerykańce wycierają gębą diversity, bo według nich te wszystkie muzułmańskie ludy żyjące w Czeczenii czy innym Dagestanie nie istnieją. Poza tym w przeciwieństwie do w/w krain oraz Agrabahu państwową religią Skandynawii nie był islam. Czyli na starcie potencjalne małżeństwo nie ma sensu (sułtan aż tak zdesperowany to raczej nie był). I akurat gość musiał być miły zamiast jak w oryginale snobistycznym chujem. Przez co ja nie mam jak narzekać, że lewactwo demonizuje białą rasę >:(.
Dalej - świetna była scena jak Dżin opowiadał o szczerym swym pragnieniu, a tu na luzaku, jakby to nie było nic. Może by to zagrało, gdyby Dżin ostentacyjnie olewał pragnienie wolności, bo już dawno przestał łudzić i nawet by się nie domagał, jak w animce. I gdy Al zwraca mu wolność, to dżin robi wielkie oczy i mogła być niezła wzruszająca scena. Niestety, podążamy za animacją, nawet gdy nie ma to sensu.
Aladyn w animacji sprawnie wykiwał Dżina z życzeniem, tu nazbyt nakombinowali. Jak i z działaniem lampy. Gdzie w animacji zasady były proste - pocierasz lampę i dżin się zjawia z życzeniem. Tu dżin jest wciąż obecny, ale żeby wypowiedzieć życzenie, musisz w tym samym czasie potrzeć lampę. I jeszcze dżin nagina zasady, nawet gdy pracuje dla seniora-psychopaty, bo tego wymaga scenariusz.
Bezmyślne kopiowanie szczególnie zaszkodziło Willowi Smithowi. Jak usłyszałem, że Smith definitywnie będzie dżinem byłem na tak. Gotowy film - o ja yebie jaki komputerowy Dżin tu jest straszny. Nie dziwię, że Al miał cały czas rozdziawioną gębę od szoku. Idealny przykład jak coś w animacji się sprawdza, to niekoniecznie w live action. Nie pomaga to, że żenująco kopiują oryginał z niedopasowanym do aktora. Animowany dżin był robiony pod improwizacje i diapazon Williamsa. A Smith ma zupełnie inną dynamikę. Gdyby nie cynizm producentów i debilizm widowni, Smith byłby tak samo ikoniczny jak Glenn Close jako Cruella czy Dustin Hoffman jako kapitan Hak (wiem, Hooka nie robił Disney, ale tam Hak wygląda jak live action disneyowski Hak), a tak dostaliśmy Willa Smitha zmuszonego nieudolnie kopiować Robina Williamsa. I piosenka na napisach końcowych bedąca przeróbką Friend like Me pod Willa Smitha byłaby idealna w filmie zamiast małpowania Williamsa.
Znowu, piosenki były zbędne (a nowe nie wychodzą - Speechless brzmi jak pierwsza lepsza popowa piosenka.) i spokojnie mogli używać jedynie ich melodii pod bliskowschodnią modłę. Jak podczas ucieczki, która ma dobry timing, fajną kaskaderkę i Mena Massoud był strzałem w dziesiątkę jako Aladyn. Mimo, że w tej wersji z Ala zrobili pasywnego dupka - w scenie zatopienia i wysłaniem w Himalaje to jego sidekicki ratują mu dupę, gdy w animacji ocalił się głównie sam. Gdy w animacji po odkryciu spiskowań Dżafara źle się czuł z tym, że wszystkich okłamuje i go wszystko przerastało i niechętnie powiedział dżinowi, że nie zwróci wolności. A tu mówi „ludzie się zmieniają”, zapragnął władzy i zarzuca dżinowi egoizm. To ma być ten nieoszlifowany diament?
Właśnie, remake nie sprecyzował o co chodzi z nieoszlifowanym diamentem. W nowej wersji Gazeem to jakiś anonim pojawiający z daleka na 2 sekundy i zmuszony do wejścia Jaskini Cudów, która po jego pożarciu mówi coś o diamencie. Animacja była lepiej zrobiona, bo po Gazeemie było widać, że to zły człowiek. I gdy ginie to Jaskinia mówi o swych wymaganiach - chodzi o kogoś szlachetnego. I przejście na Aladyna, który choć wygląda na good guya, ucieka przed psiarskimi jako złodziej. Więc widz jest zaangażowany. Tu Al, z początku niczego nie kradnie. Właśnie, w animacji Aladyn ograniczał działalność kryminalną do szabrowania jedzenia, a tu kradnie warte przedmioty i jeszcze idzie z nimi do lombardu.
Jak ostatnio oglądam te wszystkie aktorskie rimejki to zadziwia mnie, jak kobiece protagonistki oficjalnie są "silne i niezależne" w przeciwieństwie do patriarchalnych oryginałów, a w samym filmie są słabe (i to od animowanych oryginałów!) i potwierdzają seksistowskie stereotypy. Nie inaczej z Dżasminą, która chce być kierowniczką.
Oryginał był całkiem progresywny - Dżasmina otwarcie jechała ideę aranżowanego małżeństwa. Bez problemu potrafiła przeskoczyć budynek o tyczce zaskakując tym Aladyna (gdy w rimejku Dżasmina ma cykora i jest zachęcana przez Aladyna). Otwarcie krytykuje ojca, jak i jego zastępcę. Także fika swym zalotnikom - Alemu Ababwie i Achmedowi. W finale oryginalnie też miała sama uwolnić się z klepsydry za pomocą tiary (ale zarząd nie dał na zgody).
Tu Dżasmina mówi, że całe życie trenowała do roli władcy i przeczytała wszystkie mądre księgi. A w scenie z kupcem nie wie, że do zakupów trzeba mieć środek płatniczy?! W animacji był sens, bo Dżasmina nie wiedziała jak działa życie poza pałacem. Sama scena do kitu - już pomijam ewidentną poprawność polityczną - brak tu katalizatora dlaczego Al zbliżył się do Dżasminy. W oryginale zrobił to, by ratować ubogą dziewczynę, która nie chciała nic zrobić złego. A tu jest bogata laska, która raczej się wybroni i normalnie powinien ją olać i nadal robić swoje.
Dżasmina spędza tu z Aladynem więcej czasu niż w animacji i dziwi mnie, że ona i jej głupia psiapsióła nie rozpoznała go w osobie Aliego Ababwy. Mimo, że obie go widziały dzień wcześniej (a w tej wersji nie ma blefu z karą śmierci). A ten nawet nie ma sobie nakrycia głowy, ma ten sam fryz i jest w pełnym świetle - żeby chociaż miał brodę Bin Ladena. Animowana Dżasmina od razu zauważyła, że ten księciunio to ktoś znajomy i szybko połączyła fakty.
Mogliby zrobić, że to Dżasmina odkryje hipnozę laską (bo Aladyn wcześniej się domyślił niż w animacji), a znowu stoi jak kwoka i wykonuje za nią facet. Potem na swój numer muzyczny o tym jak nie chce być cicho i być podporzadkowana, gdy po niej (i przemowie o ludu Agrabahu) siedzi cicho podporządkowana. I zgadza się poślubić Dżafara, byleby nie robił krzywdy tatusiowi. No dobra, wyrywa mu potem lampę, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni.
Żeby nie było - choć to kolejny remake dla kasy, czuć nieco więcej serca. Jak mówiłem, aktor grający Aladyna był świetny, Smith jak nie jest CGI-Smerfem to się dobrze prezentuje. Film choć jest zbyt wierny stara dodawać coś od siebie i czasem to trafne pomysły. Podoba mi się, że Dżafarowi backstory, że również był ulicznym złodziejem (i chyba jestem jedyną osobą, która nie ma problemu z aktorskim Dżafarem), a Jago to tylko gadająca papuga, a nie ptasi Louis de Funes i walka z potworem wygląda inaczej. I moment jak Abu zajumał lampę Dżafarowi, był to lepiej zrobiony. Zmiany finału też nie czepiam się, choć Dżafar na najpotężniejszego maga świata jest tu totalną pipką, którą może powstrzymać jakaś laska i skrępowany dziadek. Gdyby postawili na mniejsze powiązania z animacją i podążyli drogą aktorskiego Kopciuszka to byłby przynajmniej znośny film.
5/10
PS. Słowa "Traktuj dziewczynę jak królową. To moje motto" w ustach Willa bardzo się źle zestarzały :).
20-07-2022, 01:02
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20-07-2022, 01:06 przez OGPUEE.)
|